Proktolog prof. Małgorzata Kołodziejczak: Procedury utrudniają pomaganie kobietom

- Moim osobistym celem w staraniach o zapewnienie pacjentom jak najlepszej opieki jest przekonanie przedstawicieli NFZ do refundacji zabiegów naprawczych okołoporodowych uszkodzeń zwieraczy odbytu u kobiet - mówi prof. dr hab. n. med. Małgorzata Kołodziejczak.

Publikacja: 12.06.2024 08:39

Prof. dr hab. n. med. Małgorzata Kołodziejczak: Uważam, że pacjent wymagający interwencji chirurgicz

Prof. dr hab. n. med. Małgorzata Kołodziejczak: Uważam, że pacjent wymagający interwencji chirurgicznej np. z powodu przetoki odbytu niczym się nie różni choćby od pacjenta ortopedycznego ze złamaniem nogi.

Foto: Joanna Manowska

Prof. dr hab. n. med. Małgorzata Kołodziejczak – pionierka proktologii w Polsce. Szukając jej nazwiska w internecie, w pierwszej kolejności trafia się na komentarze wdzięcznych pacjentów. W ponad 40-letniej karierze chirurga pomogła kilkudziesięciu tysiącom pacjentom – w większości takim, którzy nie znaleźli rozwiązania swoich problemów – wyjątkowo intymnych i trudnych do leczenia – nigdzie indziej. Za półtora roku kończy się jej II kadencja Prezesa Polskiego Klubu Koloproktologii – Towarzystwa Naukowego. Była pierwszą kobietą w historii, która piastowała to stanowisko. Zanim zakończy swoje urzędowanie na tym stanowisku, chce osiągnąć jeszcze jeden bardzo ważny cel: przekonać NFZ do refundacji zabiegów naprawczych okołoporodowych uszkodzeń zwieraczy odbytu u kobiet i podniesienia wycen procedur proktologicznych. To nie jest łatwe zadanie, ale Pani Profesor nie zamierza się poddać. Pomaga jej w tym natura długodystansowca, dzięki której wyjątkowo sprawnie – ale, jak zaznacza, nie bez kosztowo – realizuje się w życiu zawodowym i prywatnym, i ani myśli o zwolnieniu tempa, w którym żyje.

Marta Jarosz: Czy proktologia, jako dział medycyny, to wciąż temat tabu i, jak to się mówi, trudna działka?

Prof. dr hab. n. med. Małgorzata Kołodziejczak: Tak. Z kilku powodów. Choroby proktologiczne dotyczą sfery intymnej, pacjenci wstydzą się swoich dolegliwości, i często mija wiele miesięcy, zanim zgłoszą się do lekarza . Brakuje też chirurgów zajmujących się chorobami proktologicznymi. I wreszcie: z punktu widzenia Narodowego Funduszu Zdrowia proktologia jest mało istotna. Wyceny operacji proktologicznych – są zbyt niskie w stosunku do ich faktycznych kosztów. W Polsce nie istnieje ani jeden – podkreślam: ani jeden – szpitalny oddział proktologiczny z prawdziwego zdarzenia w publicznej jednostce. Chirurdzy specjalizujący się w koloproktologii najczęściej operują pacjentów na oddziałach chirurgii ogólnej. Pionierski w skali kraju pododdział proktologii w warszawskim szpitalu na Solcu – pracowałam tam łącznie 35 lat – zlikwidowano, bo procedury proktologiczne były nierentowne. Z moim zespołem przeniosłam się do Szpitala św. Elżbiety W Warszawie i tutaj stworzyliśmy Warszawski Ośrodek Proktologii. Wszyscy, którzy pracujemy w tej dziedzinie, robimy, co możemy, ale to nie wystarczy. Niewydolnego systemu nie da się naprawić wyłącznie oddolnymi inicjatywami i indywidualnymi działaniami.

Proktologia kojarzona jest powszechnie przede wszystkim z leczeniem hemoroidów. Czy to faktycznie najczęstszy problem, którego pomagają państwo pozbyć się chorym?

To tylko jedna z chorób proktologicznych. Ogólnie koloproktologia obejmuje zarówno leczenie choroby hemoroidalnej, szczelin, przetok odbytu, jak i operacje naprawcze mięśniami zwieraczy, wypadanie odbytnicy, a także często rozległe operacje koloproktologiczne wykonywane na jelicie grubym. Wiele z operacji, które robimy, to bardzo poważne, rozległe i wymagające wieloletniego doświadczenia zabiegi. Również w tym kontekście wyceny naszych procedur przez NFZ jawią się jako niedoszacowane. Po tylu latach pracy, które mam za sobą, nadal się uczę i wiem, ze każdy pacjent to zupełnie nowa historia.

Dlaczego NFZ tak nisko wycenia procedury proktologiczne? Czy pani profesor jako ekspert dostrzega jakieś racjonalne przyczyny tego stanu rzeczy?

Zupełnie nie. Wręcz przeciwnie. Uważam, że pacjent wymagający interwencji chirurgicznej np. z powodu przetoki odbytu niczym się nie różni choćby od pacjenta ortopedycznego ze złamaniem nogi. To, że wyceny tych procedur są skrajnie różnie, jest dla mnie niewytłumaczalne.

Który z problemów polskiej proktologii jest pani zdaniem najbardziej palący?

Moim osobistym celem w staraniach o zapewnienie pacjentom jak najlepszej opieki jest przekonanie przedstawicieli NFZ do refundacji zabiegów naprawczych okołoporodowych uszkodzeń zwieraczy odbytu u kobiet. O tym problemie prawie w ogóle się nie mówi, a kobiety, które dotyka, naprawdę cierpią i praktycznie nie mają gdzie szukać pomocy.

Co to konkretnie oznacza?

Jeśli pacjentka dotknięta tą przypadłością będzie miała szczęście z diagnostyką i rozpoznaniem problemu, trafi do mnie lub jednego z moich kolegów specjalistów w tej dziedzinie i zostanie zakwalifikowana do zabiegu operacyjnego, to ta procedura nie będzie mogła być przeprowadzona tak, jak powinna, bo w obowiązującym wykazie operacji stworzonym przez NFZ po prostu nie istnieje. Żeby pomóc pacjentce, trzeba naginać procedury. To nie powinno mieć miejsca.

Domyślam się, że pani profesor próbowała coś z tym zrobić…?

Tak. Działamy w tej sprawie. Na razie bezskutecznie. Bardzo pomaga mi Pani Anna Jasińska, wielki społecznik z Medycznej Racji Stanu. Jako Prezes Polskiego Klubu Koloproktologii – Towarzystwa Naukowego składałam dokumenty w tej sprawie do NFZ już trzykrotnie. Po raz ostatni w czerwcu 2023 roku. Odpowiedź dotarła do mnie w styczniu. Poinformowano mnie, że rozpocznie się procedowanie sprawy...

Jak to się stało, że tak mocno związała się pani profesor z tak niepopularnym obszarem medycyny? Kobieta – chirurg – proktolog – ten zestaw robi wrażenie…

Po studiach medycznych chciałam być chirurgiem. Szukając pracy po stażu, który odbyłam w Szpitalu na Szaserów w Warszawie, w 1982 roku, trafiłam do Szpitala na Solec i tam zostałam. Na 35 lat. Wówczas odmówiono mi pracy na chirurgii w innych szpitalach, ale nie żałuję. Mimo że nigdy nie pracowałam w szpitalu klinicznym, zdobywałam stopnie naukowe. To był bardzo trudne, ale nie niemożliwe. Miałam szczęście, bo pracowałam z wyjątkowymi ludźmi. Kiedy rozpoczynałam specjalizację na chirurgii, pracowałam pod okiem takich mistrzów jak docent Mieczysław Tylicki i doktor Maciej Grochowicz. Zdaniem Tylickiego w tamtym czasie były dwa najbardziej zaniedbane dziedziny w tym obszarze medycyny – chirurgia ręki i koloproktologia. Ostatecznie poświęciłam się koloproktologii. To był dobry wybór. Znalazłam swoją niszę i do dziś w niej rozwijam. Choć, przez cały czas, gdy byłam związana ze szpitalem na Solcu, pełniłam również dyżury na chirurgii ogólnej. Dopiero po odejściu ze szpitala na Solcu kilka lat temu na całkowicie poświęciłam się tylko zabiegom koloproktologicznym.

Zgadza się pani profesor ze stereotypem, że chirurgia to męska rzecz i świat, w którym kobietom trudno się odnaleźć, a jeszcze trudniej odnieść sukces?

Nie. Lata temu, kiedy wchodziłam do zawodu, kobiety w chirurgii faktycznie były rodzynkami, ale dziś już tak nie jest. Osobiście jestem zdania, że w tym kontekście, o którym rozmawiamy, ani umiejętności, ani sukces, nie są uzależnione od płci. I kobieta, i mężczyzna mogą być zarówno świetnymi, jaki bardzo przeciętnymi zabiegowcami. To zdecydowanie kwestia osobistych predyspozycji, a nie determinacji płciowej. Znam wiele kobiet i wielu mężczyzn, którzy są świetnymi chirurgami. Żeby tak się stało, i jedni i drudzy muszą bardzo ciężko pracować. Na pewno nikomu nie jest to ofiarowane przez los.

Tak widzi pani profesor również swoje życie, karierę – jako pasmo ciężkiej pracy?

Tak. Żeby być dobrym chirurgiem, trzeba bardzo dużo operować, wciąż się uczyć, być dyspozycyjnym. Z jednej strony praca zabiegowca jest przygodą — każdy dzień jest inny, ale z drugiej strony — to złodziej czasu. Doba staje się za krótka. Mam świadomość, że jestem pracoholikiem.

Czytaj więcej

Prof. Janina Stępińska o pracy na intensywnej terapii: W tym zawodzie trzeba lubić ludzi

W pozytywnym czy negatywnym tego słowa znaczeniu?

W takim, że praca mną kieruje. Nie jestem asertywna. Nie umiem i nie chcę odmawiać pomocy pacjentom, przez co mam bardzo mało wolnego czasu. I zawsze muszę działać według dużo wcześniej ustalonego planu. Każdego dnia wstaję o 5.15. Przed pracą, którą zaczynam o 7.00, mam chwilę na aktywność fizyczną. Najczęściej biegam albo ćwiczę. Sport zawsze był i jest ważny dla mnie i mojej rodziny. Bieganie pozwala przewietrzyć głowę. Jeszcze całkiem niedawno biegałam maratony. Brałam udział w większości tych organizowanych w europejskich stolicach. Teraz, od kilku lat, skróciłam dystans – wybierałam już raczej „połówki. A dosłownie chwilę temu, w jeden z majowych weekendów, wbiegłam z kolegą w niezłym czasie na Śnieżkę. Widok stamtąd, kiedy nikogo nie ma, o 7.00 rano… super!

Prof. dr hab. n. med. Małgorzata Kołodziejczak w górach.

Prof. dr hab. n. med. Małgorzata Kołodziejczak w górach.

Archiwum prywatne

Nie myśli pani profesor o tym, żeby może nieco zwolnić tempo, zredukować liczbę obowiązków, mieć czas na odpoczynek…?

Pójść na emeryturę, w odstawkę – tak?! (śmiech). Na razie nie. To system naczyń połączonych. Żeby operować, muszę najpierw przyjmować pacjentów w poradni. Jeśli ich konsultuję i kieruję na zabiegi, później muszę zoperować. Do tego dochodzą kontrole pozabiegowe, rehabilitacja. Nad tym wszystkim trzeba czuwać. No i jeszcze jedna ważna kwestia: żeby utrzymać sprawność operacyjną, nie można stawać przy stole raz na jakiś czas. Zresztą: ja to bardzo lubię.

Jak dużo pani profesor teraz operuje?

Kilkanaście zabiegów tygodniowo. Pozostają jeszcze przyjęcia w poradni, konsultacje, wykłady, szkolenia i inne działania.

Pamięta pani profesor najtrudniejszy zabieg, jaki wykonywała? Jeśli tak, co sprawiło, że tak pani o nim myśli?

W ogóle nie myślę w ten sposób o zabiegach. Do każdego trzeba się tak samo przygotować. Ważne jest, żeby w kontekście kwalifikacji do operacji myśleć nie tylko o pacjencie, ale także o samym sobie i o zapleczu medycznym dostępnym w danym ośrodku Zauważam, że dziś bagatelizuje się rolę odpraw i konsyliów. Dominującą rolę odgrywają wyniki badań. Pacjenta trzeba zobaczyć i osobiście zbadać, zanim się go zoperuje, porozmawiać z nim. Jeśli ma się jakiekolwiek wątpliwości co do wyboru metody działania – można problemy rozwiązywać zespołowo. To jest ogromna siła, która płynie z konsyliów. Z moim zespołem organizujemy je, aby omawiać przypadki trudnych pacjentów.

Problemy proktologiczne dotykają częściej kobiet czy mężczyzn?

To dość ogólne pytanie. Zależy od choroby proktologicznej. Np. nietrzymanie stolca częściej dotyka kobiet (co związane jest z porodami), a przetoki odbytu dwukrotnie częściej mężczyzn.

Jako kobieta proktolog inaczej podchodzi pani profesor do pacjentek, a inaczej do pacjentów?

Podchodzę indywidualnie do każdego pacjenta. Każdy pacjent, który trafi do gabinetu proktologa, bez względu na płeć, w pierwszym kontakcie czuje się skrępowany. Próbuję nawiązać z nim życzliwy kontakt i dopiero potem przystępuję do badania przedmiotowego.

Dla wielu ludzi ze środowiska lekarskiego jest pani profesor symbolem sukcesu. Sama siebie też pani tak postrzega?

Zawsze kiedy myślę o sukcesie, z tyłu głowy mam chińskie przysłowie, które mówi, że niedobrze jest czuć, że osiągnęło się jakiś szczyt, bo to oznacza, że pewnie wkrótce zacznie się z niego spadać. (śmiech) W kontekście zawodowym na pewno jakiś sukces odniosłam. Choćby to, że zdobywałam stopnie naukowe, mimo że nigdy nie pracowałam w szpitalu klinicznym. Kierowałam dobrze działającym pododdziałem proktologii na Solcu W tamtych warunkach, mając 21 łóżek, wykonywaliśmy kilkaset operacji w skali roku. Po rozstaniu z tamtą placówką większość zespołu podążyła za mną i teraz nadał razem pracujemy, ale też zespół poszerzył się o młodych, „zapalonych do pracy lekarzy, z czego się bardzo cieszę. Na pewno jest sukcesem, w który dotąd trudno mi uwierzyć, jest to, ze udało mi się stworzyć kolejny, rozpoznawalny w kraju, wiodący ośrodek proktologiczny. Cieszę się też z tego, że w tym roku udało nam się doprowadzić do tego, że do programu studiów na kierunku lekarskim w ramach chirurgii na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym zostanie włączona proktologia. Dużo publikuję, szkolę. W ramach Polskiego Klubu Koloproktologii wraz z moimi koleżankami i kolegami prowadzę rozległą działalność dydaktyczną. To wszystko mi się udaje. 

A „projekt: życie osobiste”…?

Mam szczęście: tu też jestem spełniona. Mam wspaniałego męża, bez którego nie byłabym w stanie rozwijać się całe życie tak, jak to robiłam. Mamy dwóch świetnych synów Marcina i Maćka . Obaj pracują w branży sportowej. O dziwo, bardzo lubię swoje synowe!!!. Mam czworo wnucząt! Nie do końca wiem, jak to się stało, ale udało im się dobrze wychować chłopaków. (śmiech)

Gdyby mogła pani profesor układać życie jeszcze raz, poszłaby tą samą drogą?

Nie wiem, czy zostałabym lekarzem…

Jak to?! Jeśli nie lekarzem, to kim?

Nie wiem, ale to jest bardzo ciężka praca. Złodziej czasu. Nie da się być chirurgiem bez ponoszenia żadnych kosztów.

Czytaj więcej

Dr n. med. Justyna Dąbrowska-Bień: Mężczyźni nie chcą przekazywać swojej wiedzy kobietom chirurgom

Jakie to były koszty w pani przypadku?

Zawsze mało czasu dla rodziny i brak możliwości spontanicznego działania. No i jeszcze to, że musiałam zrezygnować z muzyki, a ona wciąż siedzi w mojej głowie.

Grała pani profesor na czymś?

Grałam na gitarze. Śpiewałam Uwielbiałam to. W pewnym momencie trzeba było jednak się rozstać z tym hobby.

A ma pani profesor jeszcze jakieś inne?

Sport, o którym już mówiłam. W czasie wakacji dużo czytam. Piszę! Wprawdzie książki naukowe, ale uważam to za hobby. Tak jak spędzanie czasu z wnukami. Odkąd je mam, staram się poświęcać im jak najwięcej czasu.

Co pani profesor sądzi o modnym ostatnio work-life balance?

W moim przypadku to już niemożliwe. Zresztą uważam, że w ogóle niemożliwe, jeśli chce się być dobrym lekarzem, a chirurgiem szczególnie.

Bliscy pani profesor nie mają albo nie mieli tego za złe?

Nie (albo o tym nie mówią). Bo gdy już miałam wolne, to byłam z nimi na 100 procent. Kiedy dzieci były małe, bardzo dbaliśmy z mężem o to, żeby atrakcyjnie zorganizować czas, który razem spędzaliśmy. Były namioty, góry, wyjazdy, dużo sportu. Jak to się teraz mówi: jakościowe, a nie ilościowe bycie razem.

Najważniejsze marzenie zawodowe i osobiste?

O zawodowym już powiedziałam: doprowadzić do szczęśliwego finału wspomniane negocjacje z NFZ, a później może stworzyć wieloprofilowy szpital proktologiczny – taki jak placówka św. Marka w Londynie. Z piętrem publicznym i komercyjnym, poradnią, oddziałem rehabilitacyjnym. To byłoby piękne! A osobiste…? Ja naprawdę nie narzekam, mam najważniejsze : wspaniałą rodzinę, przyjaciół, , No, może mogłabym chcieć dom w Karkonoszach – kocham tamte rejony – ale bez tego też dam radę. A czego mi brakuje? Chyba jak większości z nas… czasu.

Prof. dr hab. n. med. Małgorzata Kołodziejczak – pionierka proktologii w Polsce. Szukając jej nazwiska w internecie, w pierwszej kolejności trafia się na komentarze wdzięcznych pacjentów. W ponad 40-letniej karierze chirurga pomogła kilkudziesięciu tysiącom pacjentom – w większości takim, którzy nie znaleźli rozwiązania swoich problemów – wyjątkowo intymnych i trudnych do leczenia – nigdzie indziej. Za półtora roku kończy się jej II kadencja Prezesa Polskiego Klubu Koloproktologii – Towarzystwa Naukowego. Była pierwszą kobietą w historii, która piastowała to stanowisko. Zanim zakończy swoje urzędowanie na tym stanowisku, chce osiągnąć jeszcze jeden bardzo ważny cel: przekonać NFZ do refundacji zabiegów naprawczych okołoporodowych uszkodzeń zwieraczy odbytu u kobiet i podniesienia wycen procedur proktologicznych. To nie jest łatwe zadanie, ale Pani Profesor nie zamierza się poddać. Pomaga jej w tym natura długodystansowca, dzięki której wyjątkowo sprawnie – ale, jak zaznacza, nie bez kosztowo – realizuje się w życiu zawodowym i prywatnym, i ani myśli o zwolnieniu tempa, w którym żyje.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Wywiad
Aktorka Zofia Jastrzębska o pracy i życiu osobistym: Autentyczność jest wolnością
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Wywiad
Luna: Nie czuję, że na Eurowizji poniosłam porażkę
Wywiad
Małgorzata Foremniak: Nie warto poświęcić siebie dla drugiego człowieka
Wywiad
Pisarka Małgorzata Oliwia Sobczak stworzyła "Kolory zła: Czerwień". Mówi, że to terapia
Wywiad
Reżyserka Maja Kleczewska: Warszawa nie potrzebuje "Wesela"