Co takiego daje człowiekowi morze, czego nie można znaleźć w żadnej innej pracy na lądzie?
Kpt. Paulina Pacuła: Myślę, że daje poczucie odpowiedzialności za ludzi, z którymi pracujemy. Wiele zależy od tego, z kim pracujemy i jak bardzo sobie ufamy, bo każdy błąd członka załogi wpływa na bezpieczeństwo wszystkich na statku.
Oczywiście praca na morzu daje też wolność. Kiedy zaczynałam, podobała mi się niezależność i możliwość pływania po świecie, bez sztywnych godzin pracy od 7.00 do 15.00.
Czy pamięta pani swoją pierwszą akcję? Jakie emocje pani wtedy towarzyszyły?
Najbardziej zapadło mi w pamięć oczekiwanie na nieznane. Pracujemy w systemie 15 na 15 dni i w tym czasie całą dobę jesteśmy gotowi do wyjścia w morze. Na samym początku bardzo się tym stresowałam i nawet myjąc włosy, zostawiałam lekko uchylony prysznic, żeby w razie alarmu mieć telefon w zasięgu wzroku. Z czasem jednak to napięcie mija i zaczyna się funkcjonować normalnie. Okazało się jednak, że wcale nie było tak strasznie, jak się wydawało i pierwszą akcję miałam bardzo przyjemną.
Jak wyglądała pani droga do pracy w SAR (Search And Rescue)?
Moje życie zawodowe od początku było związane z morzem. Najpierw próbowałam dostać się na stanowisko marynarza, ale nie zostałam przyjęta, więc trafiłam na statki handlowe. Ta praca mi się podobała, jednak czułam, że to nie jest miejsce, w którym chciałabym zostać na dłużej.
Zawsze chciałam robić coś dla ludzi i zwierząt. Czułam potrzebę, by moja praca miała głębszy sens niż tylko zarabianie pieniędzy. Na studiach wybrałam specjalność ratownictwo morskie. Wtedy jednak nie myślałam jeszcze, że będę pracować w tym zawodzie, po prostu mnie to interesowało. Myślałam, że nie jestem wystarczająco dobra, żeby pracować w SAR. Kiedy jednak zobaczyłam ogłoszenie o naborze, pomyślałam: „A, spróbuję”. Aplikowałam, ale długo nikt nie odpowiadał na moje zgłoszenie. Co ciekawe, mimo zainteresowania ratownictwem nie wiedziałam wtedy, że nie ma kobiet pracujących na statkach ratowniczych w Polsce.