Challenge 2016 bije rekordy popularności. Ludzie masowo zamieszczają w sieci swoje zdjęcia sprzed 10 lat. Co pan myśli o tym zjawisku?
Dr Maciej Dębski: Ogólnie internetowe challenge są ciekawym zjawiskiem, bo na styku socjologii i technologii widać w nich coś więcej niż „głupi trend”. Socjologicznie działają jak współczesne mikrorytuały: proste, powtarzalne gesty (zdjęcie „wtedy – teraz”, określona poza, hasztag, format wideo), dzięki którym ludzie mogą w szybki sposób zamanifestować „jestem częścią tej samej rozmowy”. To trochę jak dawniej wspólne obyczaje czy mody, tylko przyspieszone i zdemokratyzowane – każdy może dołączyć, niezależnie od pozycji, a uczestnictwo jest równocześnie sygnałem przynależności i narzędziem budowania tożsamości („jakim typem osoby jestem, skoro robię to wyzwanie?”). Widać też mechanizm statusu i reputacji: uczestnicy negocjują, co jest „w punkt”, co żenujące, co odważne, a co ryzykowne; społeczność rozstrzyga to lajkami, komentarzami i udostępnieniami.
Technologicznie challenge są niemal idealnie dopasowane do architektury platform. To treści łatwe do skopiowania, porównania i ocenienia, a algorytmy premiują formaty, które są: szybkie w odbiorze, powtarzalne, „remiksowalne” i wywołujące reakcje. Challenge to w praktyce szablon — a szablony są paliwem viralowości, bo obniżają koszt tworzenia: nie musisz wymyślać, wystarczy wstawić siebie w gotową ramę. Do tego dochodzą funkcje samej technologii: filtry, automatyczne montaże, „przypomnienia”, archiwa zdjęć, łatwe udostępnianie w kilku kanałach naraz. Platformy nie tylko umożliwiają trend — one go projektują poprzez narzędzia i reguły widoczności.
Jest jeszcze drugi, ważny wątek: challenge bywają społecznym „testem temperatury” – pokazują, co w danym momencie zbiorowo rezonuje. Kiedy popularne są wyzwania o metamorfozie, formie, produktywności, to często odbija presję samodoskonalenia; gdy wracają trendowe „nostalgiczne” formaty, może to sygnalizować potrzebę zakorzenienia i sensu w okresie zmian. Oczywiście nie należy tego czytać jak twardych danych o społeczeństwie, ale raczej jak barometr nastrojów: w jakim kierunku ludzie szukają wspólnego języka.
Wreszcie: ambiwalencja. Z jednej strony challenge potrafią integrować, dawać poczucie wspólnoty, normalizować doświadczenia („też tak mam”), czasem mobilizować do dobrych działań, a nawet edukować. Z drugiej strony mogą utrwalać presję porównań, wzmacniać kulturę „performansu”, a w skrajnych przypadkach promować ryzykowne zachowania albo działać jako narzędzie marketingu przebrane za spontaniczność. To, czy challenge jest społecznie „dobry” czy „toksyczny”, zależy więc mniej od samego formatu, a bardziej od tego, jaką normę niesie: czy wspiera relacje i sprawczość, czy żeruje na lęku przed wypadnięciem z obiegu i na pogoni za uwagą. Przed zaangażowaniem w daną aktywność należy jednak zadać sobie pytanie, co ona nam daje , bo jak wynika z raportu „Cyfrowe Mosty” przygotowanego przez Cyfrowy Ośrodek Informatyki, co trzeci dorosły uważa, że spędza czas w sieci bez sensu, w zasadzie go marnując.
Czy patrząc na popularność tego zjawiska w perspektywie psychologicznej, można się doszukiwać w nim jakiejś ciekawej, ważnej informacji o ludziach, którzy biorą udział w tej zabawie?
Tak. Popularność takiego „challenge’u” jest sama w sobie dość czytelną informacją psychologiczną, ale raczej o mechanizmach wspólnych dla większości ludzi niż o jakiejś jednej cesze uczestników.