Dzień jak co dzień, dzieci uczą się zachowania w grupie, różnie sobie radzą jeszcze z agresją, złością czy frustracją (czasem to nie mija do dorosłości), rodzice wymieniają takie uwagi i ze sobą, i z opiekunkami bardzo często. Tym razem jednak odpowiedź mnie zaskoczyła, bo... dostałam tyradę, z której 70 proc. treści stanowiło atak na mnie. W odpowiedzi na spokojną prośbę o rozmowę z synem, dowiedziałam się, że "rozumie, że się zmartwiłam, ale inne dzieci też są wrażliwe" i że mój syn w wakacje 2025, siedem miesięcy wcześniej – dokuczał jej synkowi. O czym przez ostatnie siedem miesięcy nie informowała, a dowiaduję się w lutym 2026, na potrzeby odparcia skargi na zachowanie jej potomka. W domyśle – chłopak ma prawo bić kogo chce, a protest to atak na jego wrażliwość. Z dzieckiem finalnie raczej nie porozmawiała.
I nie ma sprawy, chłopcy w przedszkolu przypominają czasem stado t-rexów z niezależnie latającymi rękami, raz jednego poniosą emocje, raz drugiego. Jest jednak spora różnica między poszturchiwaniami rywalizujących kolegów, a pobiciem, po którym dziecko boi się wrócić do przedszkola, ale w tej przygodzie najbardziej mnie niepokoi reakcja rodzica.
Nie ma pewnie rodzica przedszkolaka, który czasem nie czyta wymiany korespondencji na grupie rodziców z zaciśniętymi zębami. Tym razem trafiło na mnie. Przeczytałam odpowiedź, przetarłam oczy, pokazałam mężowi, policzyłam do dziesięciu. Nie pomogło.
O ile świetnie rozumiem chęć obrony swojego małego księcia lub księżniczki przed niedobrym światem i niesprawiedliwymi zarzutami, że podniósł rączkę, przecież taką słodką, na innego kaszojada, który sam był sobie winien, to jednak trzeba w tym wszystkim zachować rozsądek. Mama, która nigdy nie zapyta syna, dlaczego pobił kolegę w przedszkolu, nie zapyta potem, dlaczego pobił kolegę w szkole, potem nie uwierzy, że wysyłał złośliwe wiadomości o kolegach, potem zlekceważy sygnały – jak dziś czytam na forach o sytuacji w klasie czwartoklasistów – że dzieci założyły na WhatsAppie tajne grupy, w których dokuczały wykluczonym koleżankom i kolegom. Doszło do tego, że ojciec atakowanego dziecka zrobił screeny tych złośliwych wiadomości, publicznie przeczytał na zebraniu rodziców, wskazując nazwiska dzieci, i dopiero wtedy, gdy rodzice najedli się publicznie wstydu, naprostowali dzieci w domu.