– My w środowisku kosmetycznym mówimy na nie „bezy”, czyli kremy bez tego, bez tamtego. W ogóle nie powinny być one tak opisywane, bo jest to niezgodne z prawem uczciwej konkurencji. Nie powinno się umieszczać takich deklaracji na opakowaniach. Jedyne dopuszczalne to te, które stanowią o bezpieczeństwie – na przykład, że produkt nie zawiera alkoholu albo kompozycji zapachowej. Natomiast istnieje dokument techniczny, kosmetyczny, który mówi o tym, że nie powinniśmy stosować nieuczciwej konkurencji, czyli nie reklamować kosmetyków słowem „bez”, bo parabeny, PEG-i, SLS-y i silikony są w porządku, jeśli występują w odpowiednich stężeniach, które zostały ocenione przez komitet do spraw oceny bezpieczeństwa. Kosmetyki przechodzą rygorystyczne testy, szczególnie w Polsce. Mam wrażenie, że jesteśmy najbardziej restrykcyjnym kosmetycznie krajem i na dużo rzeczy zwracamy uwagę – mówi Magdalena Kaczanowicz.
– Każdy ze składników po coś jest. To nie jest tak, że składniki do kosmetyków są dodawane w pierwszej lepszej kolejności. Na przykład silikony są absolutnie neutralne dla skóry, zwłaszcza wrażliwej. Bardzo dużo dermokosmetyków z apteki jest opartych właśnie na silikonach. Sprawdzają się one dla skóry atopowej, w przeciwieństwie do niektórych olejów naturalnych. Silikony są bardzo dobrze oczyszczone, mają utworzyć warstwę ochronną, czyli okluzję do regeneracji cery. Są też świetne do wygładzania włosów. Nie wiem, skąd się też wzięła niechęć do parabenów. To są najbardziej przebadane konserwanty w przemyśle kosmetycznym, są najbezpieczniejszymi konserwantami do stosowania w okolicy oka. Parabeny świetnie się sprawdzają w produktach dla dzieci, są absolutnie neutralne, jeśli chodzi o skórę dziecka. Często są nawet składnikami leków. Ta zła passa parabenów wynika po prostu z kosmetycznych plotek. A ilość dokumentacji naukowej, jaka powstała na temat parabenów, jest największa i najszersza w porównaniu do innych surowców kosmetycznych – tłumaczy ekspertka.
Czytaj więcej
Vanessa Kirby została nową globalną ambasadorką Lancôme. W ramach wykonywanego zawodu odtwórczyni roli księżniczki Małgorzaty stosuje niekonwencjon...
Chemiczka rozprawia się też z mitem o kosmetykach o tzw. czystym składzie. – Otwarcie mówię, że to jest chwyt marketingowy. Nie ma definicji „clean beauty”, więc słowo „clean” każdy sobie definiuje tak, jak ma na to ochotę i to wcale nie znaczy, że te „czyste” kosmetyki są lepsze, czy że mają szlachetniejsze receptury. Staram się walczyć z tym pojęciem, bo ono nic nie znaczy. Dosłownie nic – podkreśla.