Jesteś archeolożką, muzealniczką, ale w praktyce zajmujesz się konserwacją zabytków według najlepszej sztuki zapomnianego rzemiosła. Skąd wzięła się tak osobliwa pasja?
Katarzyna Sielicka: Zaczęło się już w dzieciństwie. Mieszkałam i wychowałam się w Legnicy na Zakaczawiu — starej, zabytkowej, poniemieckiej dzielnicy, która zresztą doczekała się swojej Ballady o Zakaczawiu, czyli głośnego spektaklu Teatru Modrzejewskiej w Legnicy, potem sfilmowanego w reżyserii Waldemara Krzystka. Jak wszystkie dzieci w tamtym czasie od rana do nocy samodzielnie eksplorowaliśmy z kolegami teren wokół nas. Fascynowały mnie stare bramy, ciemne podwórka — studnie, ciągnące się w nieskończoność klatki schodowe, kocie łby na ulicy, pozostałości nagle urywających się szyn tramwajowych i starych trakcji. Podobną ekscytację i tajemniczość czułam w drewnianych chatach, które odwiedzałam latem, spędzając wakacje na wsi. Pamiętam, że w tych domach tak dobrze się spało, tak dobrze się oddychało. Dziś wiem, że to za sprawą naturalnych materiałów, z których wznoszono te domy — wapiennych, oddychających tynków, nieszczelnych drewnianych okien. Z czasem zaczęły nawiedzać mnie sny, w których spacerowałam i podziwiałam stare budynki, nie wiedząc, gdzie jestem i jak się znalazłam w środku. Nazywam je „Sny o starych domach”. Od nich wszystko się zaczęło.