Reklama

Ewa Drobek: Zależy mi, aby moje uczennice chciały przejmować władzę nad światem

Dzięki mojemu wyróżnieniu wreszcie w przestrzeni publicznej mówi się coś dobrego o nauczycielach. W tym, co mi się udało osiągnąć, nie ma ani jednego punktu zaczepienia dla hejterów – mówi Ewa Drobek, pierwsza polska nauczycielka, która znalazła się w gronie 10 najlepszych biorących udział w konkursie „Global Teacher Prize”, nazywanym nauczycielskim Noblem.
Ewa Drobek: Przypadek sprawił, że w dniu, w którym mój mąż bronił swój dyplom, zobaczyłam na uczelni

Ewa Drobek: Przypadek sprawił, że w dniu, w którym mój mąż bronił swój dyplom, zobaczyłam na uczelni ogłoszenie o pracy dla nauczyciela.

Foto: Joanna Miklaszewska-Sierakowska

Chwilę temu wróciła pani z gali finałowej konkursu Czuje się pani wyjątkowo, czy emocje już opadły?

Ewa Drobek: Emocje powoli opadają i pewnie dlatego zaczynam być trochę zmęczona wydarzeniami ostatnich tygodni – tym bardziej, że samolot w obie strony był opóźniony kilka godzin – ale czuję się absolutnie wyjątkowo. Pracuję 27 lat i nigdy w tym czasie nie byłam tak doceniona, jak podczas wizyty w Dubaju. To było unikalne doświadczenie – dające radość, możliwości rozwoju, szansę na spotkanie inspirujących ludzi, z którymi można było wymienić się wiedzą i przemyśleniami. Wystarczy powiedzieć, że z czterema spośród nauczycieli, których poznałam, umówiłam się na wymianę uczniowską. Takie ustalenia zapadły w rozmowach z osobami z Włoch, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych i Argentyny. Uczestniczyliśmy w konferencji poświęconej roli technologii i empatii w pracy nauczyciela. Każdy z nas miał możliwość wzięcia udziału w kilku interesujących go panelach dyskusyjnych. Ja również współprowadziłam jeden z nich – poświęcony kreatywności. Wymiana myśli, która się tam dokonywała, jest bezcenna. No i to poczucie, że nie jestem tam tylko „sama dla siebie”, że reprezentuję swoją szkołę, a nawet kraj. To była dla mnie duża odpowiedzialność. Zrobiłam wszystko, żeby godnie wypaść. Przy okazji tej intelektualnej uczty nie zabrakło też przyjemności: kolacja w hotelu Atlantis, zwiedzanie Burj Khalifa, wizyta na pustyni, a wreszcie spotkanie z samym królem, księciem i wieloma wysokimi urzędnikami państwowymi. W takich okolicznościach trudno nie czuć się wyjątkowo.

Czytaj więcej

Polka wśród finalistów „nauczycielskiego Nobla”. Kim jest Ewa Drobek?

Procedura nominacji w konkursie jest wieloetapowa i wymagająca, ale aby w ogóle do niej przystąpić, ktoś musi do niej zgłosić nauczyciela. Kto to zrobił w pani wypadku?

Przede wszystkim: tegoroczny udział w konkursie był drugim w mojej historii. Rok temu odpadłam po rozmowie kwalifikacyjnej. W obu latach moją kandydaturę zgłaszali uczniowie. Po zeszłorocznej porażce powiedzieli, że nie zamierzają się poddać i w tym roku aż 360 moich wychowanków podjęło taką inicjatywę. Informacja o każdym z tych zgłoszeń przychodziła na mój mail oddzielnie. Widząc ich liczbę, wiedziałam, że nie mogę ich zawieść i solidnie się przygotowałam, zanim przystąpiłam do uzupełniania pól w aplikacji. Opisanie 27 lat pracy za pomocą bardzo ograniczonej liczby słów wymagało starannego przemyślenia. Druga ważna kwestia to rekomendacje. Uczniowie nie mogli ich udzielać. Trzeba było prosić o zaangażowanie się w ten proces 10 instytucji, z którymi współpracowałam. Przygotowałam wymagane filmy. Dowiodłam, że moje działania można próbować zmultiplikować w innych krajach. Zrobiłam to wszystko i udało się. Mniej więcej trzy tygodnie po przesłaniu wymaganej aplikacji otrzymałam mailowo informację, że kolejnego dnia rano mam być gotowa na rozmowę z przedstawicielami zarządu Fundacji. To było kolejne wyzwanie – u mnie dodatkowo obciążone emocjami związanymi z tym, że rok wcześniej właśnie na tym etapie odpadłam z rywalizacji.

Czytaj więcej

Prof. Magdalena Żadkowska: Nauka potrzebuje kobiet, żeby opisywać 100, a nie 50 proc. świata

Jaka ostatecznie była ta rozmowa – łatwiejsza czy trudniejsza niż rok wcześniej?

Dla mnie trudniejsza – zarówno mentalnie, jak i „pytaniowo”. Z jednej strony niby wiedziałam, jak to wszystko przebiega, a z drugiej pytania zupełnie mnie zaskoczyły. Mam wrażenie, że w jakimś sensie sprawdzano naszą odporność psychiczną.

Reklama
Reklama

Poważnie to brzmi. Może pani powiedzieć, jakie konkretnie pytania odebrała w ten sposób?

Najbardziej to zadane zupełnie wprost, czy robię to dla pieniędzy. Kiedy je usłyszałam, pomyślałam, że osoba, z którą rozmawiam, nie ma pojęcia o realiach polskiego systemu edukacji, bo gdyby było inaczej, wiedziałaby, że ktokolwiek działa w tym obszarze, w pierwszej kolejności na pewno nie myśli o pieniądzach, bo tu ich po prostu nie znajdzie.

Jak pani w takim razie odpowiedziała?

Zgodnie z prawdą, że nie. Robię to, co robię, bo taką obietnicę złożyłam Dziadkowi i od tego czasu robię wszystko, żeby się z niej wywiązać.

Co to była za obietnica?

Że dzięki znajomości języków będę pracować z młodzieżą i zmieniać świat – budować mosty porozumienia w różnych obszarach. 

W jakim czasie od tej rozmowy dowiedziała się pani, że przeszła do kolejnego etapu konkursu?

Po dwóch dniach. Po następnych trzech tygodniach zostałam zaproszona do kolejnej rozmowy. Miałam ustalić szczegóły dotyczące zawartości publikacji, w której prezentowanych jest „50 wielkich”. Pytano mnie wtedy m.in. o to, jak odbierany jest mój dotychczasowy sukces w konkursie i czy interesują się nim media i nagle – niby w zupełnie nieplanowany sposób – kobieta, z którą rozmawiałam, zagaiła mnie o to, czy gdybym była w finałowej 10, jeszcze bardziej by się tym interesowano. Myślałam, że się przesłyszałam. Nawet ją poprawiłam – powiedziałam, że jestem w 50, a nie w 10, a wtedy ona już wprost powiedziała, że jednak w 10. Zareagowałam bardzo emocjonalnie. Miałam 3 minuty na wypłakanie się. Tyle dostałam od mojej rozmówczyni, po czym powiedziała: W porządku, teraz czas na działanie; musisz zrobić to, to i to, bo za 2,5 tygodnia lecisz do Dubaju.

Czuje pani niedosyt, że jednak nie została numerem 1 i że milion dolarów trafił do kogoś innego?

Nie. Nie brałam udziału w tym konkursie dla pieniędzy. Nie po pieniądze pojechałam do Dubaju. Wiem, jakie czynniki są decydujące dla 200-osobowej kapituły wybierającej zwycięzcę. Krótko mówiąc: nagroda trafiła do osoby, która doskonale je wykorzysta i zmieni na lepsze życie wielu dzieci. Jako reprezentantka kraju należącego do grupy G20 miałam zupełnie inne szanse niż zwyciężczyni Rouble Nagi, pracująca z uczniami w indyjskich slumsach. Ja z udziału w konkursie i pobytu w Dubaju „wyciągnę” coś innego, ale na razie nie będę o tym mówić. Może tylko tyle, że chodzi mi po głowie pewne współdziałanie z jedną z nauczycielek, które tam poznałam. Jak to wszystko już się ułoży, na pewno będę o nim informować. A jeśli chodzi o niedosyt, o który pan pyta, to w ogóle go nie mam z jeszcze jednego powodu: wreszcie w przestrzeni publicznej mówi się coś dobrego o nauczycielach. W tym, co mi się udało osiągnąć, nie ma ani jednego punktu zaczepienia dla hejterów. To dla mnie bardzo ważne.

Reklama
Reklama

Czy myślała pani kiedyś o karierze akademickiej?

Mam dużo doświadczeń w tym zakresie – w pracy szkoleniowo-rozwojowej z dorosłymi i dydaktyce uniwersyteckiej, ale wszystkie one utwierdzają mnie w poczuciu, że najbardziej kocham swoją szkołę: XV Liceum Ogólnokształcącego z Oddziałami Dwujęzycznymi im. Narcyzy Żmichowskiej w Warszawie.

Dlaczego?

Po pierwsze: dlatego że bliska jest mi postać Narcyzy Żmichowskiej i bardzo świadomie wybrałam właśnie tę szkołę. Mam w sobie pierwiastek feministyczny. Zależy mi na tym, aby dziewczyny, które uczę, były świetnie wykształcone, a dzięki temu pewne siebie i gotowe do podejmowania wyzwań. Żeby chciały być prezeskami i przejmować władzę nad światem, bo kobieca energia ma moc. Po drugie: pracując z młodymi ludźmi na tym etapie edukacji, ma się realny wpływ na ich życie. Nie ma drugiej takiej pracy, która dawałaby podobny bonus. Tak myślę, kiedy czasami pojawiają się chwile zwątpienia.

Czytaj więcej

11-letnia Alisa Perales jest najmłodszą absolwentką college’u w historii USA

A pojawiają się? U człowieka tak pełnego nauczycielskiej pasji?!

W czasie pandemii miałam trudne chwile. Mocno dało mi się we znaki poczucie, że mówię do czarnych kwadratów na ekranie komputera i że nie mam żadnej kontroli nad młodzieżą, dla której jestem wychowawcą. Po powrocie do stacjonarnej nauki to jednak szybko przeszło. Wystarczyło zobaczyć efekty projektu „Żmichoskrzydła”, żeby lepiej się poczuć. Z piór przygotowanych przez każdego z naszych uczniów artystka ułożyła gigantyczne skrzydła. Ten widok błyskawicznie przywracał wiarę i nadzieję.

Wszystkie pani działania edukacyjne są mocno osadzone w sztuce. Dlaczego lingwistyka, a nie coś artystycznego zawładnęła pani życiem?

Sztuka to prywatna pasja. Języków obcych uczyłam się od 5 roku życia. Pójście na studia z tym związane było niejako naturalną koleją rzeczy i cieszę się z tej decyzji, bo ostatecznie całkiem nie najgorzej wychodzi mi łączenie tych dwóch obszarów.

Gdyby miała pani nieograniczone środki finansowe na cele edukacyjne, w co by je pani zainwestowała?

Na pewno w zagraniczną promocję największych talentów naszego szkolnego programu „Żmichowska śpiewa”. Założyłabym też fundację działającą na rzecz higieny cyfrowej młodzieży i uczenia dzieci rozpoznawania fałszu oraz dezinformacji w sieci. Wsparłabym też działania takich organizacji jak fundacja Teach for Poland, która m.in. realizuje Program Rozwoju EduLiderstwa. To szansa na rozwiązanie problemu braku młodej kadry nauczycielskiej. Część pieniędzy przeznaczyłabym też na samorozwój. Chcąc kształcić młodych ludzi myślących o studiach na najlepszych uczelniach krajowych i zagranicznych, wciąż muszę dbać o swoje kwalifikacje, o to, by nie pozostać w tyle.

Reklama
Reklama

W jaki sposób teraz pani to finansuje?

Z własnych środków. Jak wszyscy nauczyciele. Ja i tak mam to szczęście, że mogę sfinansować niektóre aktywności, pisząc artykuły, tworząc materiały edukacyjne czy biorąc udział w konferencjach. Oczywiście, że to zabiera mój prywatny czas, ale pozwala zarobić, więc tak działam.

Jakie najważniejsze cele zawodowe stawia sobie Pani na najbliższy czas?

Dołączę do fundacji Teach for Poland. Rozmawiałam już na ten temat z panią minister Nowacką. Wiem, że organizacja poszukuje partnera strategicznego. Korzystając z okazji, zachęcam wszystkich, którzy mogliby to zrobić, do udzielenia im wsparcia finansowego, bo to naprawdę dobra inwestycja. Druga ważna sprawa to zbliżająca się matura. W tym roku przygotowuję do niej 60 uczniów. Musimy brać się do pracy.

Wspomniała pani o problemie braku młodej kadry nauczycielskiej. Jak pani sądzi, co jest jego główną przyczyną?

Powodów tego stanu rzeczy jest więcej niż jeden. Tym, o którym najczęściej się mówi, są oczywiście niskie wynagrodzenia nauczycieli. Druga kwestia to niedoskonałości w przygotowaniu do zawodu i brak wsparcia w rozwoju. Trzecia – bardzo ważna sprawa – to z kolei ciężar wymagań, które stawia się nauczycielom w szkołach publicznych. Dziś to nie są tylko osoby, które mają przekazać dzieciom wiedzę z określonego przedmiotu. Od nauczyciela oczekuje się, że będzie wychowawcą, nierzadko pielęgniarką, przyjacielem, strażnikiem bezpieczeństwa dziecka, osobą o bardzo dużej odporności psychicznej, która poradzi sobie w każdej sytuacji i ze stoickim spokojem zmierzy się z coraz bardziej roszczeniowymi rodzicami. Nie każdy jest na to gotowy.

Skąd w takim razie bierze się społeczne przekonanie, że to nauczyciele są roszczeniowi, bo pracują tylko 18 godzin tygodniowo, a wciąż skarżą się, że mało zarabiają?

Zupełnie szczerze: nie wiem. Gdyby była taka możliwość, każdego, kto myśli w ten sposób, zapraszałabym na 3-tygodniowy staż nauczycielski, w czasie którego mógłby doświadczyć prawdziwego oblicza tej pracy. Jestem przekonana, że to pozwoliłoby przekonać się, ile naprawdę pracuje nauczyciel – na pewno nie od 8.00 do 14.00, kiedy kończy lekcje – i ile wysiłku wymaga od niego rzetelne wykonywanie obowiązków.

Czy gdyby miała pani jeszcze raz wybierać swoją drogę zawodową, poszłaby tą samą ścieżką, którą kroczy wspomniane już 27 lat?

Tak naprawdę to nie od zawsze chciałam być nauczycielem. Zrobiłam na studiach dwie specjalizacje: tłumaczeniową i nauczycielską, ale zdecydowanie bardziej intensywnie myślałam o realizowaniu się jako tłumacz. Przypadek sprawił, że w dniu, w którym mój mąż bronił swój dyplom, zobaczyłam na uczelni ogłoszenie o pracy dla nauczyciela. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną. Po 7 minutach zaoferowano mi umowę o pracę. Przyjęłam ją, poszłam do szkoły i… wsiąknęłam. Nie żałuję ani trochę. Jaką lepszą nagrodę mogłabym dostać niż to, że po kilkunastu latach od zakończenia szkoły moja była uczennica zwraca się do mnie z prośbą, abym została matką chrzestną jej dziecka? W polskiej kulturze to wyjątkowa nobilitacja. A jeśli ona dodatkowo mówi, że robi to, bo to ja ją nauczyłam, że edukacja daje wolność i wie, że jeśli jej coś by się stało, tego samego nauczę jej dziecko, to nic już więcej nie potrzeba.

Reklama
Reklama

Ewa Drobek

Nauczycielka języka angielskiego i niemieckiego w XV Liceum Ogólnokształcącym z Oddziałami Dwujęzycznymi im. Narcyzy Żmichowskiej w Warszawie. Jej filozofia nauczania – zakorzeniona w spuściźnie Janusza Korczaka – traktuje naukę języka jako sposób na budowanie empatii. Jej metody, oparte na tekstach, debatach, muzyce, filmach i narzędziach cyfrowych, zostały wdrożone w 145 szkołach średnich w całej Polsce. Laureatka kilkunastu prestiżowych nagród edukacyjnych. 

Wywiad
Magdalena Żelazowska: Mało wiemy o tym, ile Polek osiągnęło w USA spektakularne sukcesy
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Wywiad
Helena Ganjalyan o reżyserowaniu i roli w „Glorious Summer”: Nie da się żyć bez ryzyka
Wywiad
Mroczna prawda o literaturze young adult
Wywiad
Wnuczka Jolanty Wadowskiej-Król o babci i „Ołowianych dzieciach”: Ludzie dobrze wspominają hutę
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama