Reklama

Magdalena Żelazowska: Mało wiemy o tym, ile Polek osiągnęło w USA spektakularne sukcesy

Amerykanów najbardziej razi nasze narzekanie, zbyt szybkie ocenianie innych, oczekiwania wobec świeżo poznanych osób. Nasza podejrzliwość, nieufność, zakładanie złych intencji są tam źle widziane - mówi Magdalena Żelazowska, autorka książki „Polki w Ameryce”.
Magdalena Żelazowska: Fascynuje mnie, jak Amerykanie podchodzą do sukcesu, porażki i tego, co robią

Magdalena Żelazowska: Fascynuje mnie, jak Amerykanie podchodzą do sukcesu, porażki i tego, co robią z jednym i drugim.

Foto: Anna Fedisz

Mój ulubiony cytat z twojej książki „Polki w Ameryce”, zjawisko znane mi też z doświadczenia, to: „Polacy emigrują za chlebem, a Polki z miłości”. Często tego żałują?

To dobre pytanie. Przeprowadziłam dziesiątki wywiadów z polskimi emigrantkami, niektóre zawarłam w książce „Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata”. Po kilku latach od jej publikacji okazało się, że ponad połowa bohaterek, które wyjechały za miłością, nie jest już w tych związkach. Natomiast czy tego żałują? Pewnie trzeba zapytać każdą z osobna. Myślę, że często miłość wiedzie nas nie tam, gdzie sobie na początku zakładamy. Czeka na nas coś innego, niż sobie wyobrażamy, ale niekoniecznie gorszego. Emigracja jest drogą, która zazwyczaj kończy się w sposób niespodziewany, przechodzi przez  zaskakujące etapy. Podobno jeżeli się je przetrzyma, spotka nas za to nagroda.

Oczywiście pytanie, czy trzeba mieć cierpliwości na pięć lat, czy pięćdziesiąt…

To jest inna sprawa. Może to rzeczywiście długo trwać, czasami do pozytywnych wniosków dochodzi się już u kresu swojej drogi, ale do książki o Polkach w Ameryce celowo wybrałam przykłady, które dowodzą, że było warto. Poszukiwałam pozytywnych przykładów, bo mam wrażenie, że my, Polki, wciąż porównujemy się z przedstawicielkami innych narodowości i brakuje nam pewności siebie w kontekście międzynarodowym. Portretami takich kobiet jak Tamara Łempicka, Ruth Handler, Barbara Piasecka-Johnson czy Aleksandra Kurzak chciałam uświadomić nam, jakie świetne postacie zapisały się na kartach amerykańskiej historii. Stany Zjednoczone świętują w tym roku 250 lat, a nasz wkład w ich istnienie jest bardzo różnorodny i cenny. Począwszy choćby od sztuki, biznesu, po osiągnięcia w nauce. Ciągle zbyt mało wiemy o tym, jak wiele Polek osiągnęło w USA spektakularne sukcesy, za jakimi znanymi markami stoją, w jakich istotnych przedsięwzięciach brały udział. Ich biografie są dosyć mgliste, więc chciałam je uporządkować, zestawić ze sobą i zaakcentować nasze mocne strony. Przy okazji także zadać pytanie, czy te atuty przypadkiem nie jest łatwiej wydobyć z siebie w innym otoczeniu niż Polska.

Jak więc wygląda American dream made in Poland?

Czytaj więcej

Polka w Malezji. „Tutaj epatuje się bogactwem, a cała elita gra w golfa”

W ciągu ostatnich parunastu lat to się zmieniło, ale wcześniej Polki wyjeżdżały z pozycji życia w gorszym miejscu do lepszego miejsca. Uciekały przed ograniczeniem wolności, jak na przykład emigrantki z czasów zaborów, okołowojennych czy stanu wojennego, albo kierowane chęcią poprawienia swojego bytu materialnego. Do niedawna można było uznać wyjazd do Ameryki za synonim szybkiego bogacenia się. Radykalne podwyższenie swojego poziomu życia, ekscytujące możliwości zawodowe, marzenia o sławie, silnym rozwoju kariery były ich mocnymi pobudkami. Ostatnio już to jest nieaktualne i bardzo mnie interesuje zmieniająca się polska emigracja do Stanów Zjednoczonych oraz fakt, jak młode kobiety się w niej odnajdują. Już nie mamy przed czym uciekać.

Jakość życia jest porównywalna w obu krajach. W każdym z nich napotkamy na szereg różnych problemów, ale generalnie to nie jest poruszanie się pomiędzy jedną skrajnością a drugą, jak jeszcze 30 czy 40 lat temu. Poza tym Stany nie są krajem, do którego jest łatwo wyjechać. Oczywiście nigdy nie były, chociażby ze względu na odległość, ale zaostrzające się przepisy imigracyjne skutecznie zniechęcają emigrantki z Polski do tego, żeby próbować swoich sił w USA. Polonia amerykańska potwierdza, że nie ma właściwie teraz napływu młodych ludzi. Są pojedyncze przypadki podążania za ścieżką kariery, ale raczej nie pojawiają się już młode pary, które przyjeżdżają, żeby się osiedlić, założyć rodzinę i po prostu tam żyć. Natomiast wciąż popularny jest mit Stanów Zjednoczonych jako ciekawego miejsca z atrakcyjną ofertą kulturalną i biznesową. Sprowadzając się tam, zyskujemy do niej dostęp, możemy pracować dla znanych na całym świecie globalnych marek, amerykańskich korporacji, współtworzyć start-upy, to też jest bardzo kuszące. Osoby, które się na to decydują, liczą na powiew wyjątkowości, życia w sposób bardziej ekscytujący i na wrażenie, że chociaż przez kilka lat czekają nas nowe doświadczenia.

Reklama
Reklama

Jedna z twoich bohaterek, Sylvia Gorajek, mówi, że jej się Ameryka wręcz śniła po nocach, że była aż tak ogromnym marzeniem.

Skądś to marzenie musiało się wziąć. Jak osoba, która nigdy nie była w Stanach Zjednoczonych, może nabrać na nie apetytu? Konsumując kulturę popularną, pijąc i jedząc amerykańskie produkty, nosząc ubrania amerykańskich marek, oglądając zachodnie filmy, chłoniemy ją nawet nieświadomie. Ameryka jest bardzo „sprzedawalna”, atrakcyjna wizualnie i mamy z nią wiele pozytywnych skojarzeń. Niebywałym sukcesem tego kraju jest tak się wypromować i stworzyć na swój temat taką legendę, która już od kilku wieków bardzo działa na wyobraźnię.

Nasze rodaczki też szybko zorientowały się, że wyjazd do innego kraju daje świetne możliwości tworzenia własnej legendy. Helena Modrzejewska czy Pola Negri w ogóle nie wahały się przed „podrasowaniem” swojego życiorysu.

Czytaj więcej

Polka w Dolinie Krzemowej. „Idąc ulicą, od razu można rozpoznać osobę z Polski"

Rzeczywiście, wiele bohaterek i bohaterów, których biografie analizowałam, dokonywało pewnych „ulepszeń” na etapie emigracji. Zmieniali swoją datę urodzenia, skład rodziny, czasem nazwisko.

Nazwisko akurat często z powodów praktycznych, na łatwiejsze do wymówienia.

Też, ale bywało, że chodziło o zrobienie lepszego wrażenia. Dziś trudniej zacierać dane biograficzne, ale sto czy sto pięćdziesiąt lat temu było to proste. Można było opowiadać o swoim europejskim życiu historie niekoniecznie prawdziwe. Bohaterki mojej książki bardzo świadomie kreowały swój wizerunek od początku emigracji. Tamara Łempicka, choć w Stanach niemal nikt jej jeszcze nie znał, zorganizowała sobie profesjonalną kampanię PR‑ową: wynajęła fotografa, zrobiła sesję zdjęciową, wykupiła w prasie artykuły sponsorowane, rozpuściła plotkę, że ma zamówienia na dwa lata naprzód. Wykreowała popyt na siebie. Ameryka tego uczy – o czym ciekawie opowiada Aleksandra Kurzak – że indywidualna kariera powinna być wspierana odpowiednimi narzędziami. Współczesnym tego przykładem są influencerzy i celebryci internetowi. Każdy chce zakosztować sławy wykreowanej własnoręcznie. Fascynuje mnie, jak Amerykanie podchodzą do sukcesu, porażki i tego, co robią z jednym i drugim.

Z jednej strony Polki zyskały narzędzia do kreowania wizerunku, ale jednocześnie często nie mogły udowodnić swojego dorobku. Piszesz, że Modrzejewska żałowała, że nie zabrała ze sobą wycinków gazet z recenzjami. Musiała zaczynać od pola „start” i to jeszcze z barierą językową.

Mówimy o połowie XIX wieku. W jej przypadku najbardziej zdumiewające jest to, że Ameryka wtedy w ogóle jej się nie podobała. Uważała ją za prowincję. Nowy Jork porównała do chaotycznego bazaru, który w porównaniu z europejskimi stolicami, na których scenach grała, wypadał ubogo. A jednak wyjechała nie po to, by rozwijać karierę, tylko… by od niej uciec. To był taki nasz współczesny „wyjazd w Bieszczady”: marzenie o farmie, pracy własnych rąk, spokoju. Sielanka szybko się skończyła z powodów finansowych i Modrzejewska musiała wrócić do zawodu. Nie znała angielskiego, liczyła, że w Kalifornii porozumie się po niemiecku. Żałowała, że nie może udowodnić swojej pozycji i musi debiutować na nowo. Ale dzięki determinacji i sporej dawce pokory również za oceanem stała się gwiazdą. Myślę, że ta elastyczność, zdolność do wielokrotnych początków, stawania na tym polu startowym z dużą dozą wdzięku to nasza bardzo silna cecha narodowa, która ułatwia emigrację. Nie tylko do Stanów Zjednoczonych.

A jakie nasze przywary wybijają się na pierwszy plan za granicą?

Amerykanów najbardziej razi nasze narzekanie, zbyt szybkie ocenianie innych, oczekiwania wobec świeżo poznanych osób. Rozliczamy Amerykanów ze small talku, oczekując, że ich uśmiech będzie szczery i głęboki, płynący z głębi serca, a nie tylko grzecznościowy. Nasza podejrzliwość, nieufność, zakładanie złych intencji, tworzenie negatywnych scenariuszy – tam są źle widziane. Do tego dochodzi dzielenie włosa na czworo, czyli roztrząsanie, analizowanie, lęk przed błędami i biczowanie się za nie. To nas spowalnia. Amerykanie połową tych rzeczy w ogóle się nie przejmują, a nam one spędzają sen z powiek. Co ciekawe, Ameryka potrafi nas tego oduczyć, ale niestety na krótko. Już wydawało mi się, że mam to opanowane, ale po powrocie do Polski znów nabrałam obaw przed byciem niedoskonałą i miałam wrażenie, że wszyscy oczekują ode mnie bezbłędności.

Reklama
Reklama

Wspomniałaś o podejściu do błędów. Tu różnice między obiema nacjami są ogromne.

Czytaj więcej

Diana Łapińska-Sanocka: Praca w Google to działanie w mozaice kulturowej

Amerykanie dają sobie znacznie większe przyzwolenie na błędy. To nie jest dla nich coś niewybaczalnego, dowód ignorancji, niedouczenia – tylko część drogi. I w szkole, i w życiu. Bardzo szybko przechodzą też do wykorzystania porażki, czasem może aż za szybko, bez przeżycia jej, w jakiś sposób opłakania. Popularne są tam koncepcje „nawigowania cierpieniem” czy „przekuwania porażki w sukces”. Widać to choćby w historiach celebrytów: każdy odwyk, bankructwo czy rozwód staje się elementem „osobistej drogi rozwoju”. Podobnie z sukcesem – oni się nim inspirują. Interesują się nim w pozytywnym znaczeniu. Mówią: „Świetnie, że ci się udało, pokaż nam jak to zrobić”, „Wytłumacz, co możemy zrobić, żeby też odnieść sukces”. W Polsce częściej szukamy w czyimś powodzeniu drugiego dna, układów, nadzwyczajnego szczęścia, albo nieczystych zagrań. A Polki koncentrują się na tym, czego im brakuje, czego się muszą jeszcze nauczyć, co poprawić, zamiast na tym, co już potrafią i mogą rozwijać oraz cieszyć się tym, co już osiągnęły.

Jak Polki i Polacy są postrzegani w Stanach?

W Ameryce każdy skądś pochodzi, więc narodowość nie ma tam dużego znaczenia, nie szuka się odrębności. Świadomość, że ktoś jest z Polski i że to coś może oznaczać, jest niewielka. Jeżeli już spotykałam się z jakąś opinią na nasz temat, to słyszałam o naszej pracowitości i zaradności. Mamy dobre notowania w określonych grupach zawodowych, zwłaszcza w służbie zdrowia i „sekcji urodowej”. Polskie pielęgniarki, kosmetyczki, fryzjerki mają świetną reputację, znane są z wysokiej jakości swoich usług. Polscy mężczyźni za to są cenieni w branży budowlanej. Nasi bohaterowie narodowi również w Ameryce są bohaterami walk o niepodległość. Nazwiska Kazimierza Pułaskiego i Tadeusza Kościuszki widnieją na wielu tablicach pamiątkowych, nazwach ulic czy nawet miast, jak w przypadku tego pierwszego. Natomiast świadomość wkładu Polek w amerykańską kulturę i historię jest dosyć niska, stąd między innymi moja książka. Już mam sygnały od polskich czytelników zza oceanu, że dowiedzieli się z niej wiele faktów, o których żyjąc tam nie mieli pojęcia.

Przyznaję, że bardzo zainteresowała mnie informacja, że istnieją naukowe tezy mówiące, że Kazimierz Pułaski w rzeczywistości mógł być Kazimierą.

Były osoby, które na etapie pisania „Polek w Ameryce” próbowały odwieść mnie od pomysłu umieszczenia w niej tego ich zdaniem obrazoburczego wątku, ale za tą tezą stoją twarde dowody naukowe, badania i konkretne uczelnie, więc uznałam, że warto. Niewiele wiemy o losach kobiet, które przyjechały do Ameryki przed XIX wiekiem, praktycznie nie istnieją w żadnych rejestrach, nawet na listach pasażerów statków. Wiadomo, że Polki były w Jamestown już w 1608 r., ale nie znamy ich imion. Pierwsze nazwiska pojawiają się dopiero w XVIII wieku i nadal wiemy o nich bardzo niewiele, były przedstawiane po prostu jako część jakiejś grupy.

Polacy chętnie się integrują z lokalnymi społecznościami, czy raczej trzymają się swojej grupy?

Polonia amerykańska jest bardzo dobrze zorganizowana i rzeczywiście mocno trzyma się razem. Ma swoje media, sklepy, bank, imprezy, kongresy, a nawet agentów nieruchomości. Lubimy polegać na sobie wzajemnie, chociażby w obszarze usług. Jeśli miałam taką możliwość, to też wybierałam polskiego stomatologa, stomatologa czy polskiego pediatrę, bo wiedziałam, że lepiej z nimi wyjaśnię pewne sprawy, a poza tym byłam pewna, że to są fachowcy z dobrym wykształceniem. Pewnie też działa to psychologicznie, że poszukujemy „swojego” wsparcia, „swojego” punktu odniesienia. Ale trzeba zauważyć, że struktura demograficzna się zmienia. Starsze pokolenie się kurczy. Greenpoint, czyli polonijna dzielnica w Nowym Jorku, stała się bardzo popularna, więc drożeje, a jej tożsamość się rozmywa. Niewielu już stać na to, by tam wynająć czy kupić mieszkanie, a ci, którzy nabyli je w latach 80. czy 90. XX wieku, sprzedają je teraz z dużym zyskiem. Młodsze pokolenia są już znacznie bardziej zintegrowane z Amerykanami, choćby poprzez wspólne chodzenie do szkoły. Mimo wszystko jednak jako dość duża grupa etniczna silnie pielęgnujemy w świadomy sposób swoje tradycje i to jest ważne. Podoba mi się, jak roztaczana jest opieka nad seniorami, którym zorganizowano miejsca, gdzie mogą zjeść obiad za symbolicznego dol., spotkać się i mieć wspólne aktywności.

Urszula Dudziak wspominała, że kiedy przyjechała do Nowego Jorku, trafiła do jednej wielkiej polskiej komuny. Czy dziś też można wejść do takiej wspólnoty?

To było możliwe, bo emigranci mieli wtedy bardzo mały kapitał startowy. Wyjeżdżało się ze zwitkiem dol. w kieszeni i na miejscu trzeba było się wspierać. Dziś emigracja jest bardziej zaplanowana, spokojniejsza. Rzadko wyjeżdżamy z konieczności, jesteśmy do tego wyjazdu lepiej przygotowani, mamy plan, zabezpieczony start i gdzie mieszkać. Wsparcie nadal istnieje, ale w innej formie – raczej jako źródło porad czy wskazówek, a nie ratunek w opałach.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Urszula Dudziak: Noszę mój wiek jak koronę

Jak sobie radzić z samotnością na emigracji?

Zamieszkać w Nowym Jorku, tam się nigdy nie czujesz samotnie. Jestem wielką entuzjastką tego miasta, chociaż wiem, że potrafi być bardzo męczące. Wystarczy wyjść z domu, zaraz jest się w grupie ludzi, w tłumie. Ktoś się do nas odezwie, uśmiechnie, zaczepi. Przetaczają się przez nie zachwyceni turyści, a ich entuzjazm się udziela. Wiele osób mieszka na ulicach, chodząc nimi wchodzi się niejako do ich domu. Oni zawsze nawiązują jakiegoś rodzaju interakcje, to też jeden z czynników sprawiających, że w powietrzu unosi się bardzo pozytywna atmosfera i dobra energia. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy może być na tyle otwarty, żeby z tego czerpać i korzystać, ale ja to tam bardzo cenię.

W kontaktach z przyjaciółmi i rodziną nie pomaga różnica stref czasowych z Polską. Bywa dotkliwa, kiedy chcemy z kimś porozmawiać, a okazuje się, że u niego jest środek nocy. Pomagają za to lokalne grupy zainteresowań. Można się zapisać na różnego rodzaju zajęcia tematyczne. Prężnie działają internetowe społeczności. Posiadanie dzieci natychmiast otwiera drzwi do nowych znajomości – rodzice z placu zabaw to gotowa sieć wsparcia. Amerykanie są bardzo otwarci i nawet zakupy w osiedlowym sklepie dają już jakiegoś rodzaju ukojenie, bo tam zawsze ktoś się do nas odezwie, zapyta, co u nas słychać i to działa jak plaster na przypływy samotności.

Co zabrałaś z Ameryki dla siebie?

Czytaj więcej

Polka w Nowej Zelandii: Na antypodach jesteśmy szanowani za uczciwość i pracowitość

Na początku poczucie sprawczości. Uznałam, że skoro zorganizowałam sobie życie w nowym kraju, mogę to zrobić wszędzie. Poradziłam sobie z naprawdę skomplikowaną przeprowadzką, wynajęciem mieszkania, rozliczeniem podatków. A z czasem najbardziej doceniłam coś, co często w Polsce wyśmiewamy jako pseudoporadnikowe: pozytywne, pragmatyczne podejście do rzeczywistości. Szukanie tego, co działa, a nie tego, co nie działa. Docenianie tego, co w naszym życiu jest dobre, co w naszych cechach jest mocne, co możemy wyciągnąć korzystnego z trudnych doświadczeń. Zastanawianie się, jak rozwiązać problem, zamiast rozpamiętywać, że istnieje. Wiele o tym mówi i pisze psycholog Ewa Woydyłło, która również jakiś czas mieszkała w Stanach. To podejście naprawdę ułatwia życie i uspokaja moją neurotyczną polską naturę. Narzekanie i koncentrowanie się na trudnościach jest stratą energii, a Amerykanie są mistrzami w wykorzystywaniu energii w sposób konstruktywny.

Reklama
Reklama

Magdalena Żelazowska

Pisarka, dziennikarka, podróżniczka. Jej artykuły publikowane są w wielu magazynach i portalach internetowych. Przez kilka lat mieszkała i pracowała w Stanach Zjednoczonych jako dyrektorka Zagranicznego Ośrodka Polskiej Organizacji Turystycznej w Nowym Jorku. Autorka książek, m.in.: „Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata”, „Nowy Jork. Opowieści o mieście”, „Americana. To, co najlepsze w USA”, „Nowy Jork. Miasto marzycieli” oraz najnowszej „Polki w Ameryce. Historie kobiet, które wyruszyły za ocean i podbiły świat”. 

Wywiad
Hania Rani o tym, jak tworzy się "muzykę przezroczystą"
Materiał Promocyjny
Nowy luksus zaczyna się od rozmowy. Byliśmy w showroomie EXLANTIX w Warszawie
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Wywiad
Helena Ganjalyan o reżyserowaniu i roli w „Glorious Summer”: Nie da się żyć bez ryzyka
Wywiad
Mroczna prawda o literaturze young adult
Materiał Promocyjny
Arabia Saudyjska. W krainie gościnności
Wywiad
Wnuczka Jolanty Wadowskiej-Król o babci i „Ołowianych dzieciach”: Ludzie dobrze wspominają hutę
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama