Reklama

Emi Buchwald: W filmie staram się pokazać, że rodzina nie jest źródłem całego zła

Emi Buchwald, która za swój pełnometrażowy debiut fabularny „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” otrzymała m.in. Złoty Pazur i nagrodę za reżyserię na 50. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jest laureatką Orłów 2026 w kategorii Odkrycie Roku, a także Paszportu „Polityki”.
Emi Buchwald: Osobiste doświadczenia są dla twórcy podstawową inspiracją.

Emi Buchwald: Osobiste doświadczenia są dla twórcy podstawową inspiracją.

Foto: Janusz Szymański

Kiedy odbierałaś nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, powiedziałaś, że ten film nigdy by nie powstał, gdyby nie twoje rodzeństwo. Czy twoi bliscy widzieli twój debiut? Jaka była ich reakcja?

Tematy rodzinne poruszałam już w moich wcześniejszych krótkich metrażach. 

Na początku szkoły filmowej nie miałam jeszcze odwagi, żeby dotykać osobistych tematów, przede wszystkim chciałam się nauczyć warsztatu, ale w pewnym momencie zobaczyłam, jaka płynie z nich wartość. Mam też poczucie, że realizując kino autorskie, twórca powinien być tą jedyną osobą, która jest w stanie opowiedzieć historię, wynikającą z własnej perspektywy na świat, ludzi i kino.

Mam pięcioro rodzeństwa, dorastanie w dużej rodzinie jest dla mnie ważnym doświadczeniem – z jednej strony unikatowym i prywatnym, ale też takim, które można zuniwersalizować. W kinie rzadko się o tym opowiada, najczęściej pokazuje się relację dzieci z rodzicami, a przecież relacje między rodzeństwem również odsłaniają wiele rodzinnych konstelacji.

Czytaj więcej

Helena Ganjalyan o reżyserowaniu i roli w „Glorious Summer”: Nie da się żyć bez ryzyka

W związku z tym, że zrealizowałam już kilka krótkich form, w których pojawiały się wątki osobiste, moi bliscy trochę się do tego przyzwyczaili. Wiedzą, że tak jak dla nich, dla mnie też ten temat jest ważny. A ponieważ wszyscy interesują się kinem, a wielu z nich – zajmuje się różnymi dziedzinami sztuki, rozumieją, że osobiste doświadczenia są dla twórcy podstawową inspiracją.

Reklama
Reklama

Czy dla widza ten na pozór hermetyczny punkt wyjścia może być atrakcyjny?

Jestem reżyserką i scenarzystką, a więc mam narzędzia, które staram się świadomie wykorzystywać, żeby stworzyć uniwersalną opowieść filmową. Wiem, jakich środków użyć, żeby dotrzeć do widza.

Jeśli chodzi o emocje, to do pisania scenariusza siadam dopiero wtedy, kiedy mam już dystans do historii stanowiących punkt wyjścia. Oczywiście uruchamiam je do pisania, ale później jestem w stanie ułożyć je w określoną strukturę. Pracuję też ze współscenarzystą Karolem Marczakiem, z którym wspólnie budujemy opowieść.

Mam wrażenie, że wielu ludzi potrzebowało filmu o rodzeństwie. Żyjemy w Polsce, gdzie w moim pokoleniu było sporo wieloosobowych rodzeństw. Może nie wszyscy wokół mnie pochodzili z wielodzietnych rodzin, ale jedynacy nie byli dominującą grupą. Bardzo dużo osób dorastało wśród rodzeństwa.

Pisząc ten film, chciałam, żeby postaci miały również wymiar symboliczny i żeby były figurami osób, które możemy podłożyć pod naszych przyjaciół lub osoby z bardzo bliskich związków, z którymi tworzymy rodziny z wyboru. Mam nadzieję – i z reakcji widzów widzę, że często tak się dzieje – że ta historia jest przekładalna także na inne wymiary relacji. Wiele osób mówi mi, że odnajduje w niej własne doświadczenia.

Jeśli chodzi o relacje, to wydaje mi się, że częstym problemem jest potrzeba bliskości przy jednoczesnym zachowaniu własnej tożsamości i niezależności.

Żyjemy w świecie, w którym indywidualizacja jednostki jest bardzo istotna. Stawiamy granice, odłączamy się od innych i mocno koncentrujemy się na sobie – na budowaniu własnej tożsamości, rozwoju osobistym i wszystkich aspektach, które temu towarzyszą. W pewnym sensie wynika to także z uprzywilejowania. Mamy szczęście, że żyjemy w miejscu, gdzie takie możliwości są dostępne. Jednocześnie gubi się wspólnotowość. A może jest tak, że musieliśmy dojść do momentu, w którym zanegujemy tę komórkę społeczną, jaką jest rodzina, po to, żeby za jakiś czas do niej wrócić i spojrzeć na nią z innej perspektywy.

W filmie staram się pokazać, że rodzina nie jest źródłem całego zła. To jest taki klasyk eksploatowany w filmach, pokazujący relacje rodzinne jako te opresyjne i niszczące. Na końcu morderca zawsze okazuje się skrzywdzony i niekochany przez rodziców. W moim filmie jest miejsce na pokazanie, że wszystko jest trochę bardziej skomplikowane i nie daje się sprowadzić do prostych odpowiedzi.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Hania Rani o tym, jak tworzy się „muzykę przezroczystą”

Czy wierzysz, że po naszych mieszkaniach snują się byty, które nas obserwują i na nas wpływają? Czy raczej duchy są dla ciebie pretekstem do opowiedzenia o lękach czworga bohaterów?

Bardzo lubię tajemnicę, niedosłowność i metaforę w filmach i szkoda, że rzadko z tych środków korzystamy. Przyzwyczailiśmy się, szczególnie w kinie autorskim, że im bardziej dokumentalnie opowiadamy, tym żywszy i mięsisty jest przekaz. Lubię kino dokumentalne, chciałam zachować w filmie realistyczną chropowatość, ale nie chcę rezygnować z metafizyki. Kino może oszukiwać czas, możemy bawić się dźwiękiem i tym, co widzimy. Jest bardzo dużo możliwości, żeby opowiedzieć to, co nieuchwytne.

Wracając do tematu duchów. Niektórzy uważają, że są, niektórzy, że nie, a ja lubię bawić się tą niewiadomą. Tytuł filmu też jest grą z tym, co później widzimy. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy duchy istnieją i pewnie nigdy się tego nie dowiemy, ale ciekawie jest tę metafizykę wykorzystywać i zastanawiać się, co te zjawy nam robią. Nie żyjemy już w czasach Leśmiana, który wymyślił jego nazwę na potrzeby swojego wiersza. Żyjemy w czasach, kiedy boimy się tego, co w naszych głowach i do czego mogą doprowadzić nasze myśli. Ale nie boimy się duchów, upiorów i diabłów. Trudno dziś sobie wyobrazić, że kiedyś bano się ich poważnie. 

W twoim filmie brak fizycznej obecności rodziców. Bohaterowie wspominają jedynie o mamie, mówiąc, że słyszała jakieś dźwięki, które wydawała pralka. Jest jakaś niewiadoma, która towarzyszy tej postaci.

Uważam, że mocniejsza, szczególnie w dzisiejszych czasach, jest tajemnica niż mówienie i pokazywanie wszystkiego wprost. Dlatego tak ważne jest jedno zdanie o mamie i o przerażającym dźwięku pralki. Początkowo napisaliśmy tę scenę na kilka stron. W długiej rozmowie o spotkaniu rodzinnym, tłumaczyliśmy background filmowego rodzeństwa. Ostatecznie z tego zrezygnowaliśmy i zostawiliśmy kilka zdań. Tego jednego kluczowego szukaliśmy najdłużej.

Szukaliśmy takiego szczegółu, który będzie niepokojący, ale niedosłowny – czegoś, co dla rodzeństwa jest wyraźnym sygnałem problemu, który towarzyszy im nie od dziś. Chciałam, by widz sam zaczął się zastanawiać, co naprawdę kryje się za tym dźwiękiem pralki. Dosłowne wyjaśnienia nigdy mnie nie interesowały. Nie umiem tak robić filmów. Wiem, że jeżeli będę je robiła z czułością i miłością do bohaterów, samej mi to pozwoli zrozumieć więcej (bo tak się dzieje po każdym filmie), ale też sprawić, że inni zrozumieją trochę bardziej siebie i poczują się mniej samotni w swoich przeżyciach zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych.

Czytaj więcej

Anna Próchniak nominowana do nagrody BAFTA Scotland. „Nazwałabym siebie aktorką europejską”
Reklama
Reklama

Postać Jany jest ciekawa. Można by pomyśleć, że skoro wydarzyło się nieszczęście, to wszystko się kończy, ale ona nie daje za wygraną.

Znajduje sposób, żeby jej twórczość dotarła do innych. Może do węższego grona odbiorców, ale mimo wszystko doprowadza projekt do końca. Również dzięki wsparciu rodzeństwa zyskuje siłę, żeby się nie poddawać, mimo że coś, w co włożyła ogrom pracy, nagle przestaje istnieć.

Mogę się z sytuacją Jany utożsamić. Pamiętam, jak kręciliśmy krótkometrażową fabułę „Piękna Łąka Kwietna” na taśmie i po zdjęciach okazało się, że jedna rolka negatywu jest prześwietlona. Dodatkowo był to materiał z najdroższego dnia zdjęciowego, z lokacji, do której nie mogliśmy już wrócić. Biorąc pod uwagę warunki, w jakich robiliśmy film, nie mając na nic wystarczającego budżetu, było to na chwilę załamujące. Dla kogoś z zewnątrz może się to wydać śmiesznym problemem, ale robiąc tego typu rzeczy, wkładamy w nie mnóstwo czasu, energii i emocji.

Jednocześnie, gdy Nastka reaguje emocjonalnie na to, co się dzieje z Benkiem czy Frankiem, Jana pozostaje bardziej zdystansowana. Ona już wie, że musi inwestować w siebie, w swój czas i potrzeby, podczas gdy reszta rodzeństwa wciąż dopiero się kształtuje. Kiedy jednak wydarza się coś trudnego dla niej, pojawia się rodzeństwo, które nagle też musi dorosnąć. Najmłodszy Benek, który zazwyczaj potrzebuje najwięcej wsparcia bliskich, siada za kierownicą i jedzie samochodem z siostrą śpiącą pod kołdrą. Ta kołdra jest pomiędzy nimi przekazywana. Raz jest pod nią jedno, raz drugie. Na końcu Jana buduje z niej bazę. Bycie pod kołdrą, w schronieniu – to jest bardzo pierwotna potrzeba dla dziecka, towarzyszy nam od początku życia. To właśnie z rodzeństwa Jana czerpie siłę, bo ono daje jej bezwarunkowe wsparcie.

Ja jestem najmłodsza z rodzeństwa, a ty jesteś najstarsza?

Jestem środkowa. Bycie środkową dawało mi sporo wolności i mogłam czerpać zarówno ze starszego, jak i młodszego rodzeństwa. Mogłam obserwować starszych i to, jakie relacje utrzymują między sobą i rodzicami, ale też patrzeć na młodszych i się nimi opiekować. Będąc członkiem rodzeństwa uczysz się relacji właśnie z tych obserwacji. Jest mi blisko do dziewczyn, ale filmowi bracia też dostali trochę ode mnie.

Kiedy robiliśmy „Duchy”, w ogóle nie myślałam o nim jako o filmie pokoleniowym. Wręcz przeciwnie – świadomie skupiłam się na grupie bardzo specyficznego rodzeństwa. Nie zastanawiałam się, dla jakiego pokolenia go tworzę. Moje rodzeństwo to częściowo millenialsi, częściowo generacja Z, ale to nigdy nie miało żadnego znaczenia. 

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Katarzyna Warnke: Nie lubię feminizmu, który wyklucza

Spada na ciebie deszcz nagród. Zastanawiam się, czy to obciążenie czy mobilizacja?

Rzeczywiście od wielu miesięcy – od pierwszego pokazu w Gdyni – dużo się dzieje. Potrzebuję trochę przestrzeni i spokoju w głowie, ale jestem też zadaniowa. Jeszcze przed premierą „Duchów”, zaczęłam pracę nad kolejnym filmem we współpracy ze wspaniałą producentką, Anią Kępińską. Mam nadzieję, że uda się go zrealizować w miarę szybko, bo zdaję sobie sprawę, że im dłużej czeka się na drugi film, tym pojawia się większa presja. Trudno byłoby w tym wszystkim, co się teraz dzieje wymyślać coś od zera, ale mam kolejną ważną dla mnie opowieść, nad którą z Karolem zaczęliśmy pracować zanim pojawił się temat „Duchów”. To będzie kino drogi, ale w dość specyficznych okolicznościach.

„Duchy” wychodzą prosto z serca i chęci działania, tworzenia, ale jest w nich tyle samo ciężkiej pracy i rozkminy, czyli procesu. I przede wszystkim na tym się skupiam.

Emi Buchwald

Reżyserka i scenarzystka; absolwentka reżyserii w Szkole Filmowej w Łodzi oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. Autorka krótkometrażowych filmów fabularnych i dokumentalnych: „Nauka” (2016), „Heimat” (2017), „Piękna łąka kwietna” (2022) oraz „Echo” (2023), wielokrotnie pokazywanych i nagradzanych na festiwalach filmowych. Jej pełnometrażowy debiut „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem na festiwalach filmowych. Laureatka Paszportu „Polityki” oraz Orłów 2026 w kategorii Odkrycie Roku.

PODCAST „POWIEDZ TO KOBIECIE”
Agnieszka Sułkowska: Z autyzmem można szczęśliwie żyć
Materiał Promocyjny
Jak zostać franczyzobiorcą McDonald’s?
Materiał Promocyjny
OTOMOTO rewolucjonizuje dodawanie ogłoszeń
Wywiad
Polka w Belgii: W wielokulturowym środowisku rodzą się lepsze pomysły
Wywiad
Dr n. med. Katarzyna Muras-Szwedziak: Finansowo moja specjalizacja się nie opłaca
PODCAST „POWIEDZ TO KOBIECIE”
Agnieszka Jaskulska: Podziwiam kobiety w kryzysie bezdomności
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama