Decyzja SNCF o wprowadzeniu wagonów, do których nie będą wpuszczane małe dzieci wywołała we Francji burzę, jakiej nikt w spółce kolejowej prawdopodobnie się nie spodziewał. Choć podobne rozwiązania funkcjonowały już wcześniej – choćby w ramach dawnej klasy Business Première, którą zastąpiła Optimum – teraz stały się przedmiotem ogólnonarodowej debaty.
Między komfortem a wykluczeniem
Zwolennicy wagonów „no kids” podkreślają, że nie jest to akt wrogości wobec najmłodszych, lecz odpowiedź na potrzeby współczesnych podróżnych. Podróż pociągiem stała się dla wielu ludzi przedłużeniem czasu spędzanego w biurze: miejscem pracy, koncentracji, rozmów online. W takim kontekście cisza staje się towarem, który można – i chce się – kupić. Dzieci, naturalnie żywiołowe i głośne, nie pasują do tej logiki. Przedstawiciele przewoźnika podkreślają, że specjalne przeznaczenie ma jedynie 8. proc. miejsc dostępnych w pociągach kursujących od poniedziałku do piątku. Pozostałe 92 proc. w tygodniu, a 100 proc. w weekendy pozostaje do dyspozycji wszystkich pasażerów, bez ograniczeń wiekowych.
Przeciwnicy widzą w tym jednak coś więcej niż usługę premium. Ich zdaniem takie podejście normalizuje przekonanie, że dzieci są przeszkodą, którą należy usunąć z pola widzenia. To – jak twierdzą – kolejny krok w stronę budowania społeczeństwa, które coraz mniej akceptuje niedoskonałości życia wspólnego, a coraz bardziej ceni komfort jednostki. W tym sensie zakaz staje się symbolem kulturowym, nie tylko regulacją techniczną.
Czytaj więcej
Do tego, że istnieją miejsca, w których dzieci ma nie być, warto podejść ze zrozumieniem. To właś...
„W kraju, który martwi się o swój wskaźnik urodzeń, sygnał ten jest katastrofalny” – skomentowała na portalu społecznościowym X eseistka Naïma M’Faddel. „To dowód na to, że spadek liczby urodzeń ma również podłoże kulturowe, powoduje on zmniejszenie liczby dzieci do tego stopnia, że stajemy się nietolerancyjni wobec ich obecności” – potępił pomysł, również na portalu X, ekonomista Maxime Sbaihi.