Z ziemi australijskiej do Polski. Prawniczka zakochana w kulturze Aborygenów otworzyła galerię sztuki w Warszawie

O tym, że Iwona Pruszyńska zafascynowała się sztuką rdzennych mieszkańców Australii, zadecydował przypadek. Zauroczenie nią zaowocowało nowatorską inicjatywą.

Publikacja: 03.10.2023 16:33

Iwona Pruszyńska: "Moja prawnicza działalność sytuuje się na styku dwóch kultur oraz prawa polskiego

Iwona Pruszyńska: "Moja prawnicza działalność sytuuje się na styku dwóch kultur oraz prawa polskiego i australijskiego".

Foto: Archiwum prywatne

We wrześniu otworzyła pani galerię sztuki aborygeńskiej, a teraz przygotowuje się do wernisażu. Czy to pierwsza takie miejsce u nas w kraju?

Iwona Pruszyńska: Tak, to pierwsza w Polsce galeria ze sztuką aborygeńską. Nazwałam ją Utopiaart. Mieści się na Mokotowskiej 26, a wernisaż wystawy odbędzie się 12 października w Bibliotece m.st. Warszawy na Koszykowej 26/28. Tam nasze obrazy będą miały więcej miejsca. Potem wystawę będziemy pokazywać i w innych miastach: w Krakowie, Częstochowie, Bielsku Białej…

Chciałabym wprowadzić świadomość tej kultury mało znanej w polskim społeczeństwie, więc zaczynam od działalności niekomercyjnej, chociaż dziś nie tylko w Australii i USA funkcjonują galerie komercyjne. Są także w Europie - Brukseli, Amsterdamie, Berlinie i Londynie.

Na świecie obrazy aborygeńskie cieszą się dużym zainteresowaniem kolekcjonerów, mimo że tak naprawdę Aborygeni nie malują w pojęciu zachodnioeuropejskim, a nawet nie znają pojęcia sztuki. Nie mają języka pisanego, więc to, co robią, jest formą przekazu ich dziedzictwa, tradycji, wierzeń, nauką przetrwania, użytkowania ziemi i nawigowania na pustyni z pokolenia na pokolenie. Dzięki ich odnawianiu ta cywilizacja pierwotnych mieszkańców Australii trwa od 65 tysięcy lat.

Podobno sami nie nazywają się artystami, tylko strażnikami cywilizacji aborygeńskiej.

Nie tworzą tylko dla przyjemności. Przekazują wiedzę na temat tej cywilizacji, historii społeczeństwa i spirytualnych tajemnic, bo dla nich wszystko jest mistyczne. Uważają, że duchy nieskończoności i przodków ciągle żyją i we śnie przekazują im ważne informacje. Według ich wierzeń na początku na Ziemi była tylko wielka pustynia, aż do momentu, kiedy duchy – śniący ojcowie - wyszły ze skorupy ziemskiej i zaczęły iść przez krainy, tworząc morza i góry i przenikając je swą duchowością.

Aborygeni sami o sobie mówią: Jesteśmy kustoszami świata, Ziemi, historii, które otrzymaliśmy od naszych duchów. Niczego materialnego nie posiadamy. Nie potrzebują więc także sztuki dla siebie.

Jak zaczęła się pani australijska przygoda i pasja odkrywania twórczości Aborygenów?

Do Australii wyjechałam z mężem, który dostał tam pracę. Kiedy przylecieliśmy do Sydney,  nikogo tam nie znałam i nic nie wiedziałam o tym kraju. Nie pracowałam, chociaż wcześniej sprawowałam bardzo wysokie stanowisko w Krajowej Izbie Doradców Podatkowych. Z bardzo intensywnego życia zawodowego nagle przeniosłam się do kompletnej próżni. Byłam w ciąży. Czułam się bardzo samotna. Musiałam zacząć działać.

Chodziłam po muzeach i galeriach. Zawsze tak robię, kiedy chcę poznać nowe miejsce i otoczenie. Po wejściu do paru galerii oniemiałam na widok wspaniałych aborygeńskich obrazów. Tak mnie zaintrygowały, że następne 13 lat pogłębiałam wiedze o kulturze aborygeńskiej.

Iwona Pruszyńska: "Jestem orędowniczką szacunku do nich i prawa do inności w postrzeganiu świata"..

Iwona Pruszyńska: "Jestem orędowniczką szacunku do nich i prawa do inności w postrzeganiu świata"..

Archiwum prywatne

Kiedy kupiła pani pierwszy obraz aborygeński?

Po urodzinach córki Natalii. Poszłam do galerii i kupiłam to, co mi się najbardziej podobało. Wybrałam obraz, jak mi się wydawało, z trzema wężami. Myślałam, że wąż jako symbol narodzin nowego życia to świetny motyw. W galerii dostałam wraz z obrazem certyfikat i opis historii, jaką przedstawia, o czym w ogóle zapomniałam. Zajrzałam do niego dopiero po blisko 20 latach. Proszę sobie wyobrazić, jakie było moje zdumienie, gdy odkryłam, że z okazji narodzin dziecka kupiłam sobie obraz z postaciami zmarłych aborygeńskich przodków. Ale pomyślałam sobie, że może Aborygeni chcieli mi przekazać w ten sposób prawdę o cykliczności życia, że nie trzeba tak bardzo przywiązywać się do narodzin ducha w ciele, bo on i tak będzie zawsze trwał….

Dla laika obrazy aborygeńskie z kropek i linii są bliskie abstrakcji.

Dla ludzi wychowanych w kulturze zachodniej to piękna abstrakcja. Wirujące i wibrujące obrazy mają w sobie dużo przyciągającej energii - dzięki nieświadomemu zmysłowi artystyczny. Przez wieki Aborygeni używali tylko czterech kolorów; białego, czarnego, żółtego i ochry. Jeżeli w galerii spotkamy obraz w innym kolorze, to znaczy, że powstał na potrzeby białego człowieka po 1971 roku, co wymagało zatwierdzenia przez starszyznę danego plemienia.

Data 1971 jest przełomowa dla malarstwa aborygeńskiego. To wtedy misjonarz Geoffrey Bardon przybył do społeczności Papunya Tula. Kiedy obserwował zwyczaje plemienne, zauważył, że Aborygeni opowiadają swoje historie, rysując na piasku, podobnie jak przed tysiącami lat robili to w malowidłach naskalnych. Zaproponował im wówczas przeniesienie tych obrazów na płótno lub karton, by można było je sprzedawać.

Początkowo Aborygeni byli oburzeni. Zwołali starszyznę i zaczęli debatować, czy można tak postąpić z sakralnym przekazem. Przywódcy plemienia uznali, że to dobra okazja, żeby pokazać się światu i włączyć w ruch wyzwoleńczy Aborygenów - w walkę o uznanie ich za prawowitych obywateli kraju. Wyrazili zgodę, ale jednocześnie zdecydowali, że wiedzę tajemną trzeba w obrazach przesłonić. I tak w malarstwie aborygeńskim pojawiły się kropki. Wcześniej było to malarstwo figuralne.

Obwarowali także swą zgodę zastrzeżeniem, że nie można odstępować w obrazach od wierności tradycji. Jeżeli ktoś podjąłby się namalowania czegokolwiek innego, niż zostało przekazane, grożą mu kary: upomnienia, wykluczenia, a nawet śmierci.

Zbiegiem okoliczności świat poznał malarstwo Aborygenów w momencie rozkwitu na Zachodzie sztuki minimalistycznej. Spowodowało to błyskawiczny wzrost zainteresowania.

Czytaj więcej

Modny trend. Coraz więcej zamożnych osób interesuje się sztuką i inwestuje w nią

Dziś na światowym rynku sztuki obrazy aborygeńskie biją rekordy (najwyższy to 2,4 mln dolarów w 2007 roku). Ale czy do ich twórców trafia choć część tych pieniędzy?

Kiedyś te obrazy bywały kupowane za skrzynkę piwa, a potem sprzedawane za 10 tys. dol. w USA, bo tam pojawili się ich pierwsi pasjonaci

Hochsztaplerów łatwego wzbogacenia się nie brakowało. Po 20 latach takich bezprawnych działań rząd federalny Australii uznał, że coś z tym trzeba zrobić. I tak powstały komisje malarstwa aborygeńskiego w centrach, działające przy każdym plemieniu, które zdecydowało się malować dla białego człowieka.

Obecnie w każdym takim centrum w sprzedaży obrazów pośredniczy komisarz, który dba, żeby ich autorzy nie zostali oszukani. Pilnuje ustalonych stawek i wydaje certyfikaty autentyczności pracy. Galerie kupują obrazy za pośrednictwem komisarza, więc Aborygeni dostają godziwe wynagrodzenie.

Te regulacje prawne obowiązuje od 1989 roku. Dziś za obraz aborygeński minimalnie trzeba zapłacić 5 tys. dolarów, a te wysokiej jakości nie schodzą poniżej 10 tys. dolarów, i przynamniej połowa z tej sumy trafia do twórcy.

Prawa autorskie też są chronione?

Wcześniej zdarzały się przypadki ich naruszenia, ale i to się zmieniło. Nie można kopiować bezkarnie wzorów z obrazów aborygeńskich. Przełomem była rozprawa sądowa jeszcze z końca lat 70., gdy pewien australijski fabrykant zakupił obraz w galerii, a wzór na nim tak mu się spodobał, że przeniósł jego kopię na produkowane dywany. Malarka, która była jego autorką, wytoczyła mu sprawę. Argumentowała, że naruszył prawo aborygeńskie, które zabraniało takiego upowszechnienia, Z punktu widzenia Aborygenów była to wręcz sakralna profanacja. Jak tłumaczyła, według prawa aborygeńskiego odpowiedzialność spadała na nią i groziła jej wysoka kara: od wykluczenia z plemienia do śmierci. Sprawę wygrała w sądzie w Canberze, mimo że prawo aborygeńskie nie jest powszechnie uznawane w Australii. Fabrykant musiał zapłacić wysokie odszkodowanie, na skutek czego zbankrutował.

Wiem, że obecnie toczy się sprawa na terenie Polski, bo pewien hotel spod Wrocławia użył wykładziny ze wzorami aborygeńskimi skopiowanymi z internetu. Wątpliwe, czy się wybroni. Mówię o tym, bo to są bardzo delikatne sprawy, na które trzeba uważać.

Jest pani prawniczką. Czy pasje malarstwem aborygeńskim łączą się z pani zawodem ?

Chcąc, nie chcąc - otwierając galerię, musiałam przejrzeć masę przepisów, poznać tajniki prawa artystycznego, wiec zaczynam dryfować także w tym kierunku.

Zawsze byłam miłośniczką sztuki. To moja wielka pasja, ale moja kancelaria Cap-Lawyers zajmuje się innymi sprawami, przede wszystkim prawem rodzinnym i międzynarodowym. Moja prawnicza działalność sytuuje się na styku dwóch kultur oraz prawa polskiego i australijskiego, co dotyczy m.in. spraw spadkowych i biznesów międzynarodowych. Obecnie kancelarię prowadzę, mieszkając pół roku w Polsce, a pół roku w Australii.

Piszę też teksty dla „Rzeczpospolitej”, porównujący system prawny australijski i polski. A ponieważ z wykształcenia jestem konstytucjonalistą, w artykułach często zajmuje się prawami człowieka, np. porównuję systemy wyborcze w Polsce i Australii.

Czy Aborygeni są już w pełni chronieni przez australijskie prawo?

Teraz przed parlamentami w stolicy w Canberze, a także w Sydney i Melbourne trwają protesty mniejszości aborygeńskiej, domagającej się przedstawicielstwa w parlamencie. Myślę, że to historyczna chwila, kiedy rząd federalny i kolonizacyjna część społeczeństwa jest gotowa przyznać Aborygenom prawo reprezentacji w parlamencie.

Dodam, że Aborygeni prawa wyborcze uzyskali w 1965 roku, ale wciąż nie mają reprezentacji w parlamencie.

Trzeba też pamiętać, że historia współżycia białych ludzi i Aborygenów była w Australii bardzo krwawa. Kiedy kapitan James Cook przybił w XVIII wieku do brzegu Australii, Aborygeni wyszli go przywitać, sądząc, że to duchy do nich przypłynęły.

Kolonizatorzy odpowiedzieli masową eksterminację rdzennej ludności. Za zabijanie jej przedstawicieli przyznawali nagrody.

W latach 50. XX wieku wprowadzono z kolei politykę asymilacji, która prowadziła do przymusowego zabierania dzieci aborygeńskich od rodziców i wychowywania ich w sierocińcach. Dopiero w latach 80. zaczęła rosnąć powszechna świadomość praw ludzkich wszystkich mieszkańców Australii, a więc także Aborygenów. Zmiany zapoczątkowało uznanie ich za pierwotnych właścicieli ziemi australijskiej.

Jestem orędowniczką szacunku do nich i prawa do inności w postrzeganiu świata.

We wrześniu otworzyła pani galerię sztuki aborygeńskiej, a teraz przygotowuje się do wernisażu. Czy to pierwsza takie miejsce u nas w kraju?

Iwona Pruszyńska: Tak, to pierwsza w Polsce galeria ze sztuką aborygeńską. Nazwałam ją Utopiaart. Mieści się na Mokotowskiej 26, a wernisaż wystawy odbędzie się 12 października w Bibliotece m.st. Warszawy na Koszykowej 26/28. Tam nasze obrazy będą miały więcej miejsca. Potem wystawę będziemy pokazywać i w innych miastach: w Krakowie, Częstochowie, Bielsku Białej…

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Ludzie
Magdalena Schejbal zadebiutowała w Pytaniu na Śniadanie. "Weszłam do TVP pierwszy raz po 8 latach"
Ludzie
Moc, bogactwo, prestiż? Ekspertka mówi, jak interpretować kontrowersyjny portret króla Karola III
Ludzie
77 Festiwal Filmowy w Cannes. Gwiazdy na ceremonii otwarcia
Ludzie
89-letnia Brigitte Bardot broni zwierząt. Wytoczyła ciężkie działa przeciwko politykom
Ludzie
Księżniczka Charlotte kończy 9 lat. Zdjęcie jubilatki zrobione przez Kate budzi emocje
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?