Marta Jarosz: Lokale wolne od dzieci to najlepsze, co można zrobić

Do tego, że istnieją miejsca, w których dzieci ma nie być, warto podejść ze zrozumieniem. To właśnie jest tolerancja.

Publikacja: 24.04.2024 15:22

Marta Jarosz: Nikt nikogo nie zmusza do spędzania w pubie „nieprzyjaznym dzieciom”.

Marta Jarosz: Nikt nikogo nie zmusza do spędzania w pubie „nieprzyjaznym dzieciom”.

Foto: Adobe Stock

„Tak dla psów – nie dla dzieci” – stwierdzenie, że tym hasłem od kilku dni żyje internet, nie jest hiperbolą. Najpierw burza wybuchła wśród brytyjskich użytkownicy sieci, teraz dotarła do Polski. Ludzi rozemocjonowała treść tablicy reklamowej, którą postawił przed swoim lokalem właściciel pubu w St Albans niedaleko Londynu. Ktoś zrobił sobie zdjęcie z tym – nie da się zaprzeczyć – oryginalnym potykaczem i tchnął w nie tzw. online’owe życie. Temat zainteresował media – „The Independent” napisał, że żaden pub nie powinien być wolny od dzieci, bo to rodzice zapewniają funkcjonowanie lokali – i sieciowych komentatorów. Zawrzało. Padły oskarżenia pod adresem właściciela lokalu Davida Worcestera – m.in. o dyskryminację rodziców chcących spędzać czas z potomstwem i o szerzenie niechęci, a nawet nienawiści do dzieci. Mężczyzna został niejako zmuszony do publicznego wytłumaczenia się ze swojego działania. Z informacji, który przekazał mediom, wynika, że tablica reklamowa, która wzbudziła teraz tak wiele kontrowersji, od lat stoi przed jego lokalem i bynajmniej nie wywoływała negatywnych reakcji. Przeciwnie: przede wszystkim lokalna społeczność – ale nie tylko – docenia i pochwala jego pomysł biznesowy.

Pub z zakazem wstępu dla dzieci? TAK

W tej sytuacji ciśnie się na usta pytanie, kto najgłośniej krytykuje w internecie zakaz spędzania czasu w pubie w towarzystwie dzieci? Analizując polskojęzyczne głosy w sprawie i sądząc po nickach i zdjęciach ich wyrazicieli oraz formach gramatycznych, których używają w komentarzach, nietrudno zauważyć, że w dużej części są to kobiety – często matki małych dzieci. Wielce możliwe, że to te same osoby, które w licznych grupach i na forach dyskusyjnych piszą o zmęczeniu macierzyństwem i poszukują zrozumienia dla odczuwanej chęci spędzenia czasu bez dziecka. Jednym z takich miejsc w przestrzeni internetu jest istniejący na Facebooku Klub Leniwych Matek.

Nadrzędną zasadą, która obowiązuje jego członkinie, jest udzielanie sobie wsparcia bez względu na prezentowane na forum problemy, rozterki i wątpliwości dotyczące szeroko pojętego macierzyństwa i życia rodzinnego. W skrócie: Leniwa Matka ma prawo być leniwa i zmęczona opieką nad dzieckiem. Wolno jej zarówno chcieć wrócić do pracy po kilku tygodniach urlopu macierzyńskiego, jak i spędzać z dzieckiem czas do chwili zakończenia należnego urlopu wychowawczego – bez narażania się na krytykę koleżanek. Leniwa matka ma prawo marzyć o weekendzie tylko z partnerem. Nie hejtuje się jej, gdy pisze, że planuje zostawić dziecko z dziadkami i po roku nieustanej opieki nad maluchem wyjechać na krótkie wakacje tylko z ojcem dziecka. Ba!, zachęca się ją, by w zdominowanej przez dziecko codzienności znalazła czas tylko dla siebie – bardzo modny ostatnio „me time”. Nie tylko od koleżanek z Klubu matka udzielająca się w internecie ma szansę „usłyszeć”, że należy jej się prawo do podziału obowiązków związanych z opieką nad dzieckiem z mężczyzną. Babskie wyjścia, dorosłe spotkania, imprezy integracyjne – nie brakuje stwierdzeń, że to wszystko dobrze robi kobiecie matce. Jeśli zatem to głos samych kobiet najżywiej zainteresowanych tematem, jak to możliwe, że również matki tak krytycznie odnoszą się do tworzenia przestrzeni, do których dzieci nie mają wstępu…? Czy to obawa wynikająca z wyłamywania się ze stereotypowego — jedynego słusznego — modelu matki Polki...?

Czytaj więcej

Paulina Szewioła: Szkodliwy trend na "bycie panią domu”

Nie od dziś można korzystać z hoteli tylko dla dorosłych czy stref ciszy w różnych miejscach. Pub, choćby z uwagi na rodzaj aktywności, które zwykle podejmuje się w tego rodzaju miejscach (spożywanie alkoholu), z natury rzeczy wydaje się stworzony z myślą o dorosłych. Dlaczego jasny komunikat w tej sprawie – który notabene można by nazwać przypomnieniem – wywołuje oburzenie, a jedną z najdelikatniejszych inwektyw, które padają pod jego adresem, jest nazwanie go nieszczęśliwym człowiekiem? Powodem rzekomego nieszczęścia jest to, czemu dał wyraz, stawiając przed swoim pubem kontrowersyjną tablicę – fakt, że nie lubi dzieci. To z kolei, zdaniem krytyków, dowodzi głębszego problemu – nielubienia ludzi w ogóle.

Ludzie mają prawo być chwilę bez dzieci

Jestem matką i jako matka właśnie uważam, że prowadzenie pubu z jasno komunikowanym zakazem wstępu dzieci to najlepsze, co można zrobić dla wszystkich – zarówno tych, którzy go odwiedzą, jak i tych, którym nie będzie wolno tego zrobić. To, co w omawianym kontekście niektórzy nazywają dyskryminacją, jest tak naprawdę dawaniem wyboru. Nikt nikogo nie zmusza do spędzania czasu w pubie „nieprzyjaznym dzieciom”. Istnieją jednak też i tacy (matki na pewno znajdą się wśród nich), którym istnienie lokalu „child free” daje możliwość spełnienia marzenia o „bezdzietnym wyjściu”. Korzystając z motta Leniwych Matek, należy powiedzieć: mają do tego prawo.

Czytaj więcej

Joanna Parafianowicz o zabieraniu dziecka do pracy: Na tym można zyskać

I jeszcze jedna ważna kwestia: wcale nie trzeba nie lubić dzieci, żeby czasami chcieć pobyć wyłącznie w towarzystwie dorosłych. Po prostu: jednym bardziej niż innymi przeszkadza dziecięcy sposób użytkowania przestrzeni publicznej. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie patrzył krzywo na rodzinę z niemowlęciem i dziećmi w wieku przedszkolnym siedzącą obok przy stoliku restauracyjnym… Funkcjonowanie w społeczeństwie to sztuka kompromisu. Wchodząc do lokalu „child friendly” – a nawet takiego, w którym zasady obecności dzieci nie są jasno określone – zgadzamy się na panujące tam reguły i nie oczekujemy wyproszenia małolatów (nawet, gdy czasami ze względu na ich uciążliwe zachowanie i brak reakcji rodziców warto byłoby to zrobić w trosce o dobro ogółu gości). Do tego, że istnieją miejsca, w których dzieci ma nie być, warto podejść z takim samym zrozumieniem. To właśnie jest tolerancja. 

„Tak dla psów – nie dla dzieci” – stwierdzenie, że tym hasłem od kilku dni żyje internet, nie jest hiperbolą. Najpierw burza wybuchła wśród brytyjskich użytkownicy sieci, teraz dotarła do Polski. Ludzi rozemocjonowała treść tablicy reklamowej, którą postawił przed swoim lokalem właściciel pubu w St Albans niedaleko Londynu. Ktoś zrobił sobie zdjęcie z tym – nie da się zaprzeczyć – oryginalnym potykaczem i tchnął w nie tzw. online’owe życie. Temat zainteresował media – „The Independent” napisał, że żaden pub nie powinien być wolny od dzieci, bo to rodzice zapewniają funkcjonowanie lokali – i sieciowych komentatorów. Zawrzało. Padły oskarżenia pod adresem właściciela lokalu Davida Worcestera – m.in. o dyskryminację rodziców chcących spędzać czas z potomstwem i o szerzenie niechęci, a nawet nienawiści do dzieci. Mężczyzna został niejako zmuszony do publicznego wytłumaczenia się ze swojego działania. Z informacji, który przekazał mediom, wynika, że tablica reklamowa, która wzbudziła teraz tak wiele kontrowersji, od lat stoi przed jego lokalem i bynajmniej nie wywoływała negatywnych reakcji. Przeciwnie: przede wszystkim lokalna społeczność – ale nie tylko – docenia i pochwala jego pomysł biznesowy.

Pozostało 81% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie
Agnieszka Bieńczyk-Missala: Zmiana świata na lepsze jest możliwa
Opinie
Anna Zejdler: Szata nie zdobi człowieka, ale wiele o nim mówi
Opinie
Mec. Joanna Parafianowicz: Męża w aplikacji randkowej spotkać można. Najczęściej jednak - cudzego
Opinie
Przemoc nie ma płci. Joanna Parafianowicz o żartach ze znęcania się nad mężczyznami
Opinie
Przyszłość jest wegańska! Sylwia Spurek o Dniu bez Mięsa