Pracoholizm zaczyna się tam, gdzie kończy się ruch – to hasło przykuło moją uwagę. Czy faktycznie aktywność fizyczna jest tak prostym i skutecznym lekiem na ten problem, który dotyczy wielu ludzi?
Dr hab. Małgorzata Dobrowolska, prof. Politechniki Śląskiej: Zdecydowanie, aktywność fizyczna, nawet najmniejszy ruch wspiera nas, ludzi, nie tylko fizycznie, ale i mentalnie, choć słowo „lek” sugeruje, że mówimy o magicznej pigułce, a w rzeczywistości mówimy, powiem mocno – o absolutnym fundamencie naszego biologicznego i psychicznego funkcjonowania. Z perspektywy psychologii pracoholizm to nie tylko nadmiar zadań, ale przede wszystkim utrata balansu, nie zawsze ucieczka, ale w ogóle nieradzenie sobie z trudnymi emocjami i zatracenie zdolności do naturalnej regeneracji. To behawioralno-kognitywne uzależnienie, w którym praca staje się mechanizmem regulowania napięcia. Problem polega na tym, że to mechanizm bardzo destrukcyjny. A kiedy dodatkowo rezygnujemy z jakiejkolwiek aktywności fizycznej, ruchu, odbieramy organizmowi jedyne naturalne narzędzie do fizjologicznego zamykania cyklu reakcji stresowej. Traktowanie więc aktywności fizycznej jako luksusu, a nie konieczności dla przebodźcowanego dziś z każdej strony układu nerwowego, drastycznie obniża odporność na presję. Jako społeczeństwo wpadamy w kulturę wypalenia zawodowego – pracujemy więcej, ciężej, często znacznie mniej efektywnie. Ruch jest jak naturalna tarcza, ponieważ pozwala rozładować napięcie, zanim zamieni się ono w przewlekły stan zapalny organizmu.
Co dokładnie dzieje się z przebodźcowanym ciałem i układem nerwowym i jak to wpływa na efektywność w pracy?
Z ewolucyjnego punktu widzenia mózg w silnym stresie traktuje kanapę jak „bezpieczną jaskinię”. Gdy organizm jest wyczerpany psychicznie po wielogodzinnym dniu pracy, układ nerwowy blokuje chęć do wydatkowania energii fizycznej. Uznaje, że zasoby trzeba oszczędzać na wypadek realnego zagrożenia. To mechanizm przetrwania, który doskonale chronił naszych przodków, ale dziś, w środowisku biurowym, działa na naszą niekorzyść. Brak ruchu wywołuje akumulację kortyzolu i noradrenaliny, czyli hormonów stresu. Przebodźcowane ciało to ciało w ciągłym „stanie alarmowym” – układ współczulny jest permanentnie aktywny. Skutkuje to drastycznym spadkiem formy: trudniej nam podejmować strategiczne decyzje, rozwiązywać złożone problemy, czy kreatywnie myśleć. Bez ruchu mózg po prostu „przegrzewa się” jak procesor bez odpowiedniego układu chłodzenia, choć to tylko metafora, mam nadzieję, że będzie dla tych wszystkich, którzy to czytają impulsem, żeby wyjść na parę minut chociaż z domu na świeże powietrze i pospacerować lekkim marszem.
Czytaj więcej
Dolegliwości związane z miesiączką, endometriozą czy problemami hormonalnymi mogą skutecznie rozregulować dzień. Ekspertka radzi, jak rozmawiać z p...
Ile i jak trzeba się ruszać, żeby pomóc sobie i mózgowi?
Przede wszystkim należy porzucić zgubną zasadę „wszystko albo nic” i zacząć od mądrych „mikroinwestycji” w siebie. Nie musimy od razu kupować drogiego sprzętu i planować wyczerpujących maratonów, bo to często kończy się słomianym zapałem. 15 minut ruchu w domu, przy otwartym oknie – to doskonały start. Kluczem jest świadome zarządzanie własną energią i dobieranie rodzaju ruchu do poziomu i specyfiki naszego przestymulowania. Czasami układ nerwowy potrzebuje wyciszającej jogi, powolnego rozciągania, lekkiego truchtu czy po prostu spaceru po lesie. Ale bywają dni o innej dynamice – momenty potężnej kumulacji gniewu, presji i frustracji zawodowej. Wtedy łagodna joga może nas tylko bardziej irytować. W takich chwilach idealnie sprawdzi się intensywny trening kettle'owy, bokserski, interwałowy czy zajęcia krav magi. Taki ostry wysiłek fizyczny pozwala skanalizować agresję i skutecznie przerwać cykl reakcji stresowej, metabolizując nagromadzony kortyzol.
Wiele firm chwali się dziś dbałością o wellbeing pracowników. Tym, co mnie osobiście najmocniej kojarzy się z tym hasłem, są chyba owocowe czwartki... Czy pani zdaniem firmy właściwie promują kulturę aktywności fizycznej?
Powiedzmy to wprost, bez dyplomatycznych uników: wellbeing w firmach bez wdrożenia autentycznej, zakorzenionej w strategii kultury organizacji aktywności fizycznej pozostaje jedynie pustym hasłem marketingowym. Zjawisko to doczekało się nawet własnej nazwy – określamy je jako „wellbeing washing”. Wspomniane „owocowe czwartki”, darmowe masaże raz na kwartał czy standardowe karnety sportowe to dziś popularne działania, nie zawsze przekładające się na walkę ze sportkrastynacją czy przynoszące pożądane efekty. Często stają się nawet obiektem otwartych drwin i wielu memów. Pracownicy nie są przecież naiwni – doskonale dostrzegają, że organizacje w gruncie rzeczy ignorują ich prawdziwe potrzeby, fundując im w zamian wizerunkową „ściemę”. To częste zdanie, które słyszę: po co mnie, pracownikowi, karta sportowa, skoro z powodu nadmiaru obowiązków i tak nie mam kiedy z niej skorzystać? Wprost podkreślają, że firmy inwestują miliony w szkolenia z tzw. kompetencji twardych, a całkowicie ignorują potrzeby fizyczne i psychiczne, w tym regenerację swoich pracowników, co w rzeczywistości prowadzi również do wypalenia zawodowego. Mówimy o zjawisku prezenteizmu – pracownik fizycznie jest przy biurku, ale jego wydajność wynosi 30 proc. Wielu współczesnych liderów i zarządów dużych organizacji wciąż niestety nie rozumie kluczowego paradygmatu neurobiologii biznesu: wydajność intelektualna, innowacyjność i zaangażowanie są nierozerwalnie i biologicznie związane z dobrostanem fizycznym zespołu.