Dyskryminacja kobiet w nauce. Środowisko naukowe jest cały czas oporne

Anna Górska, dyrektorka Centrum Badań Kobiet i Różności w Organizacjach, zajmuje się badaniem zjawiska dyskryminacji kobiet w środowisku naukowym. Rozmawiamy z nią o tym, jak bardzo widoczny jest ten problem i jakie są jego przyczyny.

Publikacja: 06.09.2023 12:46

Środowisko naukowe jest cały czas oporne

Środowisko naukowe jest cały czas oporne

Foto: Archiwum prywatne

W swojej pracy naukowej zajmuje się pani badaniem zjawiska dyskryminacji kobiet w środowisku naukowym. Rozmawiała pani z 54 kobietami z 11 krajów. Badania pokazują, że problem ten widoczny jest wszędzie, ale czy w takim samym stopniu?

Dr Anna Górska, dyrektorka Centrum Badań Kobiet i Różnorodności w Organizacjach z Akademii Leona Koźmińskiego: Te badania nie pozwalają na generalizację i analizę porównawczą. Chodziło mi bardziej o to, żeby dać głos kobietom z różnych państw naszego regionu, mających podobne problemy - takie jak niedofinansowanie w systemie szkolnictwa wyższego.

Na co kobiety, z którymi pani rozmawiała, najczęściej zwracały uwagę?

Na inne traktowanie. Były kobiety, które opowiadały o tym, że choć mogą się pochwalić sukcesem w karierze akademickiej, np. zostały prorektorkami, profesorkami, to wciąż przez środowisko naukowe są niewłaściwie traktowane. Jedna z pań powiedziała, że choć została prorektorką, jedyną kobietą wśród prorektorów - mężczyzn, to nie otrzymała zespołu, biura, asystenta/asystentki - mimo że mężczyźni takie zaplecze mieli. Opowiadała także, że kiedy jeździła na ogólnokrajowe spotkania kadr zarządzających na uczelniach, mężczyźni wciąż zachowywali się tak, jakby jej nie było. Do tego stopnia, że się z nią nie witano i nie podawano jej ręki. To był wyraźny sygnał, że nie przynależy do tego środowiska, nie jest jego częścią.

Czy na wszystkich szczeblach kariery naukowej jest podobnie?

Tak. Doktorantki i kobiety zaraz po doktoracie mówiły wprost, że są źle traktowane przez swoich promotorów i promotorki. Przykładowo, gdy cała katedra wychodzi gdzieś razem, one nie są zapraszane. To jest dla młodej kobiety sygnał, że nie jest częścią tego środowiska. Jedna z kobiet powiedziała „Dopóki nie zrobisz doktoratu, na akademii nie jesteś jeszcze człowiekiem”. Myślę, że wiele badaczek mogłoby się pod tymi słowami podpisać.

Jaki wpływ na późniejsze kariery naukowe kobiet ma takie trzymanie ich na bocznym torze?

Nieformalne spotkania to budowanie kapitału społecznego. To tam tworzą się zespoły projektowe. Nie biorąc udziału w takich spotkaniach, trudno jest stać się częścią zespołu badawczego.

Czy podobnie traktowani są młodzi mężczyźni, doktoranci?

Z tego, co mówiły mi kobiety, wynika, że doktoranci byli na takie spotkania zapraszani. Zresztą oni są często lepiej traktowani przez swoich promotorów, na przykład są z nimi po imieniu, a ich wzajemne relacje bardziej przypominają relacje koleżeńskie. Relacje kobiet z promotorkami/promotorami bardziej przypominały relacje mistrz-uczeń. Czasami promotorki/promotorzy traktują je jak swoje asystentki.

Dlaczego tak się dzieje?

Kobiety mówiły, że promotor niby stara się chronić doktorantki, ale w efekcie odcina im kontakty ze środowiskiem naukowym, tłumacząc, że powinny skupić się na doktoracie i pracy ze swoim mentorem. Efekt jest taki, że gdy kończą doktorat, nie mają żadnych znajomości i w świat naukowy wchodzą kompletnie same. Z innych badań wiemy, że mężczyźni robiący doktorat mają w tym zakresie wsparcie promotorów.

Pani badania dotyczą sytuacji kobiet w nauce w Europie Środkowo-Wschodniej. Czy na podstawie innych znanych badań można powiedzieć, że w USA i krajach Europy Zachodniej kobiety też mają trudniej?

Badania przeprowadzone w USA i krajach Europy Zachodniej także wskazują na bariery na etapie budowania karier. Warto dodać, że na Zachodzie kobiety z naszej części Europy mają jeszcze trudniej.

W Polsce nauka jest słabo finansowana, co przekłada się na gorsze traktowanie polskich badaczek pracujących w międzynarodowych zespołach. Uważa się, że my, mieszkanki tej części Europy, ponieważ jesteśmy z biedniejszego kraju, jesteśmy gorszymi naukowcami. Dlatego też angażuje się nas do uzupełniania referencji czy czyszczenia danych - najbardziej prymitywnych zadań. To ma być sygnał, że nie przynależymy jeszcze do tego "dużego" świata naukowego. I w zasadzie powinnyśmy się cieszyć, że wielcy badacze z Francji, ze Szwecji czy z Niemiec w ogóle chcą z nami pracować. 

To przesuwanie naukowczyń do mniej ambitnych zdań to chyba zmora całego naukowego świata. W swojej książce też wróciła pani na to uwagę. Dlaczego zleca się im ciągle te gorsze administracyjne nudne prace? I dlaczego kobiety częściej zajmują się dydaktyką?

Dydaktyka nie jest gorszą pracą, ale nie jest ocenianą. Zwróćmy uwagę, w jaki sposób ocenia się wnioski awansowe na habilitację, profesurę czy nawet zwykłą ocenę pracowniczą. Dydaktyka nie stanowi w nich ważnego punktu. Nas ocenia się za „produkcję badań” – ich urynkowienie, publikacje w dobrych czasopismach. Ocenia się to, w jakich konferencjach braliśmy udział. Praca administracyjna i praca dydaktyczna nie są brane pod uwagę. Natomiast bardzo często postrzega się je jako bardziej kobiece. Kobiety opowiadały, że dostają prace administracyjne, bo, stereotypowo, są dokładniejsze, bardziej pracowite, bo lepiej tą pracę administracyjną wykonają. Jedna z badanych powiedziała, że miała kiedyś do czynienia z sytuacją, w której pracy administracyjnej było tak dużo, że  "dano ją nawet mężczyźnie”.

Czym jest ta praca administracyjna?

Na Zachodzie to głównie pozyskiwanie grantów. U nas w Europie Środkowo-Wschodniej jest to np. tłumaczenie dokumentów, organizowanie sal na konferencje czy wypłacanie pensji profesorom. Takiej pracy administracyjnej na Zachodzie po prostu nie ma. U nas jest, bo uczelnie oszczędzają. Ta praca jest dodatkowa i niewidoczna. W żaden sposób nie jest wynagradzana. Kobiety robią ją za darmo, a dzięki temu uczelnie nie muszą zatrudniać pracowników administracyjnych. 

Czy kobiety chcą mówić o tym głośno? Buntować się?

Buntu za bardzo nie widać. Takie spychanie na kobiety niewdzięcznej pracy jest traktowane już jak coś normalnego. To w przekonaniu wielu osób zwyczajna praca kobiet. Mężczyźni jej nie wykonają, ale kobiety muszą. Zwłaszcza te na środkowym etapie kariery, bo obawiają się, że odmowa zmniejszy ich szanse na awans. Czują, że nie mogą się buntować, bo im to w przyszłości zaszkodzi. To jest taka jałmużna, którą muszą zapłacić, odpracować, żeby później móc robić inne rzeczy. Tyle, że mężczyźni niczego odpracowywać nie muszą. 

Czy widać, żeby na uczelniach podejście do kobiet się zmieniało?

Komisja Europejska narzuciła na uczelnie  stworzenie Planów Równości Płci. Jeżeli uczelnia chce uczestniczyć w finansowaniu badań przez Unię Europejską, musi mieć taki plan. Nie wiemy, czy uczelnie traktują ten wymóg poważnie, czy na zasadzie formalności. Nie wiemy też jeszcze, czy to poprawi sytuację kobiet na uczelni, ale dobrze, że coś w tym kierunku się dzieje.

W Polsce jest ogólnie lepiej czy gorzej niż w innych krajach naszego regionu?

W Polsce na pewno mówi się o tym więcej. Narodowe Centrum Nauki też bardzo o to dba. Natomiast środowisko naukowe jest cały czas oporne – nie podoba się burzenie status quo. 

Badania pokazują też, że studenci gorzej oceniają wykładowczynie niż wykładowców. Dlaczego tak się dzieje?

Kiedyś przeprowadzono eksperyment polegający na tym, że studentów dzielono na dwie grupy. Obie grupy otrzymały prawie identyczne zestawy kursów online do samodzielnego opracowania w domu. Jedna grupa dostała kursy z informacją, że przygotowała je kobieta. Druga – że mężczyzna. Po zakończeniu tego kursu, studenci zostali poproszeni, by ocenili jego jakość. Ta grupa, która myślała, że kurs opracowała kobieta, oceniła go znacząco niżej - zarówno pod kątem merytoryki, jak i sposobu opracowania tego kursu. W przypadku mężczyzny takich uwag nie było. Niedawno jeden z profesorów zrobił analizę 14 milionów wpisów na stronie internetowej dotyczącej ocen profesorów.  Okazało się, że u mężczyzn oceniano merytorykę, pojawiały się komentarze dotyczące tego, czego w czasie zajęć się nauczyli, co było dla nich wartościowe. W przypadku kobiet zwracano uwagę na to, czy wykładowczyni była przyjazna, czy była miła atmosfera na zajęciach, czy im się podobało. Oczywiście na tej stronie pojawiała się cała masa seksistowskich tekstów dotyczących wyglądu wykładowczyni. W stosunku do mężczyzn takich uwag nie było.

Seksistowskie teksty po epoce #MeToo wciąż się zdarzają?

Tak, w moich badaniach kobiety też o tym opowiadały. Mówiły, że kiedy idą na zajęcia, starają się dostosowywać do tego męskiego świata. Wolą założyć garnitur niż sukienkę. Bardzo jasno określają też swoje granice, bo studentom zdarza się ich testowanie. Kobiety opowiadały też,  że mają czasem studentów, którzy starają się podważyć ich wiedzę i kompetencje. Pewnie mężczyznom też się to zdarza, ale kobiety opowiadały, że podobne historie słyszały często od swoich koleżanek. A od kolegów nigdy.

W swojej książce pisze pani także o tym, że młode kobiety – naukowczynie  są także dyskryminowane przez inne kobiety, profesorki promotorki, kobiety na stanowiskach. Dlaczego tak się dzieje?

Kobiety, z którymi rozmawiałam, pracujące na wysokich stanowiskach, które przeszły już przez te trudne lata,  opowiadały o tym, że było im trudno, że były dyskryminowane. O tym, że często słyszały nieprzyjemne, seksistowskie żarty. Zdarzało się, że były molestowane. Mówiły natomiast, że im nikt nie pomagał, więc dlaczego one mają pomagać innym kobietom. Podkreślały, że teraz i tak kobiety mają znacznie łatwiej niż kiedyś.

Pojawia się syndrom królowej pszczół czyli przekonanie, że na górze, na samym topie, jest miejsce tylko dla jednej kobiety. I skoro już udało jej się wdrapać na ten szczyt, to każda inna kobieta jest dla niej zagrożeniem. Stąd właśnie ta niechęć do pomocy innym. Mówiły, że gdy kobiety są dość ambitne, same się na ten szczyt wdrapią. Jeśli im się to nie uda, to znaczy, że nie były dość ambitne.

W naszym społeczeństwie na kobiety często spadają obowiązki rodzinne - opiekują się starszymi rodzicami i małymi dziećmi, dbają o dom. W jaki sposób wpływa to na ich karierę naukową?

Jak pomyślimy sobie o idealnym akademiku, naukowcu, to taka osoba powinna dużo podróżować, uczestniczyć w międzynarodowych konferencjach, raz na jakiś czas wyjechać na zagraniczną uczelnię i tam prowadzić badania naukowe. Natomiast kiedy kobiety mają dodatkowe obowiązki opiekuńcze, ich mobilność jest mniejsza niż mężczyzn. Praca akademicka to nie zajęcie "od do". Kobiety mówiły, że przez to, że mają dodatkowe obowiązki - czy to administracyjne na uczelni, czy opiekuńcze w domu -  pracują nad swoimi artykułami i książkami w nocy, w weekendy i na urlopach.  

W jaki sposób zmienić tę sytuację?

To muszą być wielopoziomowe działania. Dobrze, coraz więcej się o tym mówi - zarówno w mediach, jak i na uczelniach.  Komisja Europejska narzuca na uczelnie pewne oczekiwania, ale to dopiero pierwszy krok. W innych krajach, na przykład we Francji, zostały wprowadzone parytety. Dla przykładu: w komisjach rekrutacyjnych 40 proc. składów muszą stanowić kobiety. To można zrobić, ale zmiany kulturowej nie da się wprowadzić żadnym prawem. Może coś dałoby uwzględnienie w ocenie pracowniczej wspomnianych "kobiecych" obowiązków, a także ich docenienie i sformalizowanie.

Może sprawdziłoby się tworzenie zespołów kobieco-męskich?

Tak, to jest jedna rzecz. Druga to przyznanie za pracę administracyjną wynagrodzenia. To też zachęciłoby pewnie mężczyzn do tego, by się zajmowali tego typu obowiązkami. Jedna z kobiet opowiedziała mi, że zleciła pracę administracyjną jednemu z profesorów. On ją kompletnie zawalił. Powiedziała też, że wydaje się jej że on to zrobił celowo, żeby nigdy więcej nie zleciła mu takiego zadania. Natomiast kiedy przekazała te obowiązki kobiecie, ona doskonale wiedziała, że nie może tego zawalić, bo będzie musiała ponieść konsekwencje. Mężczyzna natomiast żadnych takich konsekwencji nie poniósł.

W swojej pracy naukowej zajmuje się pani badaniem zjawiska dyskryminacji kobiet w środowisku naukowym. Rozmawiała pani z 54 kobietami z 11 krajów. Badania pokazują, że problem ten widoczny jest wszędzie, ale czy w takim samym stopniu?

Dr Anna Górska, dyrektorka Centrum Badań Kobiet i Różnorodności w Organizacjach z Akademii Leona Koźmińskiego: Te badania nie pozwalają na generalizację i analizę porównawczą. Chodziło mi bardziej o to, żeby dać głos kobietom z różnych państw naszego regionu, mających podobne problemy - takie jak niedofinansowanie w systemie szkolnictwa wyższego.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Kobieta
60-letnia Elle Macpherson wraca na wybieg. "Dobrze być znów w domu"
Nauka
Objawienie geniuszu. Sześciolatka trafia do Mensy z wynikiem IQ 137
Zdrowie
Drzemki zapobiegają kurczeniu się mózgu. Ważne ustalenia naukowców
Styl życia
Bardziej realne cele klimatyczne posłużą ochronie środowiska? Ekspert komentuje
Prawo
Kandydatka na Rzecznika Praw Dziecka: Chcę zmienić myślenie o tym urzędzie
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?