Przy okazji obchodów 50. rocznicy rozpoczęcia prac nad emitowanym w latach 1974-1984 serialem, odtwórczyni roli jednej z trzech sióstr Ingalls, Melissa Gilbert, udzieliła niejednego wywiadu, wracając pamięcią do tego wyjątkowego doświadczenia z początków zawodowej kariery. – Od dnia premiery serial nigdy nie został zdjęty z anteny. Oglądają go kolejne pokolenia widzów, a moja mama płacze, gdy tylko trafi na jakąkolwiek powtórkę w telewizji – mówiła w rozmowie z gospodynią programu „The Kelly Clarkson Show”. – Serial wypełniony jest opowieściami o miłości, rodzinnym wsparciu, akceptacji, czyli o tych wszystkich wartościach, za którymi każdy z nas tęskni. Nie brakuje w nim też trudnej tematyki: uzależnień od narkotyków, rasizmu, antysemityzmu. Mimo upływu czasu nadal mamy jeszcze sporo zaległości w tym zakresie – wymienia, kilkakrotnie podkreślając w cytowanej rozmowie, jak bardzo rzeczona produkcja wpłynęła na jej losy, kształtując jej światopogląd i wytyczając kierunek zawodowej działalności również w dojrzałym wieku. Choć jej osobiste doświadczenia nie zawsze przypominały niczym niezmącony obraz rodzinnych relacji przedstawionych w serialu, to mimo upływu lat kultowa produkcja nadal znajduje odzwierciedlenie w podejmowanych przez nią działaniach – nie tylko osobistych, ale i biznesowych.
Czytaj więcej
Choć perfekcyjny wygląd Halle Berry nie zdradza jej metryki, aktorka niebawem będzie obchodzić sw...
Melissa Gilbert: czas w równym stopniu traktuje nas wszystkich
– Dla wielu osób na zawsze będę kojarzyć się z 12-letnią Laurą, której losy śledzili przez dziewięć sezonów serialu „Domek na prerii”. Ta dziewczynka pozostanie we mnie do końca życia. Mam w sobie jej ciekawość i entuzjazm. Jednak czas w równym stopniu traktuje nas wszystkich, nie omijając nawet Okruszka – podkreślała Melissa Gilbert w wywiadzie dla magazynu „People” przed trzema laty, powołując się na przezwisko Half Pint, jakiego często w odniesieniu do swojej serialowej córki używał ojciec trojga dziewczynek, odgrywany przez Michaela Landona. Na tak dojrzałe wyznanie, na jakie 61-latka zdobyła się w cytowanym wywiadzie, przyszedł jednak czas po serii działań świadczących o zgoła innym nastawieniu do kwestii upływającego czasu.
Gdy w 2012 r. występowała w popularnym programie tanecznym, jednym z głównych powodów do radości była możliwość nałożenia opinającego kostiumu, który podkreślał jej zmieniającą się dzięki regularnym treningom, zgrabną sylwetkę. – Byłam tak podekscytowana, a z perspektywy czasu sądzę, że to osobliwy powód do dumy. Obecnie najbardziej cieszy mnie zdobycie umiejętności haftowania. Tak zmienia się nastawienie, gdy zbliżasz się do 60. urodzin – mówiła wówczas.
Chęć zachowania zgrabnej sylwetki i młodzieńczego wyglądu jak najdłużej doprowadziła gwiazdę filmu „Przewodnik dusz” do serii niefortunnych decyzji, które z perspektywy czasu ocenia jako chybione, zwłaszcza w kontekście wykonywanego zawodu. Zabiegi medycyny estetycznej i intensywnie farbowane włosy po latach wywołują w niej uśmiech i lekkie zawstydzenie. – Utrzymywanie takich pozorów było bardzo męczące. Pamiętam, że brakowało mi wtedy pewności siebie. Z czerwonymi włosami wyglądałam jak popularny komik Carrot Top. Z twarzą ostrzykniętą botoksem i brwiami przypominającymi strzeliste łuki przypominałam szatana. Do tego nie miałam żadnej mimiki, co jest przekleństwem w moim zawodzie – wspomina ze śmiechem.