Czy praca w ratownictwie medycznym zmieniła pani spojrzenie na życie poza nią?
Nie boję się śmierci.
Myśli pani, że to kwestia tego, że widziała ją pani tyle razy?
Tak. Mam też świadomość, że każdego z nas to niestety kiedyś dotknie. Najbardziej boję się śmierci kogoś z moich bliskich. Bo tak naprawdę osoba, która umiera, już nic nie wie. Natomiast zostaje rodzina, która cierpi.
Jak zaczęła się pani droga w tym zawodzie? Co sprawiło, że wybrała pani właśnie tę ścieżkę, chyba dla wielu osób nie jest to oczywisty wybór kariery zawodowej?
Myślę, że zwłaszcza dla kobiety nie jest to oczywisty wybór. Nastolatki częściej myślą o tym, by zostać lekarką czy pielęgniarką, a ja już w szkole podstawowej powtarzałam, że będę pracować w karetce. Dlatego poszłam na studia z ratownictwa medycznego, a zaraz po obronie rozpoczęłam pracę. W tamtych czasach trzeba było jeszcze zdawać egzaminy do wojewódzkiego pogotowia ratunkowego i bardzo się tym stresowałam, bo od samego początku spotykałam się ze zdziwieniem, że „taka chuda kobieta” idzie do pogotowia.
Jak pani reagowała na takie komentarze?
Mówiłam, że to nie ma znaczenia. Tak mówię też dzisiaj.
Kobiety stanowią tylko około 11 proc. wszystkich ratowników medycznych. Czy w codziennej pracy da się odczuć skutki tej dysproporcji, na przykład w traktowaniu przez innych?
W Polsce wciąż zdarzają się miejsca, gdzie kobiety nie są zatrudniane w zespołach wyjazdowych. Wśród ratowników liczy się przede wszystkim wiedza i umiejętności partnera, z którym jedziemy. Natomiast niektórzy męscy pacjenci bywają zaskoczeni, gdy widzą kobietę, zwłaszcza jeśli prowadzi karetkę. Kiedy zaczęłam prowadzić, słyszałam komentarze od kolegów: „Zobaczycie, ona nam rozwali karetkę”. Ostatecznie karetka faktycznie była rozwalona trzy razy, ale nie przeze mnie, tylko przez tych mężczyzn, którzy żartowali.