Na Bałkanach najlepiej być turystą. Lana Bastašić o życiu w "trudnym miejscu"

Największym problemem jest to, że na Bałkanach w pierwszej kolejności jesteś identyfikowany jako członek danego narodu, np. Serb lub Chorwat, a dopiero potem jako człowiek. Zdradzić cię może wszystko: język, dialekt, tablice rejestracyjne - mówi Lana Bastašić, bośniacka pisarka.

Publikacja: 27.09.2023 20:32

Lana Bastašić: "Rzeczywistość w Bośni potrafi być niezwykle przytłaczająca i tak bardzo uprzedmiotow

Lana Bastašić: "Rzeczywistość w Bośni potrafi być niezwykle przytłaczająca i tak bardzo uprzedmiotowić człowieka".

Foto: Adobe Stock

Sprawa pani narodowości jest dość skomplikowana. Czytam, że jest pani Bośniaczką, która urodziła się w Zagrzebiu, a rodzina ma korzenie serbskie...

Lana Bastašić: Formalnie urodziłam się jeszcze w Jugosławii. Taki był mój pierwszy paszport, których dziś mam równocześnie aż trzy. Moi rodzice należeli do mniejszości serbskiej pośród Chorwatów w Zagrzebiu, więc postanowili wyjechać, jeszcze przed wybuchem wojny. Dorastałam już w Bośni, w Banja Luce, gdzie chodziłam do szkoły i skończyłam studia. Później wyjechałam do Pragi, potem do Barcelony, gdzie mieszkałam przez siedem lat, a po drodze jeszcze krótko w Belgradzie. Obecnie do lutego pozostaję na stypendium w Berlinie. Dużo miast na B. (śmiech)

I nie protestuje pani, kiedy przedstawia się panią jako Bośniaczkę?

Większość życia spędziłam w Bośni, więc ten kontekst chyba najlepiej mnie definiuje.

Mówi się niekiedy w brutalny sposób, że Bośnia i Hercegowina to państwo wymyślone przez zachodnich polityków przy mapie, które rozsadzają różnorodności etniczne i które nie ma przyszłości. Bolą panią takie opinie?

Zacznę od tego, że jestem dosyć niechętna samej idei państw narodowych. Może to skutek tych trzech paszportów i złożonej tożsamości. Łatwiej mi jest identyfikować się z miastami niż państwami, które wydają mi się pojęciem mniej namacalnym i bardziej abstrakcyjnym. Ja tę wielonarodowość właśnie lubię w Bośni, to, że w tym kraju są różne nacje, a bycie Bośniakiem nie oznacza przynależności do jednej religii. A w momencie, gdy ktoś decyduje się nazwać państwo tak samo, jak dominującą w nim grupę etniczną, automatycznie ustanawia też jakąś mniejszość i dokonuje się podział władzy. Ustalają się regulacje i wymogi, jakie trzeba spełniać warunki, żeby być np. Serbem, Chorwatem, Hiszpanem czy Polakiem. Natychmiast też pojawia się ktoś, kto w tej definicji się nie mieści i będzie miał mniej politycznej siły oraz praw. Dlatego wolę patrzeć na mapę w kategoriach społeczności, widzieć w ludziach obywateli i mieszkańców, a nie przedstawicieli narodów.

Czytaj więcej

"My, harowaczki". Osobiste refleksje po lekturze "Chłopek"

A co z tymi narodami, które od pokoleń walczą, by uzyskać własne państwo? Co z walką Ukraińców o swoje granice?

Moje krytyczne słowa wobec idei państw narodowych są podbudowane idealizmem i świadomością, jak wiele ludzie wycierpieli z powodu nacjonalizmu. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, w jakiej żyjemy rzeczywistości, i nie będę teraz Ukraińcom tłumaczyć, że myślenie w kategoriach państw narodowych prowadzi nas donikąd. Tym bardziej, że korzystałoby na tym inne państwo ultranacjonalistyczne – Rosja. Myślę jednak, że istnieją różne formy organizowania się społeczeństw. 36-letnia bośniacka pisarka tej kwestii nie rozwiąże ot tak, więcej mądrzejszych ode mnie ludzi już nad tym się pochylało i to bezskutecznie. Ale mam przekonanie, że gdyby nasze otoczenie było bardziej płynne, elastyczne, skupione na mniejszych podmiotach i jednostkach, a nie wielkich narracjach, heroicznych opowieściach i bitwach, świat byłby lepszy. Jednoczyłyby nas takie wartości jak dobre życie, dobra płaca, lepsza opieka zdrowotna, edukacja, społeczeństwo obywatelskie, a nie kwestie krwi i przynależności etnicznej. To śmieszne, że mam się czuć bardziej związana z jakimś XIV-wiecznym Serbem, z którym nawet byśmy się nie zrozumieli, niż na przykład z panem. Nasza dwójka ma ze sobą więcej wspólnego, bo żyjemy w tych samych czasach i rozumiemy się dużo lepiej, niż z ludźmi z przeszłości. Idea, że jednoczy nas w jednym państwie mitologia sprzed wieków, to budowanie jakiejś wyimaginowanej wspólnoty.

Pani mówi o różnorodności, ale wydaje się, że ustrój polityczny BiH podzielony na trzy ośrodki władzy (Boszniacy, Serbowie i Chorwaci wybierają do prezydium trzech osobnych przedstawicieli) ogranicza rozwój kraju.

Faktycznie, sytuacja nie jest stabilna, a układ w Dayton z 1995 r. symbolizował niezrozumienie Bałkanów przez Zachód. Formalnie zapewnił on pokój, ale w rzeczywistości wojna na różne sposoby wciąż trwa, a kraje są podzielone.

Jaka jest recepta?

Na pewno nie nacjonalizm. Przeciwnie, powinniśmy starać się utrzymać państwa jednoczące różne narody, w których każda religia jest mile widziana. Rzeczywistość jest jednak trudna. Kiedy mówię w Banja Luce, że jestem z Bośni, to traktowana jestem jak zdrajczyni. Powinnam przecież powiedzieć, że jestem z Republiki Serbskiej (części BiH, której nie należy mylić z Serbią – red.). Na dodatek gospodarka kraju jest bardzo słaba i mnóstwo młodych ludzi wyjechało. Pod tym względem jesteśmy w niechlubnej światowej czołówce i Bośnia zamienia się w kraj starych ludzi, którzy wciąż głosują na tych samych polityków i nic się tam nie zmienia. Gdy przyjeżdżam do rodziny, wciąż widzę te same twarze działaczy, co przed laty. Nabijają sobie punkty polityczne, podsycając nacjonalizmy i przywołując dawne mity, jakby nie widzieli, co się dzieje. Nie jestem więc przesadną optymistką, ale staram się wierzyć, że historia się nie powtórzy.

Dlatego właśnie wyjechała pani z kraju? Przez brak perspektyw życiowych?

Byłam na tyle uprzywilejowana, że mogłam wybrać miejsce, do którego wyjadę. Podkreślam to, bo dzisiaj wielu ludzi nie ma tego wyboru, po prostu muszą opuścić swój dom i kraj. Nie jestem więc emigrantką, uchodźczynią ani wypędzoną. Mieszkałam z matką, mogłam spokojnie się uczyć i skończyć studia, ale i tak najlepszą pracę, jaką mogłam zdobyć, to praca sekretarki za 400 euro miesięcznie, co uznawano za dobre wynagrodzenie. To Bośnia, trudno oczekiwać luksusów... Mogłam też wstąpić do partii politycznej i na tej drodze starać się o lepszą pracę, ale nie chciałam tego, a jednocześnie pragnęłam się usamodzielnić. Dlatego, korzystając ze swoich certyfikatów językowych i możliwości podjęcia pracy jako nauczycielka angielskiego, zdecydowałam się wyjechać.

Sara w pani książce „Złap zająca” też wyjechała. Nie żałuje, ale też nie wygląda na spełnioną za granicą.

Rzeczywistość w Bośni potrafi być niezwykle przytłaczająca i tak bardzo uprzedmiotowić człowieka. Wiedziałam, że jak zostanę, to zgorzknieję, stanę się cyniczna albo wpadnę w depresję, a to nikomu w niczym nie pomoże. Zagrzeb nigdy nie był dla mnie opcją, wyjechałam stamtąd w wieku czterech lat, prawie nie pamiętam tego okresu, a poza tym bycie Serbką w Zagrzebiu nie należy do najprzyjemniejszych okoliczności. Moja siostra z kolei mieszka w Belgradzie i nawet byłam u niej przez pewien czas, ale to nie jest miasto, w którym chcę żyć. Jest bardzo zanieczyszczone, a na dodatek źle zorganizowane, więc jak nie urodziłaś się tam albo przez lata nie wyhodowałaś grubej skóry, to szybko staniesz się znerwicowana. To piękne miasto na wycieczkę, ale trudno w nim żyć. Wciąż jednak mam tam przyjaciół i w sercu czuję miłość do Belgradu.

Zaczęliśmy od polityki, a przecież spotykamy się za sprawą książki. „Złap zająca” to pani debiutancka powieść. Wcześniej pisała pani opowiadania.

Zaczynając pracę, chciałam odpowiedzieć na najważniejsze pytanie, jakie moim zdaniem stoi przed powieściopisarką: kto będzie opowiadał tę historię? Stąd się biorą późniejsze kwestie: czy narrator będzie w pierwszej osobie, w drugiej czy trzeciej. Czy będzie opowiadał wydarzenia jako przeszłe, czy jako teraźniejsze tu i teraz. I jaki będzie język tego narratora. W tym samym czasie prowadziłam zajęcia w Barcelonie o literaturze wiktoriańskiej i zainspirowała mnie „Alicja w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla. Fascynowała mnie krytyka społeczna przemycona w na pozór bajkowej historii. A także tytułowa Kraina Czarów, Wonderland, która jest w gruncie rzeczy mrocznym miejscem pełnym przemocy, czego często z wierzchu nie można dostrzec. To mi dobrze korespondowało z opowieścią o Bośni i zdecydowałam się powtórzyć strukturę „Alicji...” i symbolicznie nawiązać do niej w każdym z 12 rozdziałów „Złap zająca”. Nie chciałam przepisywać tamtej historii, tylko rozpocząć dialog, tak, żeby moja opowieść wydała się czytelnikowi nowa, a zarazem znajoma.

To książka o kraju i ludziach dotkniętych wojną, ale w specyficzny sposób.

Chciałam zaproponować nową perspektywę na wojnę i Bałkany, dlatego też nie trafiamy do Sarajewa ani do Srebrenicy, nie poznajemy żołnierzy i nie śledzimy działań wojennych. Wkraczamy do świata, który został skażony wojną, jakby nią radioaktywnie napromieniowany. Na początku powstał drugi rozdział, który napisałam jako opowiadanie.

Czyli ten, w którym bohaterki postanawiają po maturze stracić dziewictwo z pierwszymi lepszymi chłopakami. Rozmawiają po wszystkim o studiach, o planach na przyszłość...

Tak bardzo mi się spodobały te dziewczyny, jeszcze tyle rzeczy chciałam o nich zgłębić, że postanowiłam pisać dalej.

To historia inicjacyjna o dwóch dziewczynach patrzących na siebie z perspektywy dorosłych już kobiet, ale też powieść drogi o podróży z Mostaru do Wiednia, gdzie kobiety chcą znaleźć brata Lejli, który zaginął przed laty.

To była moja pierwsza powieść, więc jak na debiutującą powieściopisarkę przystało, zrobiłam sobie sporo wykresów, schematów, a nawet map i rysunków (śmiech).

Czytaj więcej

„Sekretne życie pobożnych kobiet” Deeshy Philyaw: olbrzymia dawka emocji

Czy pani powroty do kraju bywały tak bolesne jak Sary, która nie chce lecieć do dawnej ojczyzny z Dublina, ale czuje, że musi to zrobić dla Lejli?

W przeciwieństwie do niej wracam często i mam bardzo dobrą relację z rodziną. Swoje dzieciństwo też uznałabym za bardziej szczęśliwe niż obydwu dziewczyn, a do tego jestem młodsza od nich o parę lat, więc inaczej przeżywałam czas wojny, będąc jeszcze dzieckiem. Zawsze jednak pojawia się taka myśl: Co by było gdyby wojna zastała nas w Zagrzebiu? Albo gdybym była starsza? Jak by wyglądało moje miasto, gdyby nie wojna? Jacy byliby dziś jego mieszkańcy? W końcu tylu muzułmanów opuściło Banja Lukę, zostało wypędzonych lub zamordowanych. Aczkolwiek czasem mam wrażenie, jakbym zwiedzała muzeum. Ze względu na nastroje społeczne, wszechobecny nacjonalizm, cytaty polityków, które przez lata się nic nie zmieniły. Jakbym utknęła w przeszłości. To bolesne uczucie, ale dla mnie osobiście nie tak bardzo jak dla Sary, którą stworzyłam.

Która z nich była pani bliższa – Sara, która wyjechała, czy Lejla, która została?

Pamiętajmy, że one nie dysponują podobną władzą w powieści.

Jak to pani rozumie?

To przecież Sara jest narratorką, to ona opowiada historię z perspektywy tej, która wyjechała. Kontroluje historię i narrację, może postawić siebie w lepszym świetle, a pozostałych w mniej korzystnym, zracjonalizować sobie wszystko. Sara zresztą często mnie drażniła jako człowiek. Bo ona nie odbiera życia bezpośrednio, tylko wszystko jest dla niej jakby metaforą, wszystko zawsze może znaczyć coś innego.

To zdrowy dystans wobec przeszłości czy już ucieczka?

Jej podejście bierze się z poczucia winy, uczucia typowego dla tych, których wojna ominęła. Im się udało, ale innym nie. Ale obydwu bohaterkom dałam coś z siebie. Sarze – życie poza Bośnią i dobrą znajomość obcego języka. Za to pod względem temperamentu i osobowości bliżej mi chyba do Lejli, choć mam zupełnie inne doświadczenia z młodości, nie pochodzę też z rodziny muzułmańskiej. Zresztą moja prywatna historia wydaje mi się nieszczególnie ciekawa, na pewno nie tak jak fikcja, którą tworzę.

Udało się pani coś takiego osiągnąć, że czytając o Lejli, przeżywamy jej historię, ale nie użalamy się nad nią.

Chciałam pisać w taki sposób, że nie będę narzucała swoim bohaterkom – ty będziesz ofiarą, a ty będziesz tą silną. Starałam się pokazać je w całym ich ludzkim skomplikowaniu. Żałowanie kogoś to zresztą bardzo ciekawe uczucie, bo żal też może być narzędziem sprawowania władzy.

Jak to? Nie okazujemy w ten sposób po prostu współczucia?

Użalając się nad kimś, raczej stawiamy się w pozycji władzy i stajemy się uprzywilejowani, uznając, że ktoś został naznaczony, a my jesteśmy od tego wolni. Chciałam, żeby czytelnik odczuwał empatię, ale uciekałam przed wręczaniem mu gotowych emocji, jak jakiejś zupy w proszku. To byłaby droga na skróty i banalizowanie całej opowieści.

Jak na Zachodzie odbierano „Złap zająca”? Pewnie spodziewano się okrutnej powieści o zbrodniach wojennych, a tutaj taka literacka gra, nawiązania.

Pisarze na rynku książki są zawsze kategoryzowani. Więc jeśli pochodzisz z kraju z tragiczną historią wojenną, to od razu lądujesz w danej szufladzie i wszyscy będą oczekiwać, że wypełnisz swoją rolę. To jest tokenizm. „Mamy bośniacką dziewczynę, która pisze smutne wojenne opowieści” – wpisują mi potem w portfolio. I z jednej strony tak, musimy nadal pisać powieści o wojnie, bo mnóstwo historii nie zostało jeszcze opowiedzianych, wielu ludziom nie oddano nigdy głosu. Ale z drugiej strony możemy swobodnie decydować, jak pisać te historie, róbmy to na własnych warunkach. Nie starajmy się zadowalać nikogo. Nie martwmy się, że ktoś nas nie zrozumie. Przez takie myślenie młodzi pisarze potrafią okaleczać swoje powieści i np. na rynek amerykański zmieniać imiona bohaterom na bardziej znajomo brzmiące czytelnikom zza oceanu.

Łapała się pani na tym, że opowiada historie, które ludzie z Zachodu chcą usłyszeć?

Często muszę odpowiadać na pytania, czy pamiętam wojnę, czy było nam trudno itd. I niekiedy aż mam ochotę udzielić odpowiedzi, na jakie wszyscy czekają. Jest w człowieku jakaś dziwna potrzeba zadowolenia, spełnienia oczekiwań tych ludzi, dania im satysfakcji i pozwolenia na przeżycie trywializującego historię katharsis. Tylko że ja nie chcę jako pisarka wypełniać czyichś wyobrażeń. Ludzie często zaczynają czytać „Złap zająca” z góry ułożonym obrazem wojny na Bałkanach. Nie dają się ponieść historii, tylko zniechęcają się, że nie ma tam tego wszystkiego, co z wojną na Bałkanach im się kojarzyło: zniszczeń, zbrodni, starć zbrojnych. Każą ci się w to wpisać, zamiast próbować usłyszeć jakiś inny, być może równie autentyczny głos i zobaczyć obrazy, których nie znali.

Była taka historia w Banja Luce, jak przyjechała tam pewna reżyserka filmowa i była bardzo rozczarowana, bo nie znalazła na miejscu zbyt wielu zniszczonych po wojnie domów. Chodziła z ekipą po mieście, pytając ludzi, gdzie znajdzie jakieś ruiny. Była zirytowana, że moje miasto nie zostało dostatecznie zniszczone na potrzeby jej filmu.

Śmieszy to panią czy bardziej złości?

Raczej to drugie. Nie cierpię, kiedy każe się nam odgrywać smutną część świata.

Ale jednak wojna odcisnęła swoje piętno i do dziś pozostało wiele problemów, zwłaszcza w Bośni.

Największym problemem jest to, że na Bałkanach w pierwszej kolejności jesteś identyfikowany jako członek danego narodu, np. Serb lub Chorwat, a dopiero potem jako człowiek. Zdradzić cię może wszystko: język, dialekt, tablice rejestracyjne. Nie wszyscy w ten sposób myślą, ale takie podejście wciąż dominuje. Dlatego tak bardzo pasowała mi do mojej książki „Alicja w Krainie Czarów”. Te pytania, które w powieści Carrolla powracają: Kim jesteś? Skąd jesteś? Co tu robisz? I koniec, kiedy się okazuje, że nie pasujesz nigdzie... Może to brzmi depresyjnie, proszę mi wybaczyć, ale tak to widzę. Kiedy pan pojedzie do tych miejsc, to zapewne spędzi pan wspaniały czas w każdym z tych miast. Bo na Bałkanach najłatwiej być turystą. I najlepiej mówić po angielsku, żeby nie było wątpliwości, że jesteś z daleka.

Lana Bastašić - (ur.1986 r.)

Bośniacka pisarka i tłumaczka. Urodziła się w Zagrzebiu, dorastała w Banja Luce, potem mieszkała m.in. w Barcelonie, a dziś przebywa na stypendium w Berlinie. Jest autorką trzech zbiorów opowiadań i jednej powieści pt. „Złap zająca” (2018), która została przetłumaczona m.in. na angielski, włoski, niemiecki, francuski, kataloński. Pisarka dostała za nią Nagrodę Literacką Unii Europejskiej. Polska edycja „Złap zająca” ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Literackiego w przekładzie Doroty Jovanki Ćirlić.

Sprawa pani narodowości jest dość skomplikowana. Czytam, że jest pani Bośniaczką, która urodziła się w Zagrzebiu, a rodzina ma korzenie serbskie...

Lana Bastašić: Formalnie urodziłam się jeszcze w Jugosławii. Taki był mój pierwszy paszport, których dziś mam równocześnie aż trzy. Moi rodzice należeli do mniejszości serbskiej pośród Chorwatów w Zagrzebiu, więc postanowili wyjechać, jeszcze przed wybuchem wojny. Dorastałam już w Bośni, w Banja Luce, gdzie chodziłam do szkoły i skończyłam studia. Później wyjechałam do Pragi, potem do Barcelony, gdzie mieszkałam przez siedem lat, a po drodze jeszcze krótko w Belgradzie. Obecnie do lutego pozostaję na stypendium w Berlinie. Dużo miast na B. (śmiech)

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Kultura
Noc Muzeów 2024. Wiceprezydentka Warszawy poleca miejsca związane z niezwykłymi kobietami
Kultura
Sasha Waltz. Choreografka, która rozbiera tancerzy, debiutuje w Polsce
Kultura
Artystki na schodach do sławy: czy rzeczywiście Cannes nie kocha kobiet?
Kultura
Jej nowa płyta - jego nowa praca. Taylor Swift z partnerem mają powody do radości
Kultura
Renée Zellweger jako Bridget Jones po raz kolejny zaskoczy widzów!
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?