Pani pierwszą misją było Kosowo. Miała pani wtedy 26 lat, jak to doświadczenie wpłynęło na panią jako człowieka i żołnierza?
Ppłk dr Katarzyna Rzadkowska: Po studiach trafiłam do Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach. Zajmowałam się współpracą cywilno-wojskową (CIMIC). Na pierwszej misji w Kosowie każdy zespół odpowiadał za swoją gminę i musiał wiedzieć o wszystkim, co się w niej dzieje, od lokalnych świąt po protesty. Współpracowaliśmy z lokalnymi władzami, strażą pożarną, szkołami i ośrodkami kultury, dbając o dobre relacje ze społecznością. Zadaniem CIMIC jest zdobywanie „serc i umysłów” lokalnej społeczności, aby była ona przychylna wojsku. Wcześniej przygotowaliśmy się do takich działań, jednak zawsze bazowaliśmy na scenariuszu i wiedzieliśmy, że to są ćwiczenia.
A na misji było już prawdziwe życie.
Tak. Wiedzę zdobytą na początku służby mogliśmy wreszcie wykorzystać w praktyce i to była największa wartość. Ważnym elementem była też współpraca międzynarodowa, która rozwija i buduje kompetencje żołnierzy. W Kosowie były ślady polskiej pomocy, tabliczki informujące o działaniach Polskiego Czerwonego Krzyża oraz życzliwe opinie o polskich żołnierzach. Dzięki wcześniejszym misjom mieliśmy tam już zbudowaną markę polskiego żołnierza.
Te doświadczenia budują świadomość tego, co dzieje się na świecie. Gdy słyszę, że Polska jest niebezpiecznym krajem, myślę, że mówi to ktoś, kto niewiele widział. Nie ma tu miejsc, w których bałabym się chodzić sama jako kobieta. Im więcej wyjeżdżałam, tym bardziej doceniałam kraj, w którym żyję.
Czy kobiety dziś mają realnie równe szanse udziału w misjach?
Udział kobiet na misjach odzwierciedla ich liczbę w wojsku. Gdy wyjeżdżałam po raz pierwszy, stanowiły około 7-8 proc. i podobnie było na misji. Szanse wyjazdu są raczej równe dla wszystkich, a o przydziale decyduje przede wszystkim specjalizacja i potrzeby na danym stanowisku.
Po Kosowie przyszły kolejne misje, m.in. w Libanie. Wtedy wprowadzono wymaganie, żeby 50 proc. zespołu stanowiły kobiety…
To było wymaganie tylko mojego czteroosobowego zespołu doradców.
Czytaj więcej
Pełna akceptacja tego, że kobiety pojawiły się w armii, wymagała czasu, a tak w ogóle to kobiety też powinny zaakceptować to, że nie do wszystkiego...
Czy uważa pani, że na wszystkich misjach powinny zostać wprowadzone parytety?
To zależy od charakteru misji i kraju. W niektórych krajach, np. muzułmańskich, kobiety są niezbędne, choćby do przeszukiwania cywilów. Podczas misji obserwacyjnych, zwłaszcza tam, gdzie dochodzi do przemocy seksualnej, ich rola jest jeszcze ważniejsza. Ofiary często nie ufają mężczyznom w mundurach, kojarząc ich z traumą, dlatego łatwiej nawiązują kontakt z kobietami. Z tego powodu ONZ zachęca kobiety do większego udziału w takich operacjach. Nie jestem zwolenniczką parytetów na siłę, ale zgadzam się, że w niektórych miejscach i sytuacjach kobiety powinny być w zespołach.
Czy po powrocie z misji miała pani poczucie, że społeczeństwo rozumie, kim jest weteran?
Nie do końca. W moim najbliższym otoczeniu świadomość była duża, ale w dalszym już nie. Myślę, że od czasu mojej pierwszej misji ta świadomość zmieniła się już na lepszą. W związku z sytuacją za naszą wschodnią granicą ludzie zmienili swoje postrzeganie i zauważyli, że mamy jednak dużo doświadczeń, właśnie z misji. Polska uczestniczy w misjach od 1953 r., to jest ponad 70 lat doświadczenia. Świadomość zwiększają też działania edukacyjne prowadzone przez Centrum Weterana, choć nadal nie jest ona na satysfakcjonującym poziomie.
Czy pani zdaniem weterani współczesnych misji są wystarczająco widoczni w przestrzeni publicznej?
Myślę, że nie, ale działamy, aby to zmienić. Wspólnie z Ministrem Obrony Narodowej i Dyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego skierowaliśmy list do wszystkich gmin w Polsce, zachęcając do zapraszania weteranów na lokalne wydarzenia. Często sąsiedzi nie mają pojęcia, że tuż obok mieszka osoba z ogromnym doświadczeniem międzynarodowym, ktoś, kto dużo poświęcił, byśmy mogli czuć się bezpieczni.
Rola weteranów w przestrzeni publicznej często kończy się na uczestniczeniu w oficjalnych świętach. Czy uważa pani, że Polska powinna pójść o krok dalej i wzorem USA budować głębszą, codzienną kulturę szacunku dla weteranów?
Porównanie do USA jest trudne. Tam weteranem jest każdy, kto służył w wojsku, a nie tak jak w Polsce osoba, która brała udział w misjach poza granicami państwa. Funkcjonuje też znacznie więcej organizacji pozarządowych wspierających wojsko i weteranów. W Polsce jest ich kilkadziesiąt. Można też spojrzeć na statystyki w USA, np. dotyczące bezdomności czy samobójstw wśród weteranów. Pookazują one skalę problemów osób zostawionych bez opieki. Polska wyróżnia się kompleksowym podejściem i ustawą o weteranach. Najbardziej cieszy mnie to, że żołnierze, którzy doznali największych uszczerbków na misjach, są mają odpowiednią opiekę. System rozróżnia weteranów poszkodowanych, którzy mają uszczerbek do i powyżej 30 proc. sprawności. Ci powyżej tego progu mają pełną opiekę medyczną i leki także na schorzenia niezwiązane ze służbą, a poniżej 30 proc. w zakresie związanym z misją. Ponadto w ubiegłym roku Minister Obrony Narodowej wprowadził jednorazową rekompensatę dla weteranów poszkodowanych od 1 proc. uszczerbku. Dlatego jeżeli porównamy się do Europy, to wypadamy naprawdę dobrze.
Wciąż jednak rozwijamy kulturę codziennej wdzięczności i wsparcia dla weteranów. To proces pokoleniowy, który powoli się zmienia, m.in. dzięki inicjatywom takim jak organizacja obchodów Dnia Weterana, Dnia Pamięci, Rajdu Motocyklowego Weteranów, Rajdu Rowerowego Weteranów, projekt „Pamięć Orderu” i inicjatywom wspierającym, takim jak „Misja Zdrowie”, „Projekt Wojownik” czy „Wyzwanie Weterana”. Ich ideą jest wzmacnianie i integracja środowiska, a także wprowadzenie w społeczeństwie słów: „dziękuję za twoją służbę”.
A brakuje tych słów?
Tak. W zeszłym roku podczas Dnia Flagi weterani wnieśli flagę na Stadion Narodowy, otwierając mecz finału Pucharu Polski w piłce nożnej, zostali przedstawieni i podziękowano im za służbę. Praktycznie codziennie do Centrum Weterana przychodzą grupy, by zobaczyć Salę Tradycji czy Skwer Pamięci i poznać historię polskiego zaangażowania w misje. To także miejsce oddawania hołdu tym, którzy nie wrócili ze służby, 123 żołnierzom i jednemu pracownikowi wojska.
Czytaj więcej
Wnioski z raportu ONZ „Towards Equal Opportunity for Women in Defence”: powolny, lecz stały marsz ku równości w armiach świata. Wciąż istnieje wiel...
Czy pani zdaniem obecny system wsparcia weteranów odpowiada na ich wszystkie potrzeby?
Chyba nie ma systemu w Polsce ani na świecie, który odpowiadałby na wszystkie potrzeby. Oczywiście mechanizmy wsparcia funkcjonują, jednak nie pozwalają one na skuteczne działanie bez zgody i zaangażowania osoby potrzebującej. Pierwszym i niezbędnym krokiem jest jej decyzja o skorzystaniu z pomocy prawnej lub psychologicznej.
Czy w wojsku nadal są opory przed sięgnięciem po pomoc psychologiczną?
Są, ale docieramy do weteranów w całej Polsce i przekazujemy im wiedzę o dostępnym wsparciu. Organizujemy warsztaty, np. wielkanocne zajęcia arteterapii, które sprzyjają wyciszeniu i rozmowie z innymi oraz z naszym psychologiem. Takie spotkania pomagają też dotrzeć do osób, które nadal potrzebują pomocy. W ciągu roku mamy ponad 4000 kontaktów, od prostych zapytań po bardziej złożone sprawy wymagające wsparcia psychologicznego i prawnego. Nikogo nie zostawiamy bez odpowiedzi.
Z czego wynikają opory przed zgłoszeniem się do państwa, czy ogólniej mówiąc, po pomoc?
Myślę, że temat zdrowia psychicznego wciąż jest obciążony pewnym tabu, ale coraz częściej żołnierze sięgają po pomoc dzięki rekomendacjom innych. Dużo osób uważa, że nie potrzebuje pomocy, albo ma uprzedzenia do psychologów, bo może za pierwszym razem nie trafiły na odpowiednią osobę. To opory natury ludzkiej, niezależne od zawodu.
Dodatkowo został uruchomiony Wojskowy Telefon Wsparcia Psychologicznego. W każdej jednostce wojskowej dostępny jest psycholog, a jeśli ktoś nie chce z niego skorzystać, zawsze może zwrócić się do nas. Oprócz tego mamy też Centrum Leczenia Weterana przy Wojskowym Instytucie Medycznym.
Czy widzi pani na świecie system wsparcia dla weteranów, z którego Polska mogłaby czerpać inspiracje?
Myślę, że kluczowe byłoby stworzenie ujednoliconego systemu. Można mieć wiele pomysłów i projektów, ale często rozbijają się one o kwestie systemowe, np. finansowanie. Warto też podkreślić, że Centrum Weterana jest instytucją konsultacyjno-informacyjną, a nie pomocową, jak niektórzy myślą. Te fukcje w dużej mierze pełnią stowarzyszenia i fundacje, które mogą ubiegać się o dotacje z Ministerstwa Obrony Narodowej i organizują np. wyjazdy. Osoby poszkodowane mają zapewnioną bardzo dobrą opiekę, np. ostatnio zrobiliśmy protezy naszemu weteranowi za prawie milion złotych, za które zapłaciło MON.
Jeśli chodzi o rozwiązania zagraniczne, podobnie system funkcjonuje w Niderlandach. Tam instytut weterana jest odrębnym bytem od Ministerstwa Obrony Narodowej, choć przez nie finansowany. Dodatkowo w samym ministerstwie działa osobna komórka ds. weteranów.
Czy to jest lepsze rozwiązanie, czy po prostu inne?
Jest inne, ale na pewno mają więcej środków i pracowników. Nasze Centrum to 25 żołnierzy i pracowników na całą Polskę, więc nie jest to tak proste, jak może się wydawać z zewnątrz. Mimo to uważam, że realizujemy dużo projektów. Podczas spotkań z weteranami zawsze też pytam, co można poprawić i zmienić.
O czym najczęściej mówią?
Często pojawiają się pomysły, jak np. legitymacja weterana w aplikacji mObywatel czy darmowe przejazdy komunikacją miejską. Zawsze podejmujemy próby realizacji tych rozwiązań. To jednak często kwestie międzyresortowe, w związku z tym działam oddolnie i kieruję pisma do różnych instytucji z taką propozycją współpracy.
To chyba dość powolny sposób działania.
Gdy otrzymuję odpowiedź odmowną, próbuję inaczej i dalej działam oddolnie, żeby się nie poddawać. Są już miasta, które wprowadziły takie uprawnienia, m.in. Lublin, Wrocław, Poznań czy Kołobrzeg. To oczywiście wiąże się z kosztami dla samorządów, ale część z nich decyduje się na taki gest wobec weteranów.
Czy w pracy w administracji często spotyka się pani z odmową i czy trudno jest działać?
Bywa trudno, ale wychodzę z założenia, że zawsze warto wypróbować wszystkie możliwe ścieżki. Dopiero wtedy można powiedzieć, że czegoś nie da się zrobić. Ważne jest, żeby wychodzić z inicjatywą i szukać rozwiązań.
Czytaj więcej
Dania przyspiesza reformę i będzie kolejnym krajem w Europie, który wprowadzi obowiązkowy pobór wojskowy dla kobiet. Jak ta decyzja wypada na tle r...
Czy to najbardziej wymagające stanowisko w pani dotychczasowej karierze?
Było dla mnie dużym wyzwaniem, ale też źródłem ogromnej satysfakcji. Pracujemy z weteranami, rodzinami poległych żołnierzy i organizacjami działającymi na ich rzecz. Często nasze projekty wiążą się z ogromnym wysiłkiem organizacyjnym, ale wychodzę z założenia, że jeśli choć jedna osoba dzięki tej pracy otrzyma realne wsparcie, to warto.
Czy w środowisku wojskowo-administracyjnym kobietom jest trudniej na takich stanowiskach?
Jest o tyle trudniej, że w wojsku wciąż jest niewiele kobiet na stanowiskach kierowniczych. Nie mamy jeszcze kobiety w stopniu generała, choć już się to zmieniło w policji czy straży granicznej i pewnie w wojsku w niedalekiej przyszłości doczekamy się pierwszej kobiety generała. Przełożeni coraz częściej dostrzegają potencjał ambitnych i doświadczonych kobiet, które mogą obejmować stanowiska kierownicze. Najtrudniej miały pierwsze kobiety, które musiały przełamywać wszystkie bariery. Dziś obecność kobiet w wojsku już nie dziwi tak jak kiedyś, może czasem, ale nie jest to już nic nadzwyczajnego.
Czy jest coś, czego cywile nigdy nie zrozumieją w doświadczeniu weterana?
Wyjazd na misję, niezależnie od miejsca, zmienia perspektywę. Każda misja poszerza horyzonty i pozwala bardziej docenić to, co się ma: rodzinę, społeczeństwo i kraj, w którym się żyje. Po powrocie często podchodzi się do codziennych spraw z większym spokojem i dystansem, mniej irytują drobiazgi, takie jak korek czy kolejka w sklepie. Najważniejsze jednak jest uświadomienie sobie wartości zdrowia i życia. Na misjach, tam, giną ludzie, codzienne problemy stają się prozaiczne.