"Był hojny". Aktorka Dominika Bednarczyk-Krzyżowska o nieznanym obliczu Jerzego Stuhra

Od chwili, gdy pojawiła się informacja o śmierci Jerzego Stuhra, jego wybitną postać wspominają kolejne osoby - ze świata filmu i spoza niego. Oto, jak mówi o nim krakowska aktorka Dominika Bednarczyk-Krzyżowska, która nie tylko miała okazję pracować z Mistrzem, ale uważa, że zawdzięcza mu karierę.

Publikacja: 10.07.2024 19:01

Dominika Bednarczyk-Krzyżowska: Rys pedagoga był w nim bardzo silny. Tak jak autentyczność, odczuwal

Dominika Bednarczyk-Krzyżowska: Rys pedagoga był w nim bardzo silny. Tak jak autentyczność, odczuwalna i w życiu, i w rolach.

Foto: FOTON/PAP

Gdy słyszy pani „Jerzy Stuhr“, to jakie są pani pierwsze myśli?

Dominika Bednarczyk-Krzyżowska: Wola życia. Witalność. Niezłomność. I to zarówno, jeżeli chodzi o niego jako człowieka, ale też o rodzaj postaci, jakie budował na scenie czy w filmie. To brzmi paradoksalnie w tych okolicznościach, jednak właśnie tak zawsze postrzegałam Jerzego Stuhra. Szczególnie przez ostatnie 12 lat, gdy zmagał się z chorobą nowotworową. Życie go mocno doświadczało – nowotwór krtani, ale też dwa zawały serca, udar mózgu. Jednak przez to wszystko przebijała się nieprzeciętna miłość do tego życia.

Jestem przekonana, że byłoby mu trudniej na tej drodze, gdyby nie troska jego żony, pani Barbary, która zawsze stała obok. Nie znam jej osobiście, ale wiem, że była napędem, motywowała do dbania o zdrowie na różne sposoby, szukała nowych dróg leczenia, nie pozwoliła się poddać. To było widać. Dla mnie byli nierozłączni.

Kim Jerzy Stuhr był dla pani?

Kimś bardzo ważnym. Mam poczucie, że jego obecność na egzaminie wstępnym do Szkoły Teatralnej (PWST) w Krakowie dużo dała w ostatecznej ocenie mojej osoby. Wiem, jak bardzo był za mną. Widział mnie wcześniej w spektaklu „Romeo i Julia“ (1992), w reżyserii Krzysztofa Orzechowskiego w Teatrze Ludowym. Zagrałam z profesjonalnymi aktorami, chociaż byłam jeszcze licealistką. Pan Jerzy przyszedł do mnie do garderoby, z synem Maćkiem, żeby mi pogratulować. Byłam oszołomiona. Zapytał, czy będę zdawała do szkoły aktorskiej. Byłam już po nieudanej próbie rok wcześniej, ale odpowiedziałam, że oczywiście. A potem przyszedł na mój egzamin.

Nie mam stuprocentowej pewności, czy to w istocie miało znaczenie. Wiem natomiast, że w tamtym czasie wcale nie było dobrze widziane, żeby występować na scenie przed szkołą. Więc byłam na cenzurowanym. To mogło mnie zdyskwalifikować w oczach komisji egzaminacyjnej.

Czytaj więcej

Nie zagra już osła w nowym „Shreku”. Jerzy Stuhr z nieba do piekła, czyli artysta gigant

Myśli pani, że Profesor mógł o tym wiedzieć i dlatego przyszedł?

Tak.

Nie chciał dopuścić do zmarnowania talentu?

Widział mnie na scenie i wiedział, że mam potencjał. Był bardzo wymagający, ale też oddany i lojalny wobec swoich studentów. Wciągał ich do współpracy, obsadzał w Teatrze Telewizji...

Aktorzy są egocentryczni. On wychodził z tego stereotypu, podejmując się roli nauczyciela. Był hojny.

Zresztą w różnych miejscach wpisów studentów na temat jego cnót pedagogicznych jest co niemiara: „Tak wiele mi Pan dał“, „W tyle cennych narzędzi i wartości mnie Pan wyposażył“. W tym był podobny do Jerzego Treli. Jakoś mi się te postaci sklejają.

Czy był po krakowsku konserwatywny, patrialchalny w stosunku do kobiet?

Nic takiego nie odczułam. A znam wielu nauczycieli i twórców, o których swobodnie mogłabym powiedzieć, że w tym sensie są do cna krakowscy. Od wydobywał z każdego człowieka. Rys pedagoga był w nim bardzo silny. Tak jak autentyczność, odczuwalna i w życiu, i w rolach. To mnie tak zafascynowało zresztą w filmach z jego udziałem od samego początku.

Bo po pewnym czasie Jerzy Stuhr przechodzi na drugą stronę kamery. Pojawiają się potrzeba i chęć opowiedzenia swoich historii na ekranie. Zagrała pani w dwóch jego filmach.

Tak, właśnie w „Spisie cudzołożnic“ i w filmie „Duże zwierzę“.

I wiąże się z tym druga historia, która miała dla mnie duże znaczenie. Gdy się dowiedziałam, że Jerzy Stuhr będzie realizował scenariusz Krzysztofa Kieślowskiego „Wielkie zwierzę“, a ja pisałam pracę magisterską na temat jego twórczości, pomyślałam, że jak nic, muszę się w tym przedsięwzięciu znaleźć. Nawet nie marzyłam o tym, żeby zagrać. Napisałam do Pana Stuhra: „Czy ja mogłabym przy tej realizacji być na jakiejś zasadzie, choćby robić kawę, pomagać w produkcji?“. I zaznaczyłam, że oczywiście za darmo. Akurat byłam świeżo po obronie, więc do listu dołączyłam swoją pracę magisterską o Kieślowskim. A ponieważ przy tym wszystkim bardzo się wstydziłam, to spytałam Jurka Fedorowicza, czy mógłby to Profesorowi przekazać, po czym Jerzy Stuhr do mnie dzwoni i mówi: „Słuchaj, dopisałem rolę dla Ciebie“. Byłam wniebowzięta. To była dla mnie podwójna radość. Byłam w scenariuszu, miałam scenę z Jerzym Stuhrem, a po drugie, rola choć maleńka, została napisana z czułością przez jednego z najważniejszych dla mnie ludzi i twórców. Gest nie do przecenienia, przecież mógł w ogóle nie odpisać.

Niezapomniane role Jerzego Stuhra?

Dla mnie na pewno „Zdrodnia i kara“ (1984) w reżyserii Andrzeja Wajdy). Nie zliczę, ile razy obejrzałam to przedstawienie w Teatrze Telewizji. Jest to spektakl zaliczony do Złotej Setki TT. A o interpretacji postaci Porfirego Pietrowicza przez Jerzego Stuhra pisano z zachwytem nawet w prasie zagranicznej. „Jeden z najlepszych aktorów, którzy istnieją dziś w Europie“, napisano we włoskim „Il Messaggero“.

Role filmowe?

Osobą, która nierozłącznie kojarzy mi się z Profesorem Stuhrem, jest Krzysztof Kieślowski, mój ukochany reżyser, który – tak myślę – ukształtował filmową drogę Jerzego Stuhra. Wszystkie ich wspólne filmy były dla mnie bardzo ważne.

I „Amatora“, i „Spokój“ pamiętam scenę w scenę. W nich widać istotę aktorstwa Jerzego Stuhra – widać każdą żylkę, drżenie ciała, energię. Takim samym był pedagogiem. Studenci go uwielbiali za autentyzm. Dla młodych ludzi to, jakim jesteś artystą, musi się zgadzać z tym, jakim jesteś człowiekiem.

Dziś akurat jesteśmy z mężem we Włoszech, które zresztą Jerzy Stuhr bardzo często z upodobaniem odwiedzał, patrzymy na wodę, gdzie jest spokój... I myśląc o nim, postanowiliśmy kolejny raz obejrzeć drugi film Kieślowskiego pt. „Spokój“ z arcygenialną główną rolą Jerzego Stuhra. Moja ulubiona scena to ta, w której główna postać – Antoni Gralak – mówi o tym, czego pragnie w życiu. A pragnie najprostszych rzeczy: rodziny, domu z obiadem na stole, telewizyjnej „Jedynki“, „Dwójki“. Banalne z dzisiejszej perspektywy. Chociaż... Ludzie chyba nadal podskórnie pragną tego samego. Główny, szarpiący za serce przekaz filmu „Spokój“: „Pragniesz tylko spokoju, ale nawet tego nie możesz dostać“.

Wiem, że mnóstwo scen w tym filmie było improwizowanych, co pokazuje nie tylko wielki talent aktorski Jerzego Stuhra, ale i ludzki – do tworzenia historii, do intensywnego bycia tu i teraz. W tym też przejawia się ów rodzaj siły i witalności, którą miał.

Czytaj więcej

Reżyserka Maja Kleczewska: Warszawa nie potrzebuje "Wesela"

Co najważniejszego Jerzy Stuhr po sobie zostawi, pani zdaniem?

Cały czas myślę o jego umiłowaniu życia. Całym sobą pokazywał, że warto walczyć nawet w ekstremalnie trudnych warunkach. Wszyscy wspominamy jego wybitne role, dokonania na stanowisku Rektora PWST, ale on przecież, z panią Basią, popularyzował psychoonkologię, był współzałożycielem i ambasadorem stowarzyszenia i fundacji UNICORN. Spotykał się z pacjentami onkologicznymi i przekonywał ich, że nie można się poddawać, chociaż sam w 2011 roku usłyszał, że ma najwyżej 30 procent szans na przeżycie.

Oczywiście, działali razem, we dwójkę, ale jeśli człowiek w sobie nie ma woli przetrwania, to rzeczywiście jest bez szans. On to oddał ludziom, dzielił się z tym, nawet w cierpieniu. To jest godne naśladowania. Dla mnie nie ma większej wartości.

Gdy słyszy pani „Jerzy Stuhr“, to jakie są pani pierwsze myśli?

Dominika Bednarczyk-Krzyżowska: Wola życia. Witalność. Niezłomność. I to zarówno, jeżeli chodzi o niego jako człowieka, ale też o rodzaj postaci, jakie budował na scenie czy w filmie. To brzmi paradoksalnie w tych okolicznościach, jednak właśnie tak zawsze postrzegałam Jerzego Stuhra. Szczególnie przez ostatnie 12 lat, gdy zmagał się z chorobą nowotworową. Życie go mocno doświadczało – nowotwór krtani, ale też dwa zawały serca, udar mózgu. Jednak przez to wszystko przebijała się nieprzeciętna miłość do tego życia.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Ludzie
Wygląd księżnej Kate sugeruje, że nie jest leczona tylko chemioterapią? "Istnieje obawa..."
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Ludzie
Adele robi przerwę w śpiewaniu. "Zbiornik jest na ten moment dość pusty"
Ludzie
Brooke Shields w nowej roli. Będzie broniła praw aktorek i aktorów w USA
Ludzie
Angelina Jolie z nowymi oskarżeniami ze strony Brada Pitta
Ludzie
Cameron Diaz wraca z filmowej emerytury. Komu udało się ją do tego namówić?