Reklama

Wnuczka Jolanty Wadowskiej-Król o babci i „Ołowianych dzieciach”: Ludzie dobrze wspominają hutę

W Szopienicach wszyscy wiedzieli, że dzieci chorują, ale nikt nie mówił, dlaczego. Serial „Ołowiane dzieci” przypomina o Jolancie Wadowskiej-Król, która nazwała problem po imieniu i leczyła najmłodszych. Po 50 latach jej wnuczka Agnieszka Cygan opowiada tę historię.
Agnieszka Cygan: Po tym, jak nie została dopuszczona do obrony doktoratu, babcia zajęła się haftowan

Agnieszka Cygan: Po tym, jak nie została dopuszczona do obrony doktoratu, babcia zajęła się haftowaniem krzyżykowym.

Foto: Kamil Marczewski

O czym myślała pani, oglądając serial „Ołowiane dzieci”?

Agnieszka Cygan: Przede wszystkim zastanawiałam się, czy moja babcia byłaby zadowolona, oglądając tę historię na ekranie.

I jak pani sądzi?

Byłaby zadowolona, że ten temat wreszcie będzie znany w Polsce i na świecie. Nie widziała siebie jako bohaterki, zależało jej raczej na mówieniu o problemie. Wiedziała, jak ogromny wpływ na zdrowie mają warunki, w których żyjemy. Oczywiście na pewno miałaby też wiele uwag, żeby wszystko zostało pokazane zgodnie z prawdą.

Zagrała pani w tym serialu epizod. Jakie to uczucie, wejść do historii własnej rodziny i stać się jej częścią na ekranie?

Wszystkie dzieci Jolanty Wadowskiej-Król miały swój epizod w tym serialu. Od początku byłam konsultantem serialu i współpracowałam z Maćkiem Pieprzycą. Dbałam o zgodność serialowej historii z faktami. To było odpowiedzialne, ale też niezwykłe doświadczenie, ponieważ na planie mogłam „spotkać” moją babcię, dziadka i nastoletnią mamę.

Kiedy po raz pierwszy usłyszała pani historię „ołowianych dzieci”? To był rodzinny sekret czy temat, o którym mówiło się otwarcie?

Do pewnego momentu w mojej rodzinie w ogóle nie mówiło się o ołowicy i Szopienicach. Miałam kilkanaście lat, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tej historii. Kiedy byłam dzieckiem, zastanawiało mnie, dlaczego babcia jest tam tak znana. Gdy szłyśmy razem przez miasto, wszyscy się z nią witali, jakby była kimś sławnym. Dopiero po latach moja kuzynka zrobiła o niej reportaż, dostępny dziś na YouTubie, potem pojawiły się pierwsze wywiady. Wtedy rodzina zaczęła wypytywać ją o szczegóły tej historii.

Czyli dopiero przy pierwszych wywiadach zaczęła wam naprawdę opowiadać o tej historii?

Tak. Oczywiście moja mama pamiętała tę historię, ale nigdy nikt nie przedstawiał jej jako spektakularnej. Babcia zawsze powtarzała: „Nie jestem bohaterką, po prostu robiłam swoje. Leczyłam te dzieci, bo musiałam, bo byłam lekarzem”.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Anna Próchniak nominowana do nagrody BAFTA Scotland. „Nazwałabym siebie aktorką europejską”

Jak z opowieści babci zapamiętała pani Szopienice lat 70.? Jak wyglądała codzienność w cieniu huty?

Szopienice znam z opowieści babci i ludzi, którzy tam wciąż mieszkają, bo utrzymuję kontakt z osobami, których dotknęła ołowica. Familoki położone najbliżej huty, które później zostały usunięte dzięki działaniom babci, w ogóle nie były przystosowane do życia. Nie było w nich dostępu do wody, czasami była tylko na klatkach schodowych. Problemy z higieną sprawiały, że dzieci bawiące się np. piłką, jadły potem ołów. Podobno mówiło się, że kanarek przeżywał tam jeden dzień, a szczeniak tydzień. Zieleni nie było wcale, a powietrze miało kwaśny smak. Już wjeżdżając do Szopienic, czuło się hutę. Kobiety codziennie musiały myć okna. Kiedy ostatnio rozmawiałam z panią, która mieszkała tam w 1974 r., powiedziała, że pamięta ten okres jako „czas mycia okien”.

Powiedziała pani, że utrzymuje kontakt z osobami, które chorowały wtedy na ołowicę. Jak dziś wygląda ich życie i zdrowie?

Różnie, niektórzy są bardzo schorowani, inni już nie żyją. Nie możemy jednak jednoznacznie stwierdzić, czy to wynik ołowicy, bo babcia nie mogła jej oficjalnie wpisywać w kartotekach. Zamiast tego wpisywano np. „anemia”.

Dzisiaj Szopienice to zapomniana dzielnica, ziemia wciąż jest skażona. Huta nie działa od wielu lat, pojawiło się więcej zieleni, ale nadal nie jest to miejsce zachęcające do mieszkania. Ja sama bym się tam nie przeprowadziła.

Czy jest coś z tamtych lat, co chciałaby pani nadal widzieć na Śląsku?

Społeczność, którą stworzyła babcia. Ona wciąż się trzyma razem i opowiada tę historię. Mieszkańcy są bardzo związani z dzielnicą i nie pozwolą, żeby ktoś powiedział złe słowo o Królce, ale jednocześnie dobrze wspominają hutę.

Reklama
Reklama

Naprawdę wciąż mają sentyment do huty?

Tak. Huta była jednocześnie żywicielką i trucicielką. Rodziny, które przeniosły się do Szopienic, miały tam pracę, mieszkanie i opiekę zakładu. Potem pojawiła się Jolanta Wadowska-Król, która trochę zburzyła ten światopogląd. Ciekawe jest to, że ci ludzie, którzy pracowali w Hucie, wciąż co tydzień spotykają się i wspominają tamte czasy.

W serialu pada zdanie: „Rodzimy się, pracujemy, umieramy”. Czy uważa pani, że to stwierdzenie jest już tylko historią, czy wciąż w jakiś sposób opisuje mentalność regionu?

Na ekranie zdanie wypowiada Wiesława Wilczek. Prawdziwa pani Wiesia wciąż żyje, a pierwsze, co mi powiedziała po premierze, to: „no ja bym w życiu tak nie powiedziała pani doktor".

Myślę, że to zdanie dobrze opisuje tereny poprzemysłowe Śląska. Jolanta Wadowska-Król była prekursorką zmiany myślenia o tym, że mamy wybór w kwestii tego, gdzie żyjemy i pracujemy, wtedy może ludzie nie mieli takiego wyboru.

Czy jest coś, co pamięta pani o babci, a czego nie pokazują ani seriale, ani książki?

Po tym, jak nie została dopuszczona do obrony doktoratu, babcia zajęła się haftowaniem krzyżykowym. Każdy centymetr ściany w jej domu był wypełniony tymi haftami. Na wigilię każdy dostawał własną, wyhaftowaną serwetkę z imieniem. Myślę, że była dumna, że znalazła coś, co nie było związane z medycyną.

W jednym z wywiadów mówiła pani, że babcia patrzyła na tę historię pozytywnie, a pani nie zawsze tak ją widziała. Skąd ta różnica?

Zadaję sobie wiele pytań. Dlaczego tak późno? Dlaczego babcia nie została dopuszczona do obrony doktoratu? Gdzie by była, gdyby obroniła doktorat? Może zostałaby profesorem, a może naukowcem znanym na całym świecie. Tego się nie dowiemy. Ta historia nabiera pozytywnego wymiaru dopiero po 50 latach, gdy stawiamy pomnik mojej babci. 50 lat temu nikt nie traktował jej jako bohaterki. Dlatego to przykra historia, bo uczymy się na błędach, ale trochę za późno.

Czytaj więcej

Prof. Magdalena Żadkowska: Nauka potrzebuje kobiet, żeby opisywać 100, a nie 50 proc. świata
Reklama
Reklama

O jakich błędach pani mówi?

Jako społeczeństwo popełniliśmy błąd, zamiatając tę spraw pod dywan. Być może, gdyby została odpowiednio nagłośniona, to wcześniej zamknięto by Hutę. Możemy jednak uczyć się na tych błędach, które kiedyś popełniono. Zastanawiam się jednak, czy gdyby coś podobnego wydarzyło się dzisiaj, zachowalibyśmy się inaczej.

Właśnie, czy uważa pani, że dziś w podobnej sytuacji bylibyśmy odważniejsi?

To jest pytanie bez odpowiedzi. Chciałabym, żebyśmy byli odważniejsi.

Z jakimi poświęceniami wiązała się praca pani babci?

Babcia bardzo kochała swoje dzieci i zawsze stawiała je na pierwszym miejscu, ale w tamtym okresie faktycznie dużo mniej czasu spędzała w domu. Wychowanie dzieci przejęła wtedy jej mama, Stasia. Moja babcia musiała wtedy pracować ponad etat. Gdy nie wyrabiała się w pracy, zabierała dokumenty do domu i razem z dziadkiem oraz swoją mamą zajmowali się nimi po godzinach. Dlatego myślę, że największym poświęceniem była rodzina i to, że wszyscy jej członkowie byli zaangażowani w tę sprawę.

Czy pani zdaniem bliscy płacą cenę za czyjąś odwagę?

Myślę, że nie. Po prostu taka była ich rzeczywistość. W danym momencie babcia miała duży projekt do zrealizowania, więc trzeba było dostosować się do jej projektu, a tym projektem były chore dzieci z Szopienic. Trwało to jednak stosunkowo krótko. Latem 1974 r. zaczęła badać pierwsze dziecko, a w kwietniu 1975 zburzono domy położone najbliżej Huty.

Jaki wpływ, pani zdaniem, ma historia rodzinna na to, kim jesteśmy jako dorośli ludzie?

Odkąd mojej babci nie ma, czuję misję mówienia o tej historii. Oprócz serialu Netflixa powstało Centrum Badań nad Środowiskiem Poprzemysłowym im. Jolanty Wadowskiej-Król, a ja stworzyłam spektakl „Matka Boska Szopienicka”. Mówię o tym „różnymi językami”, bo uważam, że ta historia może wiele zmienić. Może odmienić nasze podejście do tego, jak mieszkamy i żyjemy, przypominając, że rolą państwa i władz miejskich jest przede wszystkim troska o ludzi, którzy żyją na danym terenie.

Reklama
Reklama

Czy ta historia ukształtowała pani życiowe wybory?

Tak, dała mi pewną drogę. Oprócz mojej pracy zawodowej moim „drugim zawodem” jest mówienie i szerzenie wiedzy na temat ołowicy, mojej babci i postawy bohatera.

Czy ta misja jest dla pani źródłem motywacji, czy raczej czuje pani presję?

Presja chyba wynika z pytania, czy na pewno dobrze to robię. Chciałabym jak najlepiej opowiadać o mojej babci i nie popełniać błędów, ale chyba nie jesteśmy stworzeni do tego, żeby nigdy ich nie popełniać.

Jakie ma pani plany na przyszłość w związku z działaniami na rzecz pamięci o babci?

Współpracuję z naukowcami, m.in. z Uniwersytetu Śląskiego i nowo powstałego Centrum Badań nad Środowiskiem Poprzemysłowym im. Jolanty Wadowskiej-Król, w zakresie badań terenów poprzemysłowych. Chciałabym, żeby moja babcia stała się twarzą ekologii Śląska. Pod koniec życia dążyła do tego, by jeszcze raz przebadać osoby, które kiedyś leczyła, aby sprawdzić skutki ołowicy po 50 latach. Rozpoczęła te badania, ale nie zdążyła ich skończyć, bo zmarła. Teraz są one kontynuowane na Uniwersytecie Śląskim. Moim celem jest również zinstytucjonalizowanie tych działań. Chciałabym, aby powstało miejsce, gdzie mieszkańcy Szopienic i innych terenów poprzemysłowych mogliby opowiedzieć swoją historię i otrzymać realną pomoc. Chcę, aby wiedzieli, że nie są sami.

Wywiad
Hania Rani o tym, jak tworzy się "muzykę przezroczystą"
Materiał Promocyjny
Nowy luksus zaczyna się od rozmowy. Byliśmy w showroomie EXLANTIX w Warszawie
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Wywiad
Magdalena Żelazowska: Mało wiemy o tym, ile Polek osiągnęło w USA spektakularne sukcesy
Wywiad
Helena Ganjalyan o reżyserowaniu i roli w „Glorious Summer”: Nie da się żyć bez ryzyka
Materiał Promocyjny
Arabia Saudyjska. W krainie gościnności
Wywiad
Mroczna prawda o literaturze young adult
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama