Polka mieszkająca w Maroku o sytuacji po trzęsieniu ziemi: Ludzie czerpią siłę z bycia razem

Piątkowe trzęsienie ziemi w Maroku pochłonęło prawie dwa tysiące ofiar, ale może być ich o wiele więcej, bo już teraz wiadomo, że liczba poszkodowanych jest ogromna. O tym, jak tuż po kataklizmie wygląda sytuacja w dotkniętym tragedią kraju, opowiedziała nam mieszkająca od 12 lat w Maroku Katarzyna Ławrynowicz - autorka książki "Maroko. U mnie w Marrakeszu".

Publikacja: 10.09.2023 21:25

Katarzyna Ławrynowicz o trzęsieniu ziemi w Maroku: "Ludzie czerpią siłę z bycia razem".

Katarzyna Ławrynowicz o trzęsieniu ziemi w Maroku: "Ludzie czerpią siłę z bycia razem".

Foto: PAP/EPA

Jak wyglądał piątkowy wieczór Marrakeszu? Czy coś zapowiadało tragiczne wydarzenia?

Katarzyna Ławrynowicz: Absolutnie nic. Było po 23.00, kiedy to wszystko się zaczęło. Dzieci bawiły się jeszcze na zewnątrz. W dzielnicy, w której mieszkam, panował spokój. Wyszłam do ogrodu, żeby zawołać już córkę do domu i kiedy wróciłam do środka, poczułam pierwsze delikatne wstrząsy - coś podobnego do tego, co czasami czuje się, gdy w pobliżu przejeżdża ciężarówka. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale instynktownie wybiegłam z domu i zabrałam Leilę na pobliski plac. Byłam jedną z pierwszych osób, które tak zareagowały na to, co się działo. Dookoła nas zgromadziły się inne dzieci.

Czy reszta pani rodziny była bezpieczna?

Nikomu z moich bliskich nic się nie stało, ale wokół jest wielu ludzi, którzy kogoś stracili. Najwięcej ofiar jest w górach - często to bliżsi i dalsi krewni mieszkańców Marrakeszu. 

Jak szybko ludzie zorientowali się, co się stało?

Na pewno nie od razu. W pierwszych chwilach nic nie był jasne. Mówiło się między innymi o wybuchu gazu i o katastrofie samolotowej. Tego, co się wydarzyło, nikt się nie spodziewał. 

Czy jest zagrożenie kolejnymi wstrząsami?

Wstrząsy wtórne są cały czas, jednak na tyle słabe, że praktycznie nieodczuwalne. 

Co w tej chwili jest największym problemem po piątkowych wydarzeniach? 

Największe zniszczenia są w górach i tam też jest najwięcej ofiar. Nadal trwa akcja ratunkowa. Do wielu z tych miasteczek i wsi dojazd jest trudny. Do niektórych jeszcze nie dotarły służby. Ludzie stracili domy, bliskich. Często brakuje bieżącej wody i żywności. Bardzo dużo zwykłych ludzi bierze udział w poszukiwaniach.

Jaką narrację w sprawie mają lokalne media - o co proszą, co podkreślają?

Relacjonują wydarzenia. Są wezwania do oddawania krwi dla poszkodowanych. 

Czy napływa już jakaś pomoc z zewnątrz?

Przybywają ratownicy z Hiszpanii, Francji, Tunezji z psami ratowniczymi i pomocą medyczną. Ruszyły zbiórki pieniędzy w różnych krajach. Wspólnie z innymi Polkami  podejmiemy współpracę z Polskim Czerwonym Krzyżem, by zagospodarować uzbierane środki.

Czego najbardziej potrzeba ludziom?

Trudno teraz mówić o konkretnych produktach, ale wiele ludzi straciło dach nad głową. W górach niektóre wsie w całości zostały zrównane z ziemią. W samym Marrakeszu jest dużo domów, które grożą zawaleniem i przebywanie w nich jest niebezpieczne. Ogromy ludzi przez ostatnie dwie noce spały w ogrodach, na ulicach, z dala od budynków. Na pewno będzie potrzeba dosłownie wszystkiego.

Jakie zachowania i emocje dominują wśród ludzi? 

Na początku szok i lęk, ale Marokańczycy są narodem wspólnotowym i idą razem przez codzienną monotonię i najtrudniejsze sytuacje życiowe. To jest w nich wyjątkowe - są RAZEM. Teraz wychodzą na ulice nie tylko dla bezpieczeństwa, ale także właśnie po to, by być blisko. Z tego czerpią siłę. 

Czy można powiedzieć, że kraj był jakkolwiek przygotowany na tego rodzaju tragedię?

W żaden sposób. Dla wszystkich to był szok. W tym regionie trzęsienia ziemi się praktycznie nie zdarzają. Jedynie na północy Maroka, zwłaszcza w okolicach miasta Al Hoceima tego rodzaju kataklizmy aż tak nie dziwią. 

Jak wyglądał piątkowy wieczór Marrakeszu? Czy coś zapowiadało tragiczne wydarzenia?

Katarzyna Ławrynowicz: Absolutnie nic. Było po 23.00, kiedy to wszystko się zaczęło. Dzieci bawiły się jeszcze na zewnątrz. W dzielnicy, w której mieszkam, panował spokój. Wyszłam do ogrodu, żeby zawołać już córkę do domu i kiedy wróciłam do środka, poczułam pierwsze delikatne wstrząsy - coś podobnego do tego, co czasami czuje się, gdy w pobliżu przejeżdża ciężarówka. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale instynktownie wybiegłam z domu i zabrałam Leilę na pobliski plac. Byłam jedną z pierwszych osób, które tak zareagowały na to, co się działo. Dookoła nas zgromadziły się inne dzieci.

2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Wywiad
Teolożka o decyzji Trzaskowskiego ws. krzyży: Potrzebna jest reakcja osób wierzących
Wywiad
Polka na obczyźnie Beata Roussel. Po 40 i diagnozie autyzmu została kulturystką
Wywiad
Dyrektor generalna UNICEF Polska o work-life balance: Ja żyję pracą
Wywiad
Paula Wolecka z teamu Igi Świątek o tym, co najważniejsze w budowaniu marki osobistej
Wywiad
Iza Kuna: Romans może trwać i 30 lat
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?