Decyzja o usuwaniu krzyży z miejskich urzędów jest już faktem. Jaka była pani pierwsza myśl po tym, kiedy ta informacja trafiła do mediów?
Dr hab. Aneta Rayzacher-Majewska: Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tę informację, pomyślałam, że sensacyjny nagłówek ma przyciągnąć uwagę, a w istocie chodzi o coś innego. Szybko jednak przekonałam się, że faktycznie taka decyzja została wydana. Jest ona dla mnie kompletnie niezrozumiała i bolesna. Niezrozumiała, ponieważ krzyż poza tym, że jest znakiem religijnym, stanowi znak kultury i tożsamości narodowej. W warunkach polskich dodatkowo kojarzy się z reakcją na wywalczoną wolność. Decyzja jest też bolesna, ponieważ jako osoba wierząca nie wiem, jak daleko mogą jeszcze pójść zarządzenia uderzające w znaczną grupę społeczeństwa. Z niepokojem obserwuję rozbieżność pomiędzy deklaracjami i czynami osób decyzyjnych. I to nawet nie chodzi o świadectwo rzekomego katolicyzmu, ale tolerancji i szacunku wobec wszystkich. Usuwanie krzyża z przestrzeni publicznej w naszym kraju przywodzi na myśl czasy, do których chyba nie chcielibyśmy wracać, a na pewno oddala od standardów europejskich.