Dominika Kluźniak: Wspaniały byłby świat, gdyby dzieci wzrastały w miłości

- Mam swoją rodzinę najcenniejszą, aktorstwo oraz pisanie, a także coaching, dzięki czemu sama sobie jestem sterem, żeglarzem i okrętem - mówi Dominika Kluźniak, aktorka Teatru Narodowego, pisarka, felietonistka, coach.

Publikacja: 16.03.2024 09:52

Dominika Kluźniak: Trzeba mieć wielką odwagę, by żyć po swojemu i niekoniecznie być lubianym przez w

Dominika Kluźniak: Trzeba mieć wielką odwagę, by żyć po swojemu i niekoniecznie być lubianym przez wszystkich.

Foto: PAP

Pani najnowsza rola to Kordelia w „Królu Learze” w Narodowym w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Zazwyczaj w tej roli demonstruje się gwałtowny bunt wobec Leara, który w scenie podziału królestwa żąda od córek hołdów. Pani bohaterka prezentuje naturalną godność: kocha ojca, ale nie będzie odgrywać patriarchalnych rytuałów. Proszę powiedzieć jak pani i reżyser myśleliście o Kordelii na tle innych córek Leara i jego samego?

Najważniejsze jest to, że nie wszyscy w rodzinie wzrastamy w jednakowy sposób i najmłodsza córka Kordelia, która w ostatnim czasie była najbliżej ojca, a jeszcze nie wyszła za mąż - miała z Learem inne doświadczenia niż dużo starsze siostry Regana i Goneryla. Rozmawialiśmy więc o tym, jak ten kwiatek - fiołek, dziki, górski, wzrastał całkiem osobno od reszty rodziny. Kornelia, mam wrażenie, wychowała się w innych warunkach niż siostry i takie cechy jak poczucie godności, szczerość, bezkompromisowość prezentuje w naturalny sposób. Czując opiekuńczość i miłość ojca, sądziła że ma prawo mówić to, co czuje. Jednocześnie Kordelia jest do ojca podobna, choć oni sami pewnie z tego do końca nie zdają sobie sprawy. Trafiła więc kosa na kamień, gdy Lear żąda od Kordelii specjalnego hołdu.

Czytaj więcej

Agata Duda-Gracz: Nie używam feminatywów. Reżyserka to pomieszczenie na miotły

W scenografii widać skutki kataklizmu. Czy rozmawialiście o tym, jaki jest powód, że król-ojciec abdykuje?

Takie rozmowy rozgrywały się raczej między reżyserem a aktorem grającym główną rolę, czyli Janem Englertem. Jeśli chodzi zaś o moment, w którym rodzina dowiaduje się o abdykacji, wszyscy mamy zadanie mniej lub bardziej powściągać emocje, zachowując się raczej jak wytrawni gracze lub politycy. Możemy porównać to do „Sukcesji”, gdzie nawet w skrajnych sytuacjach wszyscy starają się zachować „pokerface” - nawet wobec największych rewelacji nikt nie zdradza emocji, by dowiedzieć się jak najwięcej i wykorzystać to dla siebie najlepiej. W scenografii zaznaczony jest świat, który nadchodzi, ale przede wszystkim starość Leara, który czuje że przyszedł czas, kiedy trzeba władzę wypuścić z rąk. Nie nazwałabym tej kondycji niedołężnością. Ważne jest poczucie, że świat się zmienia. W scenografii zaznaczony jest świat, który nadchodzi, niejako antycypując wojnę, zniszczenie i rozpad.

A czy rozmawialiście na temat zmieniających się dziś postaw ojców – dawniej apodyktycznych jak Lear, a teraz wspierających swoje dzieci?

Oczywiście, w moim pokoleniu często mówimy o przełomowych książkach, na przykład „Nie zaczęło się od ciebie” – o przerywaniu schematów dziedziczenia traumy w rodzinie. Widzę, że rodzice bardzo się starają, analizują siebie w relacji wobec dzieci. Ja to wszystko zauważam, ale nie rozmawialiśmy o spektaklu w kategoriach takiej zmiany, która rzeczywiście teraz następuje. Kiedy widzę potrzebę zwracania się w spektaklu ku dzisiejszej rzeczywistości - robię to. Tutaj nie odnalazłam potrzeby, żeby naginać się do naszych czasów.

A jeśli chodzi o Leara, nawet jeśli w scenie podziału królestwa prezentuje wobec najmłodszej córki stare przyzwyczajenia - szybko zdaje sobie sprawę ze swojego błędu. Mówi o błahym przewinieniu Kordelii na tle tego, jak postępują Goneryla i Regana.

Proszę powiedzieć, jakie songi śpiewają Kordelia i Błazen, którego również pani gra?

Tekst tragedii i songi uzupełniają się. Wiemy z tekstu Szekspira, że sytuacji pomiędzy Learem a Kordelią nie jest zbyt wiele, dlatego świetnym pomysłem było to, żeby uzupełnić tę warstwę właśnie songami Radiohead, przetworzonymi przez kompozytorkę Aleksandrę Grykę. Wszystkie teksty idealnie pasują do granych sytuacji, każda piosenka dopowiada coś ważnego do relacji z Learem. Kiedy zaś Lear jest już na wózku inwalidzkim i wyznaje swoją winę wobec córki - song pozwala powiedzieć Kordelii „OK, pomimo tego, co się stało - idźmy dalej razem”. Z kolei ostatni song, jaki śpiewam w roli Błazna, poświęcony jest wojnie i temu, co wyzwala w człowieku, jakie emocje może spowodować. Każdy kto bierze udział w wojnie, myśląc: „Mogę wszystko, mam taką władzę, mam taką moc” - otwiera w sobie piekło. Ten song nawiązuje do wojny i bitwy, która dzieje sie w dramacie Szekspira i jednocześnie, tak jak to odczuwam, do wojny toczącej się w każdym z bohaterów tej sztuki

Jacek Wakar w swojej recenzji zasugerował, żeby nagrała pani całą płytę z songami Radiohead.

Po premierze przynajmniej kilkanaście osób podeszło do mnie i zapytało, ile piosenek brakuje mi do stworzenia płyty, co traktuję jako bardzo miły komplement. Zaczynam rozsmakowywać się w tej przyjemności, która zaczęła się na pierwszej próbie, kiedy Grzegorz Wiśniewski zapytał mnie, czy śpiewam. Odpowiedziałam, że trochę. Natomiast nigdy potem nie sprawdził mojej deklaracji, a ja dostałam tak duży worek zaufania, że w takich sytuacjach każdy człowiek zaczyna wierzyć w siebie jak nigdy dotąd.

Czytaj więcej

Barbra Streisand z nagrodą SAG za całokształt twórczości

Songi w pani wykonaniu łączą Kordelię i Błazna. Czy to Kordelia towarzyszy ojcu w przebraniu Błazna?

Na pytanie czy Błazen jest (alternatywną?) historią Kordelii, która została odrzucona czy też odrębnym bytem, dającym Learowi do myślenia, chciałabym celowo nie udzielać jednoznacznej odpowiedzi i zostawić przestrzeń dla wyobraźni i odczuć widza, choć oczywiście to zagadnienie było przez nas dokładnie rozpatrzone i rozpracowane na etapie prób. Mnie bardzo podoba się pomysł, że Kordelia, która doświadczyła zła od ojca, ustami Błazna może powiedzieć mu coś, czego, być może, nie powiedziałaby wprost jako ona sama. Na którymś etapie prób zauważyłam, że już nie czuję barier między postaciami, które gram, i mogą się one płynnie przenikać, uzupełniać. Drastyczne uwagi łączą się z miłością i opiekuńczością, pomimo wcześniejszego odrzucenia.

A co by powiedziała o bohaterach spektaklu Dominika Kluźniak jako coach?

Oj…, że są bardzo poranieni, jednak coach nie powinien nic sugerować, tylko poprzez różnego rodzaju ćwiczenia, zadania, rozmowę, towarzysząc drugiej osobie, ukierunkować ją w taki sposób, by działała zgodnie ze swoimi wewnętrznymi potrzebami, których wcześniej nie spełniała.

A ile już pani miała klientek i klientów od rozpoczęcia działalności coachingowej?

Było ich trochę i to bardzo różnorodnych, zaś to, że dwie profesje staram się prowadzić równolegle – wzbogaca obie warstwy mojego życia zawodowego.

Pani oczy śmieją się bardziej, kiedy mówi pani o coachingu.

Kiedy wychodzi ktoś z gabinetu, a oczy mu się błyszczą - nie da się porównać z niczym, zaś ostateczny efekt bardziej wynika z mojego działania niż bywa to w teatrze. W aktorstwie ocieram się o wiele złożonych procesów zespołowych, nie na wszystko mam wpływ. Dużo jest sytuacji kompromisowych, przymusowych, z których ostatecznie wynika indywidualny odbiór mojej gry, na przykład w recenzjach. Sprawa staje się publiczna, choć nie na wszystko mam wpływ. Natomiast wszystko to, co się dzieje w gabinecie zostaje między mną a klientami. Akurat w „Królu Learze” nie czuję uszczerbku w swojej aktorskiej psychice, ponieważ z wielką gotowością i chęcią weszłam w tę grę z hasłem „No risk, no game” i mam z tego frajdę.

Czy są osoby, które już wróciły do pani gabinetu, mówią „bardzo dziękujemy, bo droga, którą znalazłam dzięki pani, jest dla mnie bardzo pozytywna”?

Jest grupa ludzi, która z własnej woli, bo przecież nie ma takiego obowiązku, relacjonuje co w ich życiu się zmieniło, jak bardzo są usatysfakcjonowani. Ja zaś nie czuję się sprawczynią tej zmiany, ponieważ coach to jest tylko towarzysz zmiany, o której decyduje każdy klient osobno. Cała kwestia polega na tym, że, na przykład, system rodzinny, w którym ktoś wzrastał - kazał nabrać przekonań na własny temat, które niekoniecznie go później wspierają w życiu. Moja rola polega na tym, by pomóc spojrzeć na siebie w nowy sposób i samego siebie wesprzeć najlepszym wyborem. Taka nowa droga będzie zupełnie inna, przyjemniejsze i łatwiejsza. Wtedy możemy żyć w poczuciu, że przynajmniej nie rąbiemy samych siebie po głowie, tylko głaszczemy, co już dużo zmienia.

By zostać coachem innych - sama musiała pani wpaść na pomysł, że coś w swoim życiu zmieni. Aktorstwo chyba pani już nie wystarczało?

Nie wystarczało i stwierdziłam, że jestem spragniona nowych doświadczeń. Stąd wzięła się również moja powieść „Miejsce”. Teraz cieszę się, że sama mogę wybierać to, co mnie interesuje poza aktorstwem, co jest również owocem tego, że sama wcześniej byłam w terapii i, jak już mówiłam, zapragnęłam zmiany, rozwoju. Widzieć, że to działa i pomaga jest rzeczą tak smaczną, że zachciało mi się jeszcze czegoś więcej. Również tego, by pomagać innym. Mam więc swoją rodzinę najcenniejszą, aktorstwo oraz pisanie, a także coaching, dzięki czemu sama sobie jestem sterem, żeglarzem i okrętem.

A czy to, że jest pani aktorką Teatru Narodowego z dużym dorobkiem, kieruje do pani gabinetu więcej osób?

Zastanawiałam się, czy to nie będzie przeszkodą. Okazało się, że nie. Część klientek przyznaje, że to dla nich fajne, że wcześniej mnie widziały, bo mają wrażenie, że się znamy, a to sprawia, że dystans od razu robi mniejszy: łatwiej się im otworzyć.

A czy pani książka była drogowskazem do pani gabinetu?

Po książkę moi klienci sięgają raczej po coachingu.

Książka ukazała się w 2019 r. Co panią skłoniło do napisania „Miejsca”?

To było spełnienie mojego wielkiego, jeszcze dziecięcego marzenia, bo wychowałam się wśród książek.

A jakie zadanie w pani życiu spełnił męski bohater, który zrywa z dotychczasowym życiem i ucieka do samotni, mając psa za jedynego towarzysza?

Jak już mówiłam, w zawodzie aktorskim uwierały mnie różne zależności. Tymczasem mojego bohatera stać na to, by robić i mówić to, co myśli. Ma w sobie tyle siły, że kiedy nie chce brać udziału w pewnych formach życia, które mu nie odpowiadają – mówi „dziękuję” i odchodzi. Lubi siebie na tyle, że może spędzać czas tylko z sobą, nie będąc zależny od akceptacji innych.

Osobiście umiem nazwać to za czym tęsknię, umiem też nazwać to, czego mi brakuje, ale zdaję sobie sprawę, że trzeba mieć wielką odwagę, by żyć po swojemu i niekoniecznie być lubianym przez wszystkich. Mój bohater decyduje się na życie w samotni z wyboru, a nie dlatego, że został odrzucony, a to znaczy, że jest absolutnie wolny.

Pracuje pani nad kolejną książką?

Tak, bo fajnie jest mieć wiele rzeczy w koszyku i wiele grzybów w barszczu. Jednak nie na wszystko starcza mi czasu, w tym na to, żeby regularnie pisać tę drugą powieść. Tym bardziej, że doszły mi do pisania felietony, które publikuję regularnie, co miesiąc, w portalu e-teatr.

Jaki temat wzięła pani teraz na warsztat?

Ten, który mnie zawsze interesował najbardziej, a uważam też, że jest najważniejszy na świecie: dzieci. Piszę o bliźniakach, które po rozdzieleniu, wzrastają w odmiennych środowiskach. Od takich podstawowych rzeczy wszystko się przecież w życiu człowieka zaczyna, bo rodzina i najbliższe środowisko mają fundamentalny wpływ na to, kim będziemy w dorosłym życiu.

Warto pamiętać o tym, jaki wspaniały byłby świat, gdyby wszystkie dzieci mogły wzrastać w miłości i szacunku.

Wywiad
Losy kobiety zesłanej na Syberię w książce "Ludzie z kości" Pauli Lichtarowicz
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Wywiad
Jak rozmawiać z dziećmi o raku? Psychoonkolog o sytuacji księżnej Kate
Wywiad
Kobiety, które zarabiają miliony na ubraniach z szarej dresówki
Wywiad
Omenaa Mensah: Pieniądze są narzędziem do realizacji celów, a nie celem
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Wywiad
Dr Scilla Elworthy o kobietach na wojnie: jestem pod wrażeniem ich odwagi