Reklama

Polka w Belgii: W wielokulturowym środowisku rodzą się lepsze pomysły

Małgosia Bartosik zaczynała jako stażystka, dzisiaj jest wiceprezeską stowarzyszenia branży wiatrowej WindEurope, zrzeszającej 500 członków z ponad 40 krajów. W raporcie „A World about Wind” została uznana za jedną ze 100 najbardziej wpływowych kobiet w rankingu.
Małgosia Bartosik: Mówmy prostym językiem, opierajmy się na faktach, ufajmy naukowcom.

Małgosia Bartosik: Mówmy prostym językiem, opierajmy się na faktach, ufajmy naukowcom.

Foto: Archiwum prywatne

Używasz formy Małgosia, a nie Małgorzata. Dlaczego?

Żyję za granicą od 22 lat i w angielskim oraz w wielu innych językach spółgłoska „ł” nie występuje. Kiedy słyszałam swoje imię wymawiane jako „Malgorsata”, to naprawdę uszy mnie bolały. Forma Małgosia – albo po prostu Malgosia – jest łatwiejsza do wymówienia i brzmi naturalniej.

Twoja droga zawodowa to imponująca historia awansu. Zaczynałaś pracę jako stażystka, a teraz rozmawiam z zastępczynią dyrektora WindEurope – największego europejskiego stowarzyszenia branży wiatrowej. Słyszałam, że wielokrotnie proponowano ci funkcję prezesa, ale ty konsekwentnie odmawiasz.

Zawsze myślałam, że będę zajmować się kulturą i jej promowaniem.

Pochodzę ze Starachowic, miasta bez teatru. Żeby obejrzeć „Hamleta” czy „Balladynę” na prawdziwej scenie a nie w tv, trzeba było jechać do Warszawy lub Kielc. „A gdyby tak całą klasą wybrać się na przedstawienie? – pomyślałam. Udało mi się przekonać do pomysłu uczniów, rodziców i nauczycieli i zaczęłam organizować wyjazdy do ośrodków kulturalnych. Wiedziałam, że z kulturą chcę związać swoją przyszłość. Będąc na studiach, dowiedziałam się o Instytucie Adama Mickiewicza, byłam przekonana, że to jest moja praca marzeń.

Jednak dostanie się do tej instytucji graniczyło z cudem. Byłam zdeterminowana do tego stopnia, że pewnego dnia dyrektor instytutu na mój widok westchnął i powiedział: „Ja się naprawdę Pani boję. Proszę przyjść i porozmawiać”. I w ten oto sposób dostałam wymarzoną pracę w departamencie odpowiedzialnym za promowanie Polski za granicą.

Czytaj więcej

Polka o sytuacji w Dubaju: To nie jest nasza wojna
Reklama
Reklama

Wydawało mi się, że wszystko pasuje do tej układanki. W liceum byłam na wymianie w Austin w Teksasie, potem podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim dwa lata spędziłam w Barcelonie i w Granadzie. Już wtedy zaczęłam organizować różne wydarzenia: festiwal teatralny czy pomagać przy międzynarodowych targach pracy.

A jednak przepracowałaś w Instytucie Adama Mickiewicza pół roku.

Zanim dostałam tę pracę, aplikowałam na staż do Komisji Europejskiej do departamentu zajmującego się edukacją i kulturą. Myślałam, że pojadę do Brukseli i wrócę. Wzięłam więc w instytucie urlop na pół roku i poleciałam do Belgii.

Spodobała ci się praca w Komisji Europejskiej?

Absolutnie nie. Nie odnajdywałam się w tej wielkiej publicznej machinie. Za to Bruksela bardzo mi się spodobała. Postanowiłam znaleźć zajęcie na kolejne pół roku i wtedy zdecydować, czy chcę tu zostać, czy jednak wrócić do kraju. Przydało się moje doświadczenie w organizacji eventów i dostałam staż w Europejskim Stowarzyszeniu Energii Wiatrowej. Byłam siódmą osobą, która dołączyła wtedy do tej organizacji. Teraz stowarzyszenie zatrudnia prawie 90 osób.

Wiedziałaś coś o energii odnawialnej?

Niewiele. Nigdy turbiny na oczy nie widziałam. Ale nie tego ode mnie oczekiwano. Miałam zajmować się organizacją konferencji i wydarzeń branżowych. Z czasem zaczęłam też przemycać artystyczne elementy do branżowych eventów. Do tej pory zresztą staramy się, żeby wydarzenia przez nas organizowane odbywały się w emblematycznych miejscach dla miasta i żeby towarzyszyły im występy kulturalne.

Teraz z perspektywy czasu myślę, że znalazłam się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu – sektor dynamicznie się rozwijał, a wraz z nim organizacja i ja. W małym 7-osobowym zespole, każdy robi wszystko, miałam więc możliwość poznania tej organizacji z każdej strony. Znam ją więc od podszewki, i mam wrażenie, że jest to duża moja wartość dodana.

Czytaj więcej

Polka w Malezji. „Tutaj epatuje się bogactwem, a cała elita gra w golfa”
Reklama
Reklama

Energia odnawialna i transformacja energetyczna to jest temat, który wciąga. Osoby, z którymi zaczynałam współpracę 22 lata temu, piastują teraz wysokie stanowiska w instytucjach publicznych, są ministrami, CEO dużych firm. Muszę przyznać, że network oparty na zaufaniu i współpracy i budowany przez lata jest bardzo pomocny w mojej pracy.

Jak wyglądała twoja ścieżka awansu w organizacji? Skończyłaś iberystykę, jesteś humanistką. Wraz z kolejnymi obowiązkami dochodziły zapewne aspekty techniczne?

Sektor energetyczny jest bardzo techniczny. To prawda. Z drugiej strony energetyka dotyczy praktycznie każdej dziedziny naszego życia. Kiedyś mało kto się zastanawiał, ile płaci za energię, skąd pochodzi, czy jest zielona czy nie, ale od zawsze ten sektor był bardzo regulowany. Teraz nie ma chyba osoby, która nie interesowałaby się tym, ile płaci za rachunki i skąd ta energia pochodzi.

W naszej pracy opieramy się na raportach, w których obecne są techniczne terminy i specjalistyczny język, ale żeby dotrzeć z naszym przekazem do jak najszerszego grona odbiorców, to musimy mówić w zrozumiały sposób. „Mów tak, jakbyś rozmawiał ze swoją babcią lub sąsiadem” – pada jak mantra na naszych spotkaniach, bo nie możemy mówić o energii odnawialnej używając skrajnie technicznego języka. Oczywiście istnieją odpowiednie poziomy eksperckie, ale odpowiadanie na pytania na podstawowym poziomie nigdy mi nie przeszkadzało – wręcz przeciwnie. Moje humanistyczne wykształcenie było więc przydatne w uproszczeniu przekazu i sprawieniu, aby tematyka i cały sektor były bardziej zrozumiałe dla odbiorców. Bardzo często w tym celu angażowaliśmy osoby z tzw. miękkimi kompetencjami.

Zastanawiam się, w jaki sposób przekonałabyś sceptyków do energii wiatrowej? Wielu z nich zasłania się też troską o interesy polskich górników.

Popełniliśmy błąd, usprawiedliwiając transformację energetyczną opowieściami np. o powodziach w Indonezji, z powodu których musimy w Polsce budować farmy wiatrowe. Przekaz, że „tak wiele dobrego robicie dla świata, mając wiatrak przy domu”, nie odpowiada na pytania i obawy, do których mieszkańcy mają jak najbardziej prawo.

Projekty dotyczące farm wiatrowych lub słonecznych należy traktować tak, jak każdy inny duży projekt infrastrukturalny. Kiedy buduje się autostrady, nie prowadzi się ich tak, aby omijały jeden dom. Przekonując do zbudowania farmy wiatrowej należy dobrze przygotować plan społeczny. To nie może być tak, że ktoś przychodzi do mieszkańców i mówi: „Słuchajcie! Blisko waszych domów postawimy farmę wiatrową!” – trzeba przedstawić im propozycję wybudowania takiej farmy, zaproponować kompensację, zapytać: „Czego się boicie?”. Wysłuchać, ale też wyjaśnić ich obawy i niepokoje. Tak to powinno wyglądać, żeby jak najlepiej spełnić cel społeczny. Z naszego doświadczenia wynika, że największe poparcie dla projektów wiatrowych jest wśród tych społeczności, które żyją przy farmach wiatrowych. Pod warunkiem, że projekt został dobrze przygotowany, razem z gminą oraz jej mieszkańcami.

W obecnej sytuacji geopolitycznej mniej się mówi o klimacie. I nam – sektorowi energii zielonej – nie powinno to przeszkadzać. Bo to, co oferuje OZE, to nie tylko rozwiązania klimatyczne, ale też niezależność energetyczna , bezpieczeństwo dostaw. Chodzi o to, żeby nie uzależniać się od partnerów, którym nie możemy ufać. To argument, który trafia do wszystkich – także do sceptyków.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Polka w Nowej Zelandii: Na antypodach jesteśmy szanowani za uczciwość i pracowitość

Czy naprawdę wojna w Ukrainie niczego nas nie nauczyła? To właśnie energia odnawialna daje nam bezpieczeństwo energetyczne. Oczywiście to nie wydarzy się z dnia na dzień. Nie mówię też, że energia zielona ma stanowić 100 proc. zasobów energetycznych kraju. Mówię o miksie energetycznym, na który mogą się składać różne technologie, jak choćby energia z atomu.

Mówmy prostym językiem. Opierajmy się na faktach. Ufajmy naukowcom. Czytajmy analizy. Porównujmy koszty. Nie straszmy w jedną czy drugą stronę. Ale zadbajmy też o emocjonalność tego przekazu. Zastanawiam się, dlaczego rządzący nie mają oporów przed wysyłaniem ulotek do Polaków i mówienia im: „Szykujcie się do wojny” , a mają problem z tym, żeby powiedzieć: „Musimy się zabezpieczyć i zadbać o niepodległość energetyczną. Inwestujmy w lokalne OZE”.

Farmę wiatrową można wybudować w dwa lata, bez protestów, mając mieszkańców po swojej stronie, zapewniając im kompensacje i benefity.

Dlaczego to takie ważne?

Po to, żeby nie być zależnym od chińskich producentów i innych krajów dostarczających nam energię. Teraz jesteśmy na pilota – on and off, a przecież mamy technologie i możliwości. Przestańmy się bać tych, których nie powinniśmy się bać.

Reklama
Reklama

Węgiel jest drogi. Węgla nie ma. Górnicy? Wcale nie ma ich tak wielu. Transformacja została przeprowadzona już jakiś czas temu. Kiedy rozmawiamy z górnikami, oni wcale nie mówią nie. Wręcz przeciwnie. Są otwarci na zmianę – tylko trzeba im zaproponować dobrą alternatywę.

Sprzeciw górników jest manipulacją polityczną.

Mówi się o tobie, że skonsolidowałaś środowisko i że pozyskałaś spory budżet do finansowania działalności stowarzyszenia. Znalazłaś się również na liście stu najbardziej wpływowych osób w tej branży. W czym tkwi tajemnica twojego sukcesu?

Potrafię budować relacje oparte na zaufaniu i zasadzie win-win. Politycy, sponsorzy, partnerzy, producenci, ale też odbiorcy – wszyscy mają swoje interesy. Staram się zrozumieć, gdzie leży problem i znaleźć rozwiązanie, które będzie dobre dla obu stron.

Weźmy na przykład regulacje unijne. Jeśli do regulatora, czyli do Komisji Europejskiej osobno zgłaszają się przedstawiciele sektora stalowego, chemicznego, wiatrowego, jądrowego i węglowego i każdy śpiewa swoją piosenkę, prezentuje wyłącznie własne stanowisko, to o wiele trudniej wypracować rozwiązanie dobre dla wszystkich.

Kiedy natomiast idziemy razem, siadamy wszyscy do stołu i przedstawiamy swoje racje, wówczas osiągnięcie dobrego, wyważonego rozwiązania staje się zdecydowanie łatwiejsze.

Reklama
Reklama

Jak to wygląda w praktyce?

Chcecie, żeby stal była zielona? Przecież potrzebujemy stali do naszych wiatraków. Jesteśmy dostawcą energii, ale też odbiorcą stali, podczas gdy sektor stalowy jest jednocześnie naszym klientem i dostawcą materiału. W takiej sytuacji możemy wspólnie uczestniczyć w rozmowach z przedstawicielami Komisji Europejskiej i prezentować spójne stanowisko, które będzie korzystne zarówno dla was, jak i dla nas.

Pracujesz w zmaskulinizowanym środowisku. Zastanawiam się, jak budowałaś swój autorytet? Czy często dawano ci odczuć, że jesteś kobietą?

Pamiętam moment, kiedy z dnia na dzień musiałam przejąć w WindEurope obowiązki prezesa i zastąpić go na sesji otwierającej konferencję w Ankarze. Tuż przed sesją miałam poprowadzić odprawę dla osób biorących w niej udział: ministrów z Turcji, Cypru, Egiptu oraz Arabii Saudyjskiej. Gdy tylko panowie mnie zobaczyli, natychmiast zaczęli składać zamówienia na kawę. Mogłam się obrazić, ale po co? Uśmiechnęłam się, przekazałam ich prośby kelnerowi, po czym podeszłam do każdego z ministrów, mocno uścisnęłam im dłonie i się przedstawiłam. Nigdy nie miałam z tym problemu. Potrafiłam wykorzystać ich zaskoczenie.

Czytaj więcej

Kazaszka w Polsce: Walecznością Polaków chętnie obdarowałabym Rosjan

W WindEurope zaczęłam pracować mając 26 lat. Byłam więc dosyć młoda, a do tego przyjechałam z Polski – kraju, który był wtedy w zupełnie innym miejscu niż teraz. Nigdy nie chciałam udawać i udowadniać, jaka to jestem ważna. Dalekie było mi też myślenie: „Jak założę garnitur i spodnie, to będę jedną z nich”. Zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli lubię szpilki i małą czarną, to nie ma powodu, aby z nich rezygnować i po prostu je noszę.

Miałam mnóstwo podobnych sytuacji. Kiedyś negocjowałam bardzo duży kontrakt na południu Francji. Wszyscy już siedzieliśmy w sali, rozmawialiśmy o pogodzie, ale nie zaczynaliśmy negocjacji. I w końcu zapytałam: „Czekamy na kogoś jeszcze?” I od głównej osoby, z którą miałam negocjować kontrakt usłyszałam: „Tak, czekamy na kogoś, kto przyjdzie w krawacie”. „Aha. To może się przedstawię”. Przewaga była po mojej stronie. Wiedziałam, że mogłam wynegocjować wszystko, co tylko chciałam.

Reklama
Reklama

Pewne zachowania – tak samo jak transformacja energetyczna – nie zmieniają się z dnia na dzień. Są głęboko zakotwiczone. Mogłam się obrazić i wyjść, ale po co?

Nawet do tej pory zdarzają mi się podobne sytuacje. W ubiegłym tygodniu byłam w Hamburgu – na konferencji, na którą zaproszeni byli premierzy dziewięciu krajów Morza Północnego oraz CEO dużych firm. Większość mężczyzn, większość w garniturach i ja – blondynka w małej czarnej. I nagle ktoś mnie zaczepia: „Przepraszam, jak mam dojść do sali nr?”. A ja na to: „Przepraszam, ale nie jestem z organizacji”. Po chwili organizatorzy zaprosili mnie na scenę, żebym wygłosiła wykład na otwarcie konferencji oraz jako przedstawicielka całego sektora podpisała kluczową deklarację dla branży offshore. Widziałam zdziwienie i poruszenie na sali.

Jeżeli wiem, że mogę pomóc, dlaczego miałabym tego nie zrobić? Buduję sobie w ten sposób kapitał zaufania, który później może zaprocentować.

Mam wrażenie, że rozmawiam z dziewczyną z sąsiedztwa, a nie wiceszefową dużego stowarzyszenia. W jakim wieku zostałaś awansowana na to stanowisko? Jak myślisz, czy bardzo się zmieniłaś?

Traktuję te słowa jako komplement. Rzeczywiście szybko skracam dystans. Nie jest to planowane, tylko po prostu taka jestem. Mam szczęście do ludzi. Nie pamiętam sytuacji, żeby ktoś mnie zranił, czy żebym do kogoś straciła zaufanie.

Zostałam awansowana na to stanowisko w 2014 r., czyli 12 lat temu. Miałam wtedy 35 lat. Teraz mam 47 lat i mam nadzieję, że pozostałam tą samą osobą, bo prawdę mówiąc, nie chciałabym się zmienić. Ta ludzka twarz często mi pomaga i pozwala budować autentyczne relacje i wzajemne zaufanie. Nie chciałabym też dojść do punktu, w którym ktoś powie, że jestem teraz tak ważna, że już z kimś nie rozmawiam. Dla mnie nie ma znaczenia, jakie stanowisko ktoś zajmuje ani jak duże ma doświadczenie, jeśli mamy wspólny temat, projekt czy interes, to najważniejsza jest rozmowa i wzajemne zrozumienie.

Zawsze byłam i pozostaję osobą otwartą na ludzi i budowanie relacji. To są moje największe atuty.

A na początku mojej kariery, gdy miałam 27 lat i miałam prowadzić negocjacje z prezesami lub ministrami, bardzo pomagało mi patrzenie na nich jak na drugiego człowieka, który też kiedyś był na początku swojej drogi zawodowej, uczył się, zdobywał doświadczenie aż doszedł do miejsca, w którym jest teraz. Patrzyłam na tę osobę i myślałam: „Przecież ty też masz dom, gorsze i lepsze dni, też bywasz niewyspany”. Takie podejście pozwalało mi zachować spokój, także w stresujących sytuacjach.

Dlaczego nie chcesz być CEO? Nie chcesz mieć pełni władzy?

Nie muszę być CEO, żeby mieć wpływ. Mam dużą sprawczość bez formalnej władzy. Po pierwsze dlatego, że jestem tu długo, a po drugie dlatego, że mam bardzo silne relacje i bardzo duże zaufanie zarządu i firm, z którymi współpracuję.

Od miesiąca mam nową szefową. To jest mój piąty szef, ale pierwsza kobieta, która stanęła na czele tej organizacji. Na „czas bezkrólewia” przejmuję dowodzenie w stowarzyszeniu, ale wtedy tylko się upewniam, że nie chcę tego robić. CEO jest twarzą organizacji na zewnątrz, to pozycja polityczna – a ja dbam, żeby wszystko działało. To jest dla mnie duży motywator i coś, co daje mi ogromną satysfakcję.

Za co odpowiadasz? Jakie są twoje obowiązki?

Odpowiadam za całą organizację. Za budżet, wszystkie operacje, zespół i wydarzenia. Dbam o to, żeby organizacja dobrze funkcjonowała od strony budżetowej czy HR-owej. Do tej pory kierownicy wszystkich departamentów raportowali do mnie, więc mam bardzo dobry obraz tego, co się dzieje w organizacji. Wieloletnie doświadczenie i kredyt zaufania sprawia, że faktycznie wiem, co robię.

Czasami mam 11 spotkań w ciągu dnia i każde na inny temat. Jedno dotyczące edukacji w szkołach, drugie eventu, trzecie data centers, inne czystego wodoru. I choć może się to wydawać wymagające, bardzo lubię tę różnorodność i moją w nich rolę. Z jednej strony koordynującą, a z drugiej obserwującą rozwój zespołu. Bycie menedżerem i obserwowanie rozwijającego się, zadowolonego zespołu to największa satysfakcja.

Jedenaście spotkań w ciągu dnia zapewne wykracza poza 8-godzinny czas pracy. Jak dużo pracujesz? I jak udaje ci się godzić życie rodzinne z zawodowym?

Praca jest dla mnie bardzo ważna. Jest integralną częścią mojego życia. Nie mam potrzeby, żeby o godz. 18.00 wyłączyć komputer i nie myśleć o pracy. Potrafię pracować intensywnie, ale mam też momenty, kiedy muszę odetchnąć i wtedy mówię: „Przepraszam, nie ma mnie przez dwie godziny”.

Moje dzieci są już nastolatkami, mogę więc sobie pozwolić na więcej wyjazdów, spotkań i kolacji służbowych, ale też kiedy mają wakacje, chcę ten czas spędzić z nimi. W Belgii system edukacyjny wygląda tak, że co sześć–siedem tygodni jest przerwa. Czasami całkowicie się odcinam, a czasami mówię wprost: „Wiem, że to nie jest idealny moment, żeby wyjechać, ale teraz dzieci są priorytetem. Będę dostępna mailowo w określonych godzinach” albo „Nie będę sprawdzać maili, ale w pilnej sprawie możecie do mnie napisać sms-a”. Zamiast więc work-life balance stosuję work-life blend, który polega na elastyczności w obie strony. Na zrozumieniu, czego potrzebuję ja, czego organizacja i na wzajemnym zaufaniu, że to, co ma zostać zrobione, zostanie zrobione – a moje zdrowie psychiczne i potrzeby zostaną zaopiekowane. Przez tyle lat pracy zbudowałam sobie zaufanie, że jeśli tak postępuję, to oznacza, że naprawdę potrzebuję chwili wytchnienia.

Czytaj więcej

Magda Wierzycka jedną z najbogatszych kobiet w RPA: Tutaj mój głos ma znaczenie

Dostaję też sporo sygnałów od osób – szczególnie od rodziców – że przejście na taki model bardzo im pomaga. Już nie gryzie ich poczucie winy, że skoro pracujemy do godz. 18.00, to oni nie mogą wyjść wcześniej i odebrać dziecka z przedszkola. Z takim myśleniem staram się walczyć. Zachęcam młodych rodziców do tego modelu i otwartej komunikacji, bo często problemem nie jest brak zgody, tylko niewiedza.

Zarządzasz teraz 90-osobowym zespołem. Jaki model przywództwa stosujesz? Czy uważasz, że można ufać każdemu pracownikowi?

Ufać trzeba każdemu. Jeżeli się komuś nie ufa, to znaczy, że osoba ta nie powinna być częścią zespołu. Podobnie menedżer – jeżeli nie ufa swoim ludziom i stale ma wobec nich wątpliwości – nie będzie w stanie stworzyć zdrowego środowiska pracy.

Musimy wierzyć, że każdy, kogo zatrudniamy, pracuje najlepiej jak potrafi, a jeżeli tak nie jest, musimy się zastanowić, dlaczego? Być może nie zostało to odpowiednio wyjaśnione, być może potrzebuje wsparcia, a być może przechodzi trudny okres w życiu prywatnym. Takie sytuacje się zdarzają, dlatego właśnie zaufanie jest absolutnym fundamentem.

Nie zawsze byłam taką wyrozumiałą menedżerką. Na początku, gdy było 7, 10 czy 12 osób w zespole – świetnie się ze sobą dogadywaliśmy. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu – pracowaliśmy, wyjeżdżaliśmy na konferencje, mieliśmy bardzo bliskie, wręcz przyjacielskie relacje. Czasem było tak dużo pracy, że spaliśmy po prostu w biurze. Żyliśmy jak komuna.

W pewnym momencie zespół zaczął się szybko rozrastać, a ja przeoczyłam ten moment. Nie miałam już tyle czasu na poznanie wszystkich nowych osób jak tych pierwszych członków zespołu. Nowi pracownicy nie znali kontekstu, nie rozumieli mojego sposobu działania. A ja nie zdawałam sobie sprawy, że muszę dopasować i zmienić mój styl zarządzania do nowej rzeczywistości i nadal byłam bardzo bezpośrednia, otwarta, ale też wymagająca. Wcześniej nie musieliśmy się zastanawiać, czy takie zachowanie kogoś motywuje do pracy, bo wszyscy byliśmy zmotywowani.

Pamiętam moment, kiedy odchodziłam na pierwszy urlop macierzyński i wtedy zwróciłam uwagę, że kartki, ubranka i zabawki były z motywem smoka. Okazało się, że w biurze funkcjonowałam jako dragon, jako smok. Bardzo mnie to zaskoczyło. Wydawało mi się, że ze wszystkimi świetnie się dogaduję, a byłam postrzegana jako osoba budząca postrach.

O ironio, gdy wróciłam z macierzyńskiego, pracowałam z nowym szefem, który okazał się prawdziwym smokiem. Był bardzo wymagający i surowy. I wtedy zaszłam w drugą ciążę. Jednak z drugiego macierzyńskiego wróciłam bardzo szybko, po trzech miesiącach, zresztą tyle w Belgii trwa urlop macierzyński, bo organizacja, „moje baby” przechodziła kryzys. Zależało mi na tym, żeby trzymać rękę na pulsie i nie pozwolić na to, żeby podejrzane decyzje doprowadziły do upadku firmy. Pamiętam, że tamta osoba odeszła, a ja na prawie siedem miesięcy przejęłam zarządzanie organizacją, zaczęłam wprowadzać zmiany, w tym ocenę menedżerów – również moją własną.

I jak tym razem zostałaś oceniona?

Dostałam miażdżącą ewaluację. Frustracje związane z poprzednim szefem, bardzo mocno wybrzmiały i zostały wymierzone bezpośrednio w moją osobę.

Zarzucono mi, że nie potrafię nikomu zaufać i działam przede wszystkim we własnym interesie. Otrzymałam też nowy pseudonim „Claire” z „House of Cards”.

Na początku bardzo mnie to zabolało. Czułam, że poświęciłam tak wiele, a zostało to odebrane zupełnie inaczej. Z czasem zrozumiałam, że to było takie „wake up call”, że to był jeden z najważniejszych momentów w mojej karierze. To była bardzo poważna lekcja. Okazało się, że to, co o sobie myślimy, niekoniecznie pokrywa się z tym, jak postrzegają nas inni. Zamiast z tym walczyć, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego moje działania zostały odebrane w taki sposób.

Zrozumiałam, że nie zarządzam już małym zespołem bliskich sobie osób, ale dużą organizacją, w której komunikacja, styl i zachowanie mają zupełnie inne znaczenie. Ten trudny moment zmienił mnie jako menedżera. Gdyby to się nie wydarzyło, być może nie byłabym dziś w miejscu, w którym jestem, i nie miałabym tak dobrych relacji z ludźmi. Jestem za to wdzięczna.

Zamiast myśleć o sobie, jacy jesteśmy wspaniali, lepiej po prostu posłuchać tego, jak odbierają nas inni – z otwartością i gotowością do refleksji. Nie oznacza to, że musimy się do wszystkich dopasowywać, ale powinniśmy świadomie zdecydować, jakim menedżerem chcemy być. Feedback jest szansą na rozwój. To nie jest atak, ale możliwość stania się lepszym liderem.

Porozmawiajmy o różnicach kulturowych. To jest trudność czy szansa?

Pracuję w organizacji, w której jest prawie 90 osób z ponad 30 różnych krajów. Cała Bruksela taka jest: mnóstwo różnych nacji, języków i kultur. I to jest cudowne! Doskonale zawsze w takim międzynarodowym środowisku się odnajdywałam. Wiem, że różnorodność jest niezwykle stymulująca, a praca w środowisku międzynarodowym uczy jednej bardzo ważnej rzeczy: że nie ma jednego „normalnego” sposobu myślenia, komunikowania się ani rozwiązywania problemów. Kiedy spotykają się ludzie z różnych kultur, doświadczeń i perspektyw, to rodzą się lepsze pomysły, bardziej przemyślane decyzje i rozwiązania, które działają nie tylko lokalnie, ale globalnie. Zespół jednorodny szybciej się zgadza. Zespół różnorodny częściej się zastanawia i właśnie dlatego osiąga więcej.

Różnorodność zachęca do zadawania pytań zamiast zakładania, że „wiemy lepiej”. W dłuższej perspektywie to nie tylko rozwija zawodowo, ale też czyni nas lepszymi ludźmi. Świat mógłby być dużo prostszy i szczęśliwszy, gdybyśmy mogli dać wszystkim równe możliwości na start i umieli nie oceniać ludzi, jeśli żyją po swojemu, nie robiąc przy tym nikomu krzywdy. I mieć dużo więcej empatii, której tak często nam brakuje, a jest kluczowa w budowaniu relacji.

Czytaj więcej

Filipinka w Polsce: Polacy wciąż pracują, a przecież życie jest tylko jedno

Masz dwójkę dzieci, osiągnęłaś tak wiele – jak to wszystko godzisz?

Często słyszę to pytanie, a prawda jest taka, że czasami sama się zastanawiam, co sprawia wrażenie, że dobrze mi to wychodzi. Kluczowe wydaje mi się podejście, że nie da się wszystkiego robić na 100 proc. Dawać z siebie 100 proc. w pracy, w domu, z dziećmi, z partnerem i jeszcze znaleźć czas dla siebie. W różnych okresach naszego życia zmieniają się potrzeby. Warto sobie uświadomić, co jest dla nas ważne, i żonglować czasem w taki sposób, żeby czuć się nie „perfect”, ale „wystarczająco dobrym”.

Nie da się być „perfect” we wszystkim, co się robi, szczególnie, jak się ma dużo na głowie. Pamiętam sytuację, kiedy ktoś zapytał mnie, jak to możliwe, że wyglądam tak, jakbym miała mnóstwo czasu na przygotowania, po czym pokazałam swoje buty. Miałam dwie różne szpilki, bo pakowałam się w pośpiechu. Nie trzeba być idealnym, żeby osiągnąć sukces. Wystarczy znaleźć swój własny sposób.

Wywiad
Dr n. med. Katarzyna Muras-Szwedziak: Finansowo moja specjalizacja się nie opłaca
Materiał Promocyjny
Franczyza McDonald’s – Twój własny biznes pod złotymi łukami!
Materiał Promocyjny
OTOMOTO rewolucjonizuje dodawanie ogłoszeń
PODCAST „POWIEDZ TO KOBIECIE”
Agnieszka Jaskulska: Podziwiam kobiety w kryzysie bezdomności
Wywiad
Czego naprawdę oczekują Iranki po śmierci Chameneiego? Ważny jest nieoczywisty aspekt
Wywiad
Hania Rani o tym, jak tworzy się „muzykę przezroczystą”
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama