Jak wyglądał piątkowy wieczór Marrakeszu? Czy coś zapowiadało tragiczne wydarzenia?
Katarzyna Ławrynowicz: Absolutnie nic. Było po 23.00, kiedy to wszystko się zaczęło. Dzieci bawiły się jeszcze na zewnątrz. W dzielnicy, w której mieszkam, panował spokój. Wyszłam do ogrodu, żeby zawołać już córkę do domu i kiedy wróciłam do środka, poczułam pierwsze delikatne wstrząsy - coś podobnego do tego, co czasami czuje się, gdy w pobliżu przejeżdża ciężarówka. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale instynktownie wybiegłam z domu i zabrałam Leilę na pobliski plac. Byłam jedną z pierwszych osób, które tak zareagowały na to, co się działo. Dookoła nas zgromadziły się inne dzieci.
Czy reszta pani rodziny była bezpieczna?
Nikomu z moich bliskich nic się nie stało, ale wokół jest wielu ludzi, którzy kogoś stracili. Najwięcej ofiar jest w górach - często to bliżsi i dalsi krewni mieszkańców Marrakeszu.
Jak szybko ludzie zorientowali się, co się stało?
Na pewno nie od razu. W pierwszych chwilach nic nie był jasne. Mówiło się między innymi o wybuchu gazu i o katastrofie samolotowej. Tego, co się wydarzyło, nikt się nie spodziewał.
Czy jest zagrożenie kolejnymi wstrząsami?
Wstrząsy wtórne są cały czas, jednak na tyle słabe, że praktycznie nieodczuwalne.
Co w tej chwili jest największym problemem po piątkowych wydarzeniach?
Największe zniszczenia są w górach i tam też jest najwięcej ofiar. Nadal trwa akcja ratunkowa. Do wielu z tych miasteczek i wsi dojazd jest trudny. Do niektórych jeszcze nie dotarły służby. Ludzie stracili domy, bliskich. Często brakuje bieżącej wody i żywności. Bardzo dużo zwykłych ludzi bierze udział w poszukiwaniach.
Jaką narrację w sprawie mają lokalne media - o co proszą, co podkreślają?
Relacjonują wydarzenia. Są wezwania do oddawania krwi dla poszkodowanych.
Czy napływa już jakaś pomoc z zewnątrz?
Przybywają ratownicy z Hiszpanii, Francji, Tunezji z psami ratowniczymi i pomocą medyczną. Ruszyły zbiórki pieniędzy w różnych krajach. Wspólnie z innymi Polkami podejmiemy współpracę z Polskim Czerwonym Krzyżem, by zagospodarować uzbierane środki.
Czego najbardziej potrzeba ludziom?
Trudno teraz mówić o konkretnych produktach, ale wiele ludzi straciło dach nad głową. W górach niektóre wsie w całości zostały zrównane z ziemią. W samym Marrakeszu jest dużo domów, które grożą zawaleniem i przebywanie w nich jest niebezpieczne. Ogromy ludzi przez ostatnie dwie noce spały w ogrodach, na ulicach, z dala od budynków. Na pewno będzie potrzeba dosłownie wszystkiego.
Jakie zachowania i emocje dominują wśród ludzi?
Na początku szok i lęk, ale Marokańczycy są narodem wspólnotowym i idą razem przez codzienną monotonię i najtrudniejsze sytuacje życiowe. To jest w nich wyjątkowe - są RAZEM. Teraz wychodzą na ulice nie tylko dla bezpieczeństwa, ale także właśnie po to, by być blisko. Z tego czerpią siłę.
Czy można powiedzieć, że kraj był jakkolwiek przygotowany na tego rodzaju tragedię?
W żaden sposób. Dla wszystkich to był szok. W tym regionie trzęsienia ziemi się praktycznie nie zdarzają. Jedynie na północy Maroka, zwłaszcza w okolicach miasta Al Hoceima tego rodzaju kataklizmy aż tak nie dziwią.