Architektka Marta Sękulska-Wrońska: Kiedyś inaczej się pracowało w tym zawodzie

Marta Sękulska-Wrońska zaczynała od muzyki, ale jednak wybrała architekturę, wierząc, że nic nie jest w niej niemożliwe. Dziś jest współwłaścicielką jednej z najdynamiczniej rozwijających się pracowni architektonicznych. Opowiada o projektach, które tworzy.

Publikacja: 21.02.2024 10:22

Marta Sękulska-Wrońska: Zawód architekta wymaga przede wszystkim wytrwałości, zespołowego wysiłku, u

Marta Sękulska-Wrońska: Zawód architekta wymaga przede wszystkim wytrwałości, zespołowego wysiłku, umiejętności odrzucania tego, co złe, aby doprowadzić do realizacji pięknej wizji.

Foto: Archiwum prywatne

Co zdecydowało o wyborze pani drogi zawodowej? Architektura była podobno spełnieniem pani marzeń?

Marta Sękulska-Wrońska: Od końca szkoły podstawowej marzyłam tylko o architekturze. Wzięło się to chyba stąd, że tata był wykonawcą budowlanym, miał firmę wykonawczą w Żyrardowie, skąd pochodzę. Przynosił rysunki budynków do domu, a potem widziałam, że one powstają. I to była magia. Jak w bajce o zaczarowanym ołówku - to, co się narysowało, powstawało. Ale szczerze mówiąc, wtedy jeszcze nie wiedziałam, z czym wiąże się ten zawód, bo w mojej rodzinie nikt architektem nie był.

Dowiedziała się pani tego dopiero na studiach?

Jeszcze nie. Na studiach poznaje się teorię, a praktykę dopiero po nich. Przynajmniej tak było, gdy studiowałam architekturę na Politechnice Warszawskiej, bo teraz to się zmieniło i są przez semestr obowiązkowe praktyki.

Przygotować się do studiów pomogły mi m.in. lekcje rysunku ze studentem architektury, późniejszym moim wykładowcą. Kiedy starałam się dostać na architekturę, było 30 osób na jedno miejsce.

Jeszcze bardziej niezwykłe, że niemal zaraz po studiach, założyła pani własną pracownię.

Gdy kończyłam studia w 2007-2008 roku wszyscy moi koledzy działali w pracowniach, które projektowały stadiony na Euro 2012. Ale ja zaczynałam przy innych projektach – komercyjnych, najpierw w działalności kolegi. I wtedy właśnie nabrałam odwagi; odkryłam, że dobrze się czuje w kontakcie z klientem. No i może to była też trochę taka młodzieńcza naiwność - nic nie wydawało mi się niemożliwe.

Z drugiej strony 2008 był rokiem kryzysu ekonomicznego, który dotknął sektor budowlany i pracowanie architektoniczne, bazujące jedynie na projektach budynków mieszkaniowych. Miały one bardzo duże problemy, kurczyły się i zwalniały ludzi.

Zdecydowałam się więc założyć własną pracownię w której robiłam drobne rzeczy: projekty wnętrz domów jednorodzinnych czy salonu samochodowego.

Nazwałam ją SMLXL platforma architektury. Długa nazwa, w której pierwsze litery miały charakter marketingowy i oznaczały projekty od małych do dużych. Ale szczególnie zależało mi na słowie „platforma”, ponieważ już wtedy czułam, że nie chcę być autorem wszystkiego, tyko żebyśmy mogli połączyć siły i robić coś fajnego w jakimś zespole.

Oczywiście jako młody przedsiębiorca ten romantyzm platformy musiałam trochę „uczesać” i poznać przepisy prawne, zorientować w składkach, ZUS-ach itp.

Równolegle obserwowałam, jak Szczepan Wroński, już wtedy mój partner życiowy, rozwijał WXCA – pracownię, którą zawiązał z kolegą na potrzeby jakiejś inwestycji mieszkaniowej. Niestety nie doszła do skutku ze względu na kryzys 2008 roku i odmowę kredytowania zakupu działki. Koledzy nie stracili jednak odwagi i startowali w dużych konkursach międzynarodowych. W 2009 dostali się do II etapu konkursu na Muzeum Wojska Polskiego na Cytadeli Warszawskiej.

Muzeum Historii Polski i Muzeum Wojska Polskiego

Muzeum Historii Polski i Muzeum Wojska Polskiego

Archiwum prywatne

Mówi pani o potrzebie wspólnoty. A czy na pani działania i wizję architektury wpłynęli też superstar architekci, jak np. Zaha Hadid?

Ja mam poczucie, że ta era już minęła. Kiedyś inaczej się pracowało w tym zawodzie. Był lider, który miał pomysł i robił szkic, a mnóstwo osób w pracowni rozrysowywało to potem ręcznie. W momencie, kiedy informatyka przyszła nam na pomoc, architektura stała się bardziej dziełem zespołowym.

Już na Politechnice najchętniej wybierałam przedmioty zespołowe. Uważam, że ciekawsze rezultaty osiąga się, kiedy łączy się doświadczenia, umiejętności i energię ludzi. Nie każdy jest dobry we wszystkim, a w zespole łatwiej odpowiedzieć na różne potrzeby.

Jako młody przedsiębiorca zatrudniałam osoby z dużo większym doświadczeniem ode mnie i zupełnie nie miałam problemu z tym, że ktoś jest mądrzejszy ode mnie, bo chodzi o to, żebyśmy się wymieniali doświadczeniami.

Podobną filozofię miało WXCA, więc było nam po drodze i w 2010 roku dołączyłam do nich.

Czego skrótem jest WXCA?

W - od Szczepan Wroński, C - od Wojciech Conder, A – od Architekci. Ale już X to zmienna matematyczna, pod którą można podstawić każdego członka zespołu, aby każdy czuł, że jest jego częścią.

Jak duży był to wówczas zespół?

Było nas trzy osoby: Szczepan, Wojtek i ja, czasem dołączał ktoś z kolegów, w sumie garstka. Dziś w naszej pracowni jest 70 osób.

Co dało pierwszy impuls do rozwoju?

Wspomniana już kwalifikacja do II etapu konkursu na Muzeum Wojska Polskiego na Cytadeli.

Dla młodego zespołu była to szansa, którą z perspektywy czasu można nazwać złotym strzałem. Albo taką szansę od losu wykorzysta się, albo nie. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Szczepan dzwonił po kolegach i zaangażował więcej osób. Drążyliśmy temat, szukaliśmy najlepszych rozwiązań, godziny pracy nie miały znaczenia, bo jesteśmy nastawieni na efekt.

Na końcowy efekt, czyli otwarcie Muzeum Wojska Polskiego i Muzeum Historii Polski musieliście jednak poczekać 14 lat. Podczas oprowadzania dla mediów po nowych obiektach zapadła mi w pamięć pani uwaga, że gdy pojawiały na drodze realizacji trudności, ktoś ze starszych kolegów rzucił: - Dobrze że jesteście młodzi, to dożyjecie do finału.

To przedstawiciel inwestora tak nam powiedział. Ktoś inny ostrzegał, że może nasze wnuki będą jeszcze budować. Na początku nie rozumiałam tego. Wszyscy myśleliśmy, a co to takiego trudnego: w cztery lata będzie pozwolenie na budowę, a potem wszystko ruszy. Droga wydawała się prosta, choć projekt był złożony, bo obejmował nie tylko nowe budynki, ale także adaptację zabytkowych na nowe cele, przebudowę Wybrzeża Gdyńskiego, infrastrukturę. Zgodę na budowę kompleksu rzeczywiście uzyskaliśmy nawet w trzy lata, ale potem prace zahamowało cofniecie budżetu na te inwestycje.

Oba muzea na Cytadeli mają nie tylko bardzo współczesną formę, otwartą na nowe wyzwania, ale też przywołują zapomnianą kartę historii. To aż nieprawdopodobne, że udało się nie tylko stworzyć atrakcyjny nowoczesny kompleks muzealny, ale i zdjąć ciężar wyłącznie mrocznych skojarzeń z Cytadelą jako carskim więzieniem w czasach zaborów. Stało się to możliwe przez odwołanie do XVIII-wiecznej kompozycji przestrzennej, gdy znajdowały się w tu koszary Gwardii Pieszej Koronnej - wokół Placu Gwardii, na którym warszawiacy lubili niegdyś oglądać wojskowe pokazy. Muzea zaprojektowane przez WXCA stanęły na obrysach ich fundamentów.

Nie pamiętam już, czy to w samej koncepcji konkursu była mowa o historii Cytadeli. Ale nawet, jeśli konkurs o historii nie opowiada, zawsze staramy się zbadać kontekst miejsca jak najgłębiej i dowiedzieć się o nim, jak najwięcej. Projektując MWP i MHP na Cytadeli (był to już II konkurs na zagospodarowanie tej przestrzeni) zauważyliśmy dualizm historii. Z jednej strony było to miejsce więzienia politycznego, tragedii i kaźni. Z drugiej, drążąc głębiej, odkryliśmy, że wcześniej była to część Warszawy lubiana przez warszawiaków. Zdecydowaliśmy się wrócić myślami do pozytywnych czasów. Po rozstrzygnięciu konkursu, kiedy porównywaliśmy nasz projekt z konkursowym pracami innych, zauważyliśmy, że nie sięgają aż tak głęboko w przeszłość. W tym wypadku to była dobra decyzja.

Dużym sukcesem WXCA był też kompletnie inny projekt - Pawilonu Polskiego na EXPO 2020 w Dubaju, który zdobył nagrodę w konkursie World Expo Awards.

Muzeum musi być ponadczasowe, a pawilon na EXPO był obiektem czasowym, pierwotnie planowanym tylko na 5 miesięcy. To było już nasze drugie podejście do EXPO, bo wcześniej startowaliśmy w konkursie na pawilon na EXPO w Mediolanie. I tam zdobyliśmy 2 nagrodę. Bolało nas, że każde EXPO kończy się toną betonowych pawilonów wyrzuconych na śmietnik i niszczącym wpływem działalności sektora budowlanego na naszą planetę. Stąd wziął się pomyśl, żeby w Dubaju zrobić mobilną konstrukcje drewnianą, którą po zakończeniu można zmontować i rozmontować, przenieść w nowe miejsce.

Konkurs obejmował pawilon i wystawę, więc to dało nam fantastyczną możliwość uzyskania spójności bryły i ekspozycji, dla których motywem przewodnim stała się natura. Stąd te kinetyczne ptaki na elewacji i we wnętrzu.

Pawilon Polski na Expo 2020 w Dubaju

Pawilon Polski na Expo 2020 w Dubaju

Archiwum prywatne

Pawilon ożył potem ponownie?

Ożył, chociaż długo nie mieliśmy żadnych wieści o jego losach. Ale dosłownie 2 tygodnie temu dostaliśmy wiadomość, że niedawno nasz pawilon gościł forum młodych z całego świata, tzw. Young COP.

To znaczy, że ten teren wystawowy w Dubaju został zachowany ?

Planowo miał być zagospodarowany na EXPO City - wielofunkcyjną dzielnicę z biurami i mieszkaniami. Emiratczycy przyjęli, że teren wystawowy musi mieć zaplanowane drugie życie już od razu, żeby nakłady na infrastrukturę i komunikację - metro, autostrady - nie zostały zmarnowane.

Łatwiejsza jest współpraca międzynarodowa czy w kraju?

W Emiratach pracowało się nam bardzo dobrze, zaprzyjaźniliśmy się z naszym partnerem z Dubaju, jak i z kolegami ze Szwajcarii. I harmonijnie dążyliśmy do celu. W kraju bywa różnie. Wszystko zależy od ludzi i nastawienia, czy od początku idziemy razem do celu , czy mamy rozbieżne cele. Jak podążamy w jednym kierunku, to góry można przenosić.

W ubiegłym roku WXCA wygrała konkurs na odbudowę Pałacu Saskiego w Warszawie. Ten projekt to właściwie nie tylko pałac.

Pałac stanowi mniej więcej 1/3 naszego projektu, który obejmuje odtworzenie Zachodniej Pierzei placu dziś Piłsudskiego, a w okresie międzywojnia Placu Zwycięstwa - z Pałacem Brühla i kamienicami przy ulicy Królewskiej.

Robiliśmy analizy urbanistyczno-historyczne, które pokazują, że dawniej Trakt Królewski to był ciąg mniejszych i większych placów przed rezydencjami i pałacami, z których największym był plac przed Pałacem Saskim z osią Wschód-Zachód i Ogrodem Saskim. Obecnie jest to przestrzeń zdegradowana, a układ pierzei jest nieczytelny. Odtworzenie pierzei uważamy więc za jak najbardziej wskazane, żeby ta przestrzeń w mieście odzyskała ramy i tożsamość. W odbudowie Pałacu Saskiego nawiązujemy do stanu z międzywojnia.

Przestrzeń wokół tego miejsca jednak dziś bardzo się zmieniła. Obecnie mamy w niej hotel Victoria i biurowiec projektowany przez pracownię Normana Fostera, więc może iść dalej w stronę modernizacji?

Debata na temat, czy pałac odbudowywać i w jakim kształcie, toczy się od 40 lat. Wcześniej, w latach 40. i 50. po wojnie, noszono się z zamiarem odbudowy, ale były pilniejsze potrzeby: odbudowa Starówki, zapewnienie ludziom mieszkań, więc decyzje odłożono na później. Można doszukiwać się w tym zresztą także tła politycznego - w PRL-u władzom nie zależało, aby Polacy odzyskali symbol II RP, gdy ten obiekt tak mocno tworzył tożsamość miejsca po odzyskaniu niepodległości. (To tam Piłsudski miał swą siedzibę i nastąpiło rozszyfrowanie Enigmy).

Często wiele emocji budzi dziś kwestia Grobu Nieznanego Żołnierza. Niejednokrotnie można usłyszeć opinie, że w obecnej formie oddziałuje silniej. Gdy jednak badaliśmy konteksty historyczne, to z gazet dowiedzieliśmy się, że po wojnie była to tymczasowa rekonstrukcja do czasu odbudowy pałacu Saskiego. Rekonstrukcja i pewnego rodzaju kreacja, bo po zniszczeniach wojennych z Grobu ocalały nie trzy przęsła, tylko dużo mniej. One zostały częściowo odtworzone na potrzeby pierwszej parady po wojnie.

Wokół odbudowy Pałacu Saskiego jest wiele kontrowersji także w środowisku architektów. Są głosy, że może lepiej w tym miejscu pozostawić plac miejski.

Pustka niewątpliwie też silnie oddziałuje na wyobraźnię i przedstawia skutki tragedii wojny, Ale patrząc okiem gospodarza przestrzeni można wręcz powiedzieć, że olbrzymia pusta przestrzeń w centrum stolicy europejskiej to niegospodarność, gdyż w duchu zrównoważonego rozwoju powinniśmy dążyć do intensyfikacji tkanki miejskiej tam, gdzie jest infrastruktura. W konkursie, w którym uczestniczyliśmy, nowe funkcje odbudowywanego pałacu, zostały bardzo starannie przemyślane. Przewidziano w nim miejsce dla senatu, bo już przy sejmie nie ma już przestrzeni do rozbudowy; dla Urzędu Wojewódzkiego, dzielącego obecnie przestrzeń z Ratuszem i dla instytucji kultury, opowiadających historię miejsca.

Jest konkretna decyzja w sprawie przyszłości Pałacu Saskiego?

Wiemy tyle, co słyszeli wszyscy: nowy minister kultury powiedział, że to ostatnia powojenna rana Warszawy, którą trzeba zaleczyć, która wymaga właściwej odbudowy.

Równolegle WXCA działa i przy innych ciekawych projektach. Czy projekt Muzeum Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu już ruszył?

Czytaj więcej

Karina Kunkiewicz o swoim przebranżowieniu: W nieruchomościach zmarszczki są bez znaczenia

Projekt zrealizowaliśmy również jako laureaci konkursu Wielkopolskiego Muzeum Niepodległości, ale trochę był wstrzymany przez pandemię. Teraz budowa właśnie rusza. O Powstaniu Wielkopolskim 1918-1919 mówi się, że to jest jedyne udane polskie powstanie.

Zaprojektowaliśmy dla tego muzeum cztery budynki wokół placu, który tworzy centrum wspólnoty. Podkreślamy w ten sposób znaczenie wspólnoty, która daje wyjątkową siłę. Pod placem będzie wystawa, a te budynki zdają się spoglądać do jej wnętrza.

Jakie projekty światowych muzeów zrobiły na pani wrażenie?

Lubię projekt Luwru w Abu Dhabi Jeana Nouvela za powściągliwość formy, a zarazem nowatorstwo w zadaszeniu przestrzeni galerii. I za piękno tego obiektu wniesionego między lądem i wodą.

Ale w WXCA projektujemy nie tylko muzea. Realizujemy m.in. projekty mieszkaniowe. I to także bywają wyjątkowe wyzwania, jak F.S.O. Park czyli wielofunkcyjna ekologiczna dzielnica dla 17 tysięcy mieszkańców na Żeraniu na ponad 60 ha dawnych terenów Fabryki Samochodów Osobowych w Warszawie. Na zamówienie inwestora tworzymy perspektywiczny masterplan, zastanawiając się, jak człowiek będzie żył za 25 lat. Wykorzystujemy w nim najnowsze osiągnięcia techniki np. w systemie retencji wód czy obliczając oszczędność energii dzięki źródłom odnawialnym. To będzie zielona dzielnica z terenami rekreacyjnymi i ograniczonym wewnątrz ruchem kołowym, bezpieczną przestrzenią parku w centrum założenia.

Ta futurystyczna wizja sięga 2050 roku. Jakie ma szanse realizacji?

Jest to jak najbardziej realny plan. Przewidywane jest rozpoczęcie budowy pierwszego etapu realizacji przewidywany na 2025/26 rok.

Dla Warszawy stworzyliście i mniejsze projekty, jak Plac Pięciu Rogów w sąsiedztwie pracowni WXCA, mieszczącej się w dawnej fabryce czekolady Wedla, czy trwająca obecnie modernizacja Pól Mokotowskich opisywana jako „Dom człowieka i Dom natury”. Co to znaczy?

To jest metafora. „Dom człowieka” to miasto. A „Dom natury” to oaza zieleni w jego centrum, największy park w mieście liczący 72 ha. Projekt rewitalizacji, prowadzonej od 2021 roku, zakłada ich koegzystencję i szereg rozwiązań proekologicznych. Rewitalizacja głównego zbiornika wodnego została już zrealizowana. Oczywiście park w mieście to nie jest całkowicie naturalny krajobraz. Nie jest też całkiem zmodyfikowany przez człowieka. Przy okazji prowadzimy różne badania, np. czy ptaki miejskie czują się lepiej o zmroku w oświetlonych alejkach czy przy wykaszanych światłach. Okazuje się, że miejskim gatunkom nie robi to różnicy.

Przez minione cztery lata – od 2018 do 2019 roku - była pani prezesem Oddziału Warszawskiego SARP. Czy kobiety sprawowały już wcześniej tę funkcję?

Czytaj więcej

Karolina Prędota-Krystek: Kobiety muszą się bardziej rozpychać, pokazywać, że mają odpowiednie kompetencje

W Oddziale Warszawskim moimi poprzedniczkami były Maria Saloni-Sadowska i Marlena Happach. W 24 oddziałach SARP w całym kraju też wiele kobiet było prezesami. Ale w Zarządzie Głównym SARP obecna prezes Agnieszka Kalinowska-Sołtys jest pierwszą kobietą na tym stanowisku od 80 lat.

Czym dla pani było to doświadczenie?

To niesamowite wyzwanie, bo Odział Warszawski SARP jest największy i liczy około 900 członków. Wymagało odpowiedzialności i połączenia funkcji społecznej pro publico bono - bo nie pobiera się za nią wynagrodzenia - z własną pracą zawodową. Wiele osób pytało mnie wtedy, jak to godzę i ile godzin ma moja doba? Okazało się to możliwe poprzez wspólnotowość, środowiskowy dialog i dążenie do tych samych celów. Naszemu Zarządowi udało się zbudować wiele mostów także z innymi środowiskami: administracją miasta, uczelniami, ośrodkami edukacji, ambasadami.

W architekturze dla mnie bardzo pociągająca jest szerokość horyzontów, połączenie ze sztuką, nauką, filozofią…

Dziś liczy się umiejętność myślenia abstrakcyjnego i tworzenie nowych obszarów na pograniczu dwóch rewolucji: informatycznej i tej związanej ze sztuczną inteligencji. Pewnie dlatego teraz w każdym zawodzie najbardziej pożądani są filozofowie.

Jakich cech charakteru wymaga zawód architekta?

Przede wszystkim wytrwałości, zespołowego wysiłku, umiejętności odrzucania tego, co złe, aby doprowadzić do realizacji pięknej wizji, bo niestety, kiedy do gry wchodzi generalny wykonawca, to zaczyna się całkiem brutalna gra, i niestety jakość nie jest wspólnym celem jej uczestników.

Pasje muzyczne i sportowe współgrają z pani drogą?

Wszystkie wyparła architektura.

W podstawówce chodziłam do szkoły muzycznej, ale w pewnym momencie powiedziałam rodzicom, że chcę grać na fortepianie, choć niekoniecznie mieć te wszystkie przedmioty z teorii i historii muzyki. I w liceum brałam już tylko lekcje gry.

Znam wielu architektów, którzy mieli styczność z muzyką, być może to taki rodzaj wrażliwości.

A na studiach byłam w związku sportowym i startowałam w akademickich zawodach w narciarstwie alpejskim. Teraz mój 9-letni syn kontynuuje tę tradycję.

Również Szczepan, mój mąż, miał sportową młodość. Był w klubie i startował w regatach. I nawet niedawno rozmawialiśmy o różnicach i podobieństwach naszych sportowych doświadczeń. W narciarstwie 39 sekund zjazdu decyduje o zdobyciu medalu. Różnice potrafią być w setnych sekundy. A w regatach wymaga to całych godzin. W obu dyscyplinach jest ważne strategiczne myślenie i wytrwałość.

Przydają się na pewno i w zawodzie architekta, podobnie jak rywalizacja.

Dla mnie bardziej od rywalizacji pociągające jest doskonalenie. Tak samo w sporcie, jak i w architekturze. Trenowanie z innymi pozwala na szybsze podnoszenie poprzeczki.

Co zdecydowało o wyborze pani drogi zawodowej? Architektura była podobno spełnieniem pani marzeń?

Marta Sękulska-Wrońska: Od końca szkoły podstawowej marzyłam tylko o architekturze. Wzięło się to chyba stąd, że tata był wykonawcą budowlanym, miał firmę wykonawczą w Żyrardowie, skąd pochodzę. Przynosił rysunki budynków do domu, a potem widziałam, że one powstają. I to była magia. Jak w bajce o zaczarowanym ołówku - to, co się narysowało, powstawało. Ale szczerze mówiąc, wtedy jeszcze nie wiedziałam, z czym wiąże się ten zawód, bo w mojej rodzinie nikt architektem nie był.

Pozostało 97% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Wywiad
Luna: Nie czuję, że na Eurowizji poniosłam porażkę
Wywiad
Małgorzata Foremniak: Nie warto poświęcić siebie dla drugiego człowieka
Wywiad
Pisarka Małgorzata Oliwia Sobczak stworzyła "Kolory zła: Czerwień". Mówi, że to terapia
Wywiad
Reżyserka Maja Kleczewska: Warszawa nie potrzebuje "Wesela"
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Wywiad
Polka w Monako Dominika Eisenberg: Niedziela jest dniem na rozmawianie o wszystkim, tylko nie o pracy
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą