Małgorzata Foremniak: Nie warto poświęcić siebie dla drugiego człowieka

- Wszystko to, co wyniosłam z domu, było dla mnie życiowym drogowskazem, trzymało mnie w pionie podczas życiowych zawirowań, ale to wrażliwość była moją prawdziwa barką: w nią uciekałam i w niej się chowałam - mówi Małgorzata Foremniak.

Publikacja: 30.06.2024 11:43

Małgorzata Foremniak: Powiedzieć, że zawsze siebie rozumiem, byłoby sporym nadużyciem. Trochę foreme

Małgorzata Foremniak: Powiedzieć, że zawsze siebie rozumiem, byłoby sporym nadużyciem. Trochę foremek jest w „Foremce”.

Foto: FOTON/PAP

Mówi pani „Mój największy sukces to, że jestem prawdziwa”. Jaka jest cena tej prawdy?

Małgorzata Foremniak: Dla mnie miarą sukcesu jest praca nad sobą i - ze sobą. Prawda dyscyplinuje rozum i leczy serce. Wszystkie te profity, które postrzegamy jako wyznaczniki powodzenia, są jedynie dodatkiem, wypadkową części dokładanej do życia. Na poczucie harmonii trzeba zapracować. (uśmiech)

Każdy etap życia jest jak transformacja. Pani mierzy czas fraktalami…

Usłyszałam kiedyś to słowo, zainteresowało mnie jego znaczenie. Fraktal to coś, co nie ma określonej formy. Trudno go zobaczyć, ale w powiększeniu każdy jego fragment wygląda jak całość. Fraktale możemy dowolnie powiększać i nadal widzimy tę samą powtarzającą się strukturę. Stosując metaforę: całe nasze życie jest takim fraktalem. Świat, każda część życia, wszystko jest z nich złożone. Fraktal rozrasta się, dochodzi do potencjalnej formy i pękając na części, tworzy kolejne. To uczy, a właściwie uczula na to, o czym wszyscy wiemy: że podstawią życia jest wymiana energii, ruch. Gdy czuję, że dany fraktal mojego życia dobiegł końca, wiem, że nadchodzi następny i potrzebna jest decyzja; jedyną stałą w życiu jest przecież zmiana. Nie warto i nie trzeba się tego bać. 

Tak mówi pani dziś. Życie jednak pani nie rozpieszczało. Kiedy po „Banku nie z tej ziemi”, serialu „Radio Romans”, jak petarda nastąpił „boom” przyszedł wielki sukces. Czy inaczej patrzy pani na tamten czas dzisiejszymi oczami?

Ani teraz ani wtedy nie myślałam o tym wszystkim w kategorii sukcesu. Tamten czas kojarzy mi się dziś z oknem wirującej pralki: to był istny rollercoaster. Macierzyństwo, praca, zawodowe i życiowe wybory. Odpowiedź na to pytanie najchętniej zamknęłabym w obrazie wirującej pralki - i to przy obrotach 1600!

Jadąc tym rollercoasterem, widząc nieraz anielskie widoki, utrzymując diabelne tempo – czy spotkała pani na tej trasie pułapki, które czegoś nauczyły?

Pułapki to prezenty od losu. Wszystkie decyzje, relacje: zawodowe czy prywatne, nastąpiły dlatego, że miały nastąpić. Gdy oceniamy je po czasie robimy, to z perspektywy dzisiejszego siebie, który ma już inną wiedzę, inne spojrzenie. Poza tym zauważyłam, że gdy przekracza się pewną „linię demarkacyjną” pod tytułem „50”, zmienia się emocjonalna chemia mózgu: dzieje się coś, co sprawia, że wiemy już co jest ważne, czego chcemy i co równie ważne – czego nie chcemy. Przychodzi dystans. Spokój. Mam dziś 57 lat. Jestem świadoma siebie i czerpię z tego radość. Ale – na ten czas po 50 warto wcześniej sobie zapracować. Zabezpieczyć przyszłość - i nie mam tu na myśli jedynie sfery materialnej a raczej to, by stworzyć sobie w głowie taki „pokoik”: miejsce, w którym jest nam wygodnie i bezpiecznie. 

Pani potrafiła „zaopiekować” się i sobą i innymi: jeszcze w szkole teatralnej dzielenie się otrębami zalewanymi wrzątkiem by nie czuć zimna i mieć coś w żołądku – to wszystko znikało w adrenalinie przygotowań do pierwszych ról; to był prawdziwy pokarm. Czy to uczucie „głodu” doznań udało się pani zachować?

Gdy jest się w pasji, jest się poza światem. Tak wówczas odczuwałam swoje przygotowania do zawodu. Aktorsko pracujemy na swojej wrażliwości, na emocjach, które są jak bateria – wyczerpywalne. A ja „będąc młodą aktorką”, miałam wielki głód zawodowych wyzwań. Po latach przyszedł moment nie tyle wypalenia co przepalenia emocjonalnego. Teraz chciałabym robić rzeczy dające mi przyjemność pracy nad tematem oraz jakości obcowania z ludźmi, z którymi mentalnie jest mi po drodze. Ten zawód jest zawodem w większości niewdzięcznym i bardzo trudnym. Tak, są zrywy i uniesienia ale potem to jest praca, praca, praca. I szufladki oceniania. Poza tym, często ten zawód polega na czekaniu. A to czekanie jest zabójcze. Garstka aktorów ma to szczęście, że „koło fortuny” się kręci. 

Czytaj więcej

Reżyserka Maja Kleczewska: Warszawa nie potrzebuje "Wesela"

Często obsadzano Panią „po warunkach”. Trudno mi wyobrazić sobie, że dobry reżyser myśli schematami, że ma trudność w odszukaniu diabelskiego pazura pod płaszczykiem „urody anioła”…

Coś w tym jest: niejednokrotnie ktoś „charakterystyczny”, często ma więcej interesujących propozycji zawodowych niż ktoś obdarzony „walorem urody”. Ale zdarzają się też sytuacje odwrotne jak przy filmie „Avalon”, gdy reżyserowi Oshii Mamoru trudno było pojąć, że „symbol dobroci i królowa ludzkich serc” może mieć „czarną duszę”. Moje czarne włosy nie miały z tym nic wspólnego, on po prostu „zobaczył” mnie inaczej, odczytał właściwie i dał mocną szansę na to, by pokazać, że warto mieć odwagę by zobaczyć kogoś inaczej.

Zobaczyć panią inaczej można też w filmie „Sonata”. Zresztą już sama ta historia rzekomo autystycznego Grzesia to dowód na to, że wnikliwość spojrzenia jest bardzo istotna.

Rola mamy Grzesia Małgorzaty Płonki, to właśnie był ten „przepływ elektryczny”; ten rodzaj relacji z postacią, w której chce się z nią zaprzyjaźnić, wręcz przytulić do serca. Koniec zdjęć był dla mnie jak rozstanie z przyjacielem: nagle ktoś bliski rozpływa się w bezkresie. Ten bliski, emocjonalny stosunek do roli to moja „pamięć żywa”. Noszę ją w sobie, pielęgnuję. I pozostaję w kontakcie z prawdziwą Małgorzatą Płonką, od której podczas przygotowań do tej roli wiele się nauczyłam.

Czy myśląc o danej roli, często sięga pani do swojej „pamięci żywej”?

Podobnie jak do sztuki, która wnosi bardzo wiele do interpretacji roli. Słowo, obraz, muzyka są jak magiczna mozaika. Sztuką może być zresztą wszystko, co ze mną rezonuje. Myśląc o roli, jak ją stworzyć, pytam siebie: co jest „śrutem” mojej postaci? Szukam punktu zaczepienia, od którego mogę zacząć cały proces budowania jej psychologii. Ważne też, by widzieć i doświadczać jak najwięcej, podglądać rzeczywistość, być czujnym na detale. Podniesienie brwi, czyjeś okamgnienie, grymas, półuśmiech – tak wiele elementów może tworzyć „punkt – zapalnik”, zaczyn. Czasem jednak dodatkowo, nieoczekiwanie pojawia się coś „spoza nas”: jakiś impuls pamięci, który staje się inspiracją dla całości postaci.

W serialu „Krew” grała Pani Marię - kobietę chorą na stwardnienie rozsiane, której życie – i ona sama — rozpada się komórka po komórce… gdzie szukała pani „śrutu” tej postaci?

To było bardzo trudne. Maria traci przecież komunikację ze swoim ciałem, podczas gdy jej mózg pozostaje tak bardzo świadomy, żywy. W pewnej chwili moja bohaterka decyduje, że zaprzestaje dalszej walki. Podejmuje decyzje, że chce odejść.

W pracy aktorskiej nad budowaniem tej postaci zapytałam siebie: co ta kobieta może czuć, gdzie szukać punktu, od którego mogłabym zacząć. Sama przecież nie mam takich doświadczeń, by „wiedzieć” jak to jest gdy ktoś podejmuje decyzję o pogodzeniu z procesem rozstawania z życiem. Co to może dla niej znaczyć, co dzieje się w jej środku, jak znaleźć pole do przetworzenia w sobie takich myśli.

I wówczas impuls. Przypomniał mi się obraz Egona Schiele, który zobaczyłam po raz pierwszy w Wiedniu, a który wywarł na mnie magnetyzujące wrażenie. Na jednym z autoportretów widnieje białe płótno, z którego tła „wychodzi” zarys szczęki, oko, fragment ucha, włosów. Odnosi się wrażenie, że te naniesione na płótno części twarzy są trójwymiarowe: tam już jest człowiek. Jednak zaledwie parę milimetrów dalej, pozostałe tło jest jedynie białą płaską bielą, z której jeszcze nic nie wynika. Nic tam nie ma. Nic się jeszcze stamtąd jeszcze nie wydostało…

Przygotowując się do roli Marii, cały czas miałam to przed oczami i „odwróciłam” ten obraz.

Poczułam „organicznie”, że tak jak człowiek pojawia się z bieli, niebytu, tak też w niej zanika. W ten sposób Maria powraca w filmie z siebie - do swojej nicości.

Jak ważne jest dla pani by czuć rolę „organicznie”?

To jest najważniejsze. Aktor to tragarz emocji. Gdy podczas podejścia do roli pojawia się coś, co powoduje, że otwiera się „przepływ elektryczny”, wtedy aktor zaczyna BYĆ, staje się postacią. Jest czystą prawdą - w każdym detalu, każdym geście, w każdym ruchu. Stosując głęboką metaforę: wchodzi w strumień świadomości tak, jakby inna postać kierowała jego ciałem a on tylko dawał jej siebie jak kostium, ubranie, powłokę.

Jeszcze wyższym stadium jest wejście w rolę analitycznie, tak jak potrafi to Anthony Hopkins; rozkłada swoją postać na czynniki pierwsze by następnie ją złożyć i się nią stać. Mistrzowska mieszanka: organiczny analityk postaci.

Małgorzata Domagalik określiła Panią jako "kruchość wagi ciężkiej". Jaka siła chroni tę kruchość ?

(milczenie) … Szukam odpowiedzi na to pytanie. To kontrastowe połączenie, pozornie pozostające w sprzeczności, jest moją naturą. Nie mam jednak żadnej metody ochrony; ten balast bezpieczeństwa tworzy się we mnie na bieżąco, intuicyjnie. Nie zawsze było łatwo. Odebrałam twarde wychowanie. Na wszystko co mam w życiu, musiałam zapracować. Dom rodzinny dał mi „drabinę”: dyscyplina, uczciwość, pracowitość szacunek, wdzięczność. Wszystkie te „szczeble” wyniesione z domu były nieraz życiowymi drogowskazami, trzymały mnie w pionie podczas życiowych zawirowań, ale to wrażliwość była moją prawdziwa barką: w nią uciekałam i w niej się chowałam.

Kiedy w moim życiu zaczęły się schody, na jego różnych etapach sięgałam po kolejne „szczeble” tej drabiny wartości wyniesionych z domu. Nigdy jednak nie rezygnowałam ze swojej wewnętrznej prawdy, choć przynosiło to różne skutki; ale wszystko to było nauką, doświadczeniem i chcę wierzyć, że działo się po coś, działo się dla mnie.

Dziś myślę, że wrażliwość jest dana „odgórnie”, a siła idzie od środka. Nie przychodzimy na ten świat jako biała kartka; raczej jak cebula: poznajemy i zrywamy z siebie kolejne warstwy. Warto je zdejmować by lżej i swobodniej oddychać.

Czytaj więcej

Alina Mleczko: Rynek muzyczny zdominowany jest przez mężczyzn. Jeśli przez chwilę się zawaham, zginę jako artystka

To niełatwe w czasach, w których wciąż tkwimy w „trendzie” dążenia do perfekcji. Ale czym tak naprawdę ona jest?

Perfekcją jest to, że coś już istnieje w swojej naturalnej konstrukcji. A jakie jest - to już ocena. Mędrcy zwykli mawiać: „Popełniłeś błąd? To teraz zrób tak: przyjmij, że to już było i zacznij od początku. Tak będziesz miał całe życie więc przyzwyczajaj się do tego”. Każde wypowiedziane słowo, każde zdarzenie jest neutralne — to my nadajemy temu znaczenie. W Japonii istnieje kintsugi — piękny sposób na naukę, która jest sztuką, terapią: tłucze się coś kruchego i zamiast spajać, sklejać ten przedmiot na poprzedni jego obraz – dodaje się coś innego, by stworzyć coś nowego. Gdyby przenieść to na życie: jak się coś stłucze, nie chodzi o to by posklejać i ułożyć to samo. Układając puzzle, dążymy do perfekcyjnego złożenia całości obrazu. Tymczasem perfekcją może być sam system łączący poszczególne spoiwa. Jest jak „droga do”. I dla mnie to właśnie jest perfekcja.

„Wielki Bóg małych rzeczy” – jak ważne są dla pani małe szczęścia?

Cieszę się bardzo, że nie zatarła się we mnie umiejętność zachwytu. Nasze zmysły są tylko narzędziami, ważne, by mieć taki „palec Boży”, który naciśnie odpowiedni guzik „stopklatki”. Widzę, jak pada światło na szklankę wody, która stoi przede mną, widzę pęcherzyki powietrza, wyglądają jak małe planety. Można się tym widokiem zachwycić. Sam fakt, że człowiek oddycha jest szczęściem. Takie myśli są dla mnie źródłem, które mnie karmi, napędza. Dziś też wiem, że żeby poczuć obfitość, nie trzeba jej mieć, wystarczy potrafić odczuwać. 

Staram się zauważać szczegóły, drobinki piękna. I traktować każdy nowy dzień jak początek nowego życia. Wierzę w to, że energia podąża za myślą, że jest coś, co przychodzi „spoza nas”, co omija umysł ale go używa. Siła odśrodkowa jest w nas.

Czym jest dziś dla pani miłość?

Miłość zawiera dla mnie trzy słowa, wszystkie na „M”: Matka, matecznik, matryca. Przestrzeń, w której jest absolutna akceptacja tego kim się jest. Bez określania i oceniania. To też nauka, jak tego doświadczać i jak do tego wracać, gdy życie wyrzuca nas z toru. Najtrudniejszą drogą, trwającą całe życie jest ta, by mieć komunikację ze sobą. Zaproponować sobie przyjaźń, akceptację, wsparcie, tolerancję; być świadomą i pełnoprawną sumą wszystkich swoich częstotliwości. Potrafić współodczuwać siebie.

Czego nie warto poświęcić dla drugiego człowieka?

Siebie. Myślę, że tak jak świat zewnętrzny, tak i drugi człowiek jest naszym odbiciem. Czasem wydaje się nam, że jesteśmy inni od tych, którzy nas ranią. A tak naprawdę jest to tylko nasze odbicie czegoś co niewidzialne, manifestuje się tym, co nas spotyka na zewnątrz. Nieraz też wydaje nam się, że ktoś robi coś nie tak, że jest wobec nas nie do końca takim, jakim go widzimy. I w tym tkwi pułapka. Bo to my go takim widzimy. Nasza projekcja jest manifestacją naszych oczekiwań. Zamiast „naprawiać” to domino, warto wtedy zejść ze swojego ego.

Czasem gdy Wszechświat ma dla nas prezent, często opakowuje go w „problem”. Nieraz dostajemy diament w papierze ściernym. Czy były w pani życiu takie chwile?

Wiele razy siebie o to pytałam: dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało? I przyszłość pokazywała mi to moje „dlaczego”… Przeszkoda jest formą życia. Dziękuję”, „przepraszam” – często wypowiadam te słowa głośno, wobec zdarzeń, które następują, z pokorą wobec czegoś większego, jakkolwiek to „coś” nazwiemy. Bardzo brakuje mi mądrości starszyzny, ludzi o mądrych i głębokich oczach, które tyle wiedzą, bo tyle widziały. Świata, w którym pokarmem nie jest to co jemy ale to, co czujemy.

Dziś chcemy szybko zjeść kupiony w pośpiechu chleb zamiast nacieszyć się tym, że pozwoliliśmy mu na naszych oczach dojrzeć, wyrosnąć. Wtedy zapach i smak czuje się inaczej. Doświadczenie musi przejść przez czas.

Jedna z pani bohaterek, Joanna („Sexify”), uczyła w Akademii Uważności – by kobieta potrafiła traktować siebie jak mapę, nie tylko ciała ale przede wszystkim potrzeb, emocji. Czy czuła się pani kiedykolwiek z samą sobą jak terra incognita, ziemia nieznana?

Powiedzieć, że zawsze siebie rozumiem, byłoby sporym nadużyciem. Trochę foremek jest w „Foremce” (uśmiech). Często zdarza mi się pozostawać w kontrze ze sobą: z jednej strony jestem dla siebie wymagająca, z drugiej – wyrozumiała. Moje życie to czasem karuzela emocji. Nieobce też mi były stany ”embrionalne”. Potrzeba zwinięcia się w kulkę, to danie sobie pozwolenia na bezsilność, smutek, żal czy rozpacz. Nie trzeba uciekać od emocji. Trzeba w nie wejść, napełnić uczuciami do końca, aż pękną. jak te fraktale. I wtedy przychodzi spokój. Ciało choruje tam, gdzie nie ma przepływu energii. Najprostsze prawdy są czasem najtrudniejsze do odnalezienia. Powiedzenie sobie, że jestem aż/tylko człowiekiem znaczy bardzo wiele. Mam prawo do błędów i je popełniam. Mam prawo do przestrzeni, by sobie wybaczać…

Muszę o to zapytać, pamiętając opinię jednego z widzów programu z pani udziałem: jak to jest być „odklejoną od banału”?

To „odklejenie” oznacza dla mnie absolutną wolność bycia sobą. Mam swój wewnętrzny świat. Pielęgnuję go i chronię. Lubię w nim przebywać, lubię się w nim zawieszać i lubię się nim dzielić z innymi. Trafione w punkt! Podoba mi się to określenie. Uznaję to za komplement i tak napiszę sobie na nagrobku. (śmiech)

Mówi pani „Mój największy sukces to, że jestem prawdziwa”. Jaka jest cena tej prawdy?

Małgorzata Foremniak: Dla mnie miarą sukcesu jest praca nad sobą i - ze sobą. Prawda dyscyplinuje rozum i leczy serce. Wszystkie te profity, które postrzegamy jako wyznaczniki powodzenia, są jedynie dodatkiem, wypadkową części dokładanej do życia. Na poczucie harmonii trzeba zapracować. (uśmiech)

Pozostało 98% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Wywiad
Aktorka Zofia Jastrzębska o pracy i życiu osobistym: Autentyczność jest wolnością
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Wywiad
Luna: Nie czuję, że na Eurowizji poniosłam porażkę
Wywiad
Pisarka Małgorzata Oliwia Sobczak stworzyła "Kolory zła: Czerwień". Mówi, że to terapia
Wywiad
Reżyserka Maja Kleczewska: Warszawa nie potrzebuje "Wesela"
Wywiad
Polka w Monako Dominika Eisenberg: Niedziela jest dniem na rozmawianie o wszystkim, tylko nie o pracy