Katharine Hepburn. Ikona feminizmu z czasów patriarchalnego Hollywood

Katharine Hepburn przecierała szlak aktorkom w Hollywood, branży zdominowanej przez mężczyzn. Zawsze szła pod prąd, wiedziała, czego chce, a także – czego nie chce. Często powtarzała, że nie żyła jak kobieta – żyła jak człowiek.

Publikacja: 03.09.2023 17:21

Katharine Hepburn w filmie „Kobieta roku” z 1942 roku.

Katharine Hepburn w filmie „Kobieta roku” z 1942 roku.

Foto: Metro-Goldwyn-Mayer, domena publiczna, Wikimedia Commons

W filmie „Aviator” w reżyserii Martina Scorsese Katharine Hepburn (grana przez Cate Blanchett) towarzyszy Howardowi Hughesowi (Leonardo DiCaprio) na czerwonym dywanie podczas uroczystej premiery filmu. To on, wykonawszy w rekordowym czasie lot dookoła świata, znajduje się w blasku fleszy, co ona – wyraźnie zazdrosna – komentuje zgryźliwie i bez domieszki ironii: „Dotąd sława była moją domeną”.

Kilka lat później, gdy Hepburn jest już u szczytu popularności, a Hughes osiąga apogeum szaleństwa, odbywają dramatyczną rozmowę przez dziurkę od klucza, która przedstawia ją w zupełnie innym świetle: jako kobietę nad wyraz troskliwą i empatyczną. Nie ma większego znaczenia, czy któraś z tych dwóch sytuacji rzeczywiście miała miejsce. Ważne jest to, że obie doskonale oddają niejednoznaczność zmarłej przed dwudziestoma laty aktorki: dla świata Katharine, dla najbliższych – po prostu Kate.

Kathrine Hepburn: z Connecticut do Hollywood

Hepburn wielokrotnie powtarzała, że wiodła przednie życie. Dorastała w prawdziwie sielskiej atmosferze stanu Connecticut, który wciąż pewnie pamiętał okres konstytuowania się purytańskiej Ameryki.

Nowoczesny związek rodziców zawsze stawiała za wzór do naśladowania. Oboje wykształceni, oboje społecznie zaangażowani. Ojciec był wziętym lekarzem urologiem, który za cel postawił sobie edukowanie społeczeństwa w kwestii chorób przenoszonych drogą płciową, matka – tuż po ukończeniu Bryn Mawr, pierwszej uczelni w Stanach Zjednoczonych przyznającej stopnie naukowe dziewczętom – zagorzale walczyła zaś o prawa wyborcze dla kobiet oraz o dostęp do legalnej antykoncepcji. Ponad sto lat temu ich zachowanie uchodziło za ekscentryczne i było nierozumiane przez sąsiadów.

To wspaniałe życie

Hepburnowie wpoili swoim sześciorgu dzieciom, że ograniczenia nie istnieją. Kate była zafascynowana ojcem, więc cokolwiek robiła, robiła to tak, by za wszelką cenę mu się przypodobać. Mężczyzna, w którego żyłach płynęła szkocka krew, był stoikiem, człowiekiem surowym i kochającym jednocześnie. Wychodził z założenia, że należy nieustannie ćwiczyć zarówno umysł, jak i ciało. Po domu często chodził nago i brał lodowate kąpiele. Był zwolennikiem wrzucania ludzi na głęboką wodę, co dawałoby im okazję do sprawdzenia się w ekstremalnych warunkach.

Nic dziwnego, że młoda Katharine była jego ulubienicą – nigdy nie marudziła, niczego się nie bała, nie okazywała słabości. Co więcej, była urodzoną sportsmenką, która znakomicie radziła sobie w niemal wszystkich dyscyplinach: od pływania i biegania przez zapasy aż po bardziej szacowny golf (jako staruszka natomiast wciąż jeździła na rowerze). Matka z kolei – ta sama kobieta, która zabierała dzieci na feministyczne marsze i wiece – nigdy nie zakwestionowała żadnej opinii wyrażonej przez męża, była mu całkowicie podporządkowana, choć publicznie ich relacja wyglądała wyjątkowo demokratycznie.

Katharine Hepburn dla aktorstwa porzuciła marzenia o studiach medycznych

Dom Hepburnów przypominał rzymskie forum, na którym każdy miał głos. Przy stole swobodnie rozprawiano o wszystkim. Tematów tabu nie było. Rysę na tym idealnym wręcz wizerunku stanowiło samobójstwo Toma, starszego brata Kate, być może najważniejszego mężczyzny w jej życiu, którego szukała bodaj w każdym późniejszym partnerze. Katharine miała wówczas 14 lat i to ona odkryła jego martwe ciało. Incydent ujawnił, że rodzina nie umiała rozmawiać o uczuciach. Doktor Thomas Hepburn bardzo długo przekonywał wszystkich dookoła – i siebie samego też – że śmierć była wynikiem sztuczki, której nie potrafił opanować jego syn, a następnie zaczął zachowywać się tak, jakby Toma nigdy nie było. Imię chłopca nie padło już w żadnej dyskusji.

By wypełnić tę pustkę i zrekompensować sobie stratę brata, Kate przyjęła jego datę urodzenia, ścięła włosy, nosiła chłopięce ubrania i kazała zwracać się do siebie per Jimmy. Przez jakiś czas myślała poważnie o studiach medycznych, które były marzeniem Toma. Ostatecznie dostała się na uczelnię, która wykształciła jej matkę. To właśnie w elitarnym Bryn Mawr po raz pierwszy posmakowała aktorstwa. W szkolnym teatrze dała się poznać jako osoba trudna i uparta. Grywała głównie męskie postaci, ponieważ – jak sama twierdziła – były zwykle dużo lepiej napisane.

Wybór takiej drogi musiał rozczarować jej ojca, który podobne profesje uważał za próżne, nijak przyczyniające się do rozwoju populacji („Równie dobrze mogłaby być cyrkówką” – mawiał). Niechętnie więc płacił za lekcje dykcji, których efektem stał się charakterystyczny i niezapomniany akcent Hepburn. Gdy po uzyskaniu dyplomów z historii i filozofii trafiła wreszcie na deski broadwayowskiego teatru, okazało się, że nie była w stanie udźwignąć powierzanych jej ról, więc występowała jako dublerka. Nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek się wybije.

Młoda Katherine Hepburn: niepewna siebie introwertyczka 

Na studiach poślubiła Ludlowa Ogdena Smitha, na którego wszyscy mówili Luddy. To było jej jedyne małżeństwo, wynikające raczej z ówczesnych norm i konwenansów – skoro się oświadczył, nie wypadało odmówić. Tym bardziej że wtedy jeszcze – na początku lat 30. – Kate była introwertyczna, wielce niepewna siebie i swej urody.

Hepburn wnet zrozumiała, że nie nadaje się do takiego życia. Nie potrafiła być ani przykładną żoną, ani tym bardziej matką. O dzieciach w ogóle nie myślała, twierdząc, że wystarczająco dużo uwagi poświęciła młodszemu rodzeństwu. W owym czasie interesowała ją przede wszystkim kariera, której zdecydowała oddać się całkowicie.

Katharine, wypatrzona przez łowcę talentów z Los Angeles, z impetem wkroczyła do branży kinematograficznej. Najwcześniejszy film, w jakim zagrała – „Pozew rozwodowy” George’a Cukora z 1932 roku – stał się wielkim sukcesem, a ona bardzo nowoczesną grą nie ustępowała bardziej doświadczonym towarzyszom z planu (w obsadzie był m.in. John Barrymore, wówczas gwiazda fabryki snów).

W drugim filmie – „Christopherze Strongu” (1933) autorstwa Dorothy Arzner (jedynej reżyserki w Hollywood epoki studyjnej, pierwszej kobiety przejętej do gildii zrzeszających uprzednio jej kolegów po fachu) – nazwisko Hepburn pojawiło się w czołówce nad tytułem, co było raczej niespotykane w przypadku początkujących aktorów. Za trzeci zaś, czyli „Poranną chwałę” (1933) Lowella Shermana, otrzymała pierwszego z czterech Oscarów za najlepszą rolę żeńską. Do dziś pozostaje zresztą rekordzistką na tym polu. Gonią ją wprawdzie Meryl Streep i Frances McDormand, obie z trzema statuetkami, ale tylko ta druga ma obecnie szansę na jej pokonanie, gdyż ona również wszystkie nagrody odebrała za występy pierwszoplanowe. Hepburn nigdy nie grała ról drugoplanowych.

Seria triumfów i porażek

Po serii spektakularnych triumfów przyszedł okres równie wielkich porażek. Nie licząc być może „Małych kobietek” (1933) Cukora na podstawie powieści Louisy May Alcott, wszystkie pozostałe filmy powstałe w czwartej dekadzie XX wieku były sromotnymi klęskami finansowymi, często kompromitującymi ekipę. Kate żartowała w wywiadach, że chyba tylko cudem dostawała później jakiekolwiek propozycje pracy. Zła passa nie ominęła nawet wyreżyserowanego przez Howarda Hawksa „Drapieżnego maleństwa” (1938), jednego z pierwszych obrazów o tak wyraźnym zabarwieniu feministycznym, który współcześnie uważany jest za arcydzieło specyficznego gatunku postrzelonych komedii (screwball comedies).

Hepburn została określona przez prasę mianem kasowej trucizny (box office poison). Utwory z jej udziałem omijano szerokim łukiem. Ówczesnej widowni, na wskroś konserwatywnej, nie podobał się model granych przez nią bohaterek postrzeganych jako zbyt męskie, co mogło budzić homoerotyczne skojarzenia. Jeden z krytyków pisał uszczypliwie, że na ekranie lepiej prezentowała się jako chłopak (przypadek „Sylvii Scarlett” Cukora z 1935 roku o dziewczynie kwestionującej swą seksualność) niż jako kobieta, a starając się o główną rolę żeńską w monumentalnym „Przeminęło z wiatrem” (reż. Victor Fleming, 1939), usłyszała od producenta Davida O. Selznicka, że brakuje jej seksapilu i trudno sobie wyobrazić, by grany przez Clarka Gable’a Rhett Butler mógł się za nią uganiać przez tyle lat.

 Katharine Hepburn: „Zbyt mało hollywoodzka”

Wyjście z tej szuflady utrudniało też to, że aktorka zbyt powściągliwie dzieliła się szczegółami z życia prywatnego, nigdy nie robiąc z siebie gwiazdy na sprzedaż (szczerze potem współczuła Marilyn Monroe, która była jej zdaniem za słaba na ten biznes). Przez całą karierę była zbyt mało hollywoodzka, bardziej przypominała dziewczynę z pruderyjnego Wschodniego Wybrzeża, na które latała w każdej wolnej chwili, uciekając od spiekoty rozpasanego Los Angeles. I choć publiczność długo nie potrafiła zaakceptować jej postawy, paradoksalnie to właśnie Hepburn i jej wyprzedzające epokę filmy najsilniej wyrażały ideę pierwotnej Ameryki: życia bez jakichkolwiek kompleksów i przesądów.

Kate zdawała sobie sprawę z tego, że aktorstwo może być pasmem niepowodzeń. Swój zawód zdefiniowała nawet jako niekończące się oczekiwanie na telefon. Niemniej jednak zaszczepiona przez rodziców chęć wygrywania za wszelką cenę, a właściwie nieumiejętność przegrywania, sprawiła, że wróciła na Broadway. Mówiła, że nowojorski teatr dawał jej prawdziwą satysfakcję, a poza tym był dużo bliżej domu. Jako pierwsza aktorka w Hollywood wykupiła swój kontrakt, a było to w erze, gdy w wielkich studiach pracowało się na etatach.

Na początku lat 40. zagrała główną rolę w sztuce „Filadelfijska opowieść”, którą specjalnie dla niej napisał Philip Barry, jej wieloletni przyjaciel. W gruncie rzeczy to Kate wymyśliła swą niemal autobiograficzną postać. Gdy spektakl stał się jednym z największych hitów frekwencyjnych w historii sztuk scenicznych, a miasto grzechu już chciało o niej zapomnieć, postanowiła wrócić na srebrny ekran i to na własnych warunkach. Była wtedy partnerką Howarda Hughesa, miliardera i pioniera współczesnego lotnictwa. Ich romansem żyły całe Stany Zjednoczone.

Hepburn wykorzystała sprzyjający moment. Mając finansowe wsparcie kochanka, kupiła prawa do „Filadelfijskiej opowieści”, zaproponowała scenariusz wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer, uparła się na zagranie głównej bohaterki, a do tego wszystkiego na stanowisko reżysera wybrała Cukora, należącego do grona najbliższych jej osób.

Opłaciło się – film z 1940 roku stał się wielkim przebojem artystycznym i frekwencyjnym. Dla Hepburn natomiast stanowił nowe otwarcie. Już nigdy nie musiała narzekać na brak ról, w każdej dekadzie, aż do lat 80., zgarniając nominacje do Oscara. Jej nazwisko zaczęło przyciągać inwestorów, a w 1999 roku Amerykański Instytut Filmowy ogłosił ją najwybitniejszą aktorką w historii kina.

Hepburn i Tracy: wspólne ćwierć wieku

Niedługo potem na planie „Kobiety roku” (reż. George Stevens, 1942) poznała Spencera Tracy’ego, już wtedy niezwykle szanowaną personę w światku X muzy. W sumie zagrali wspólnie dziewięć razy. Spędzili ze sobą ćwierć wieku, choć na pierwszy rzut oka dzieliło ich wszystko. On był milczący i zdystansowany, ona trajkotała, głównie o sobie, bez opamiętania. On był katolikiem, który nigdy nie rozwiódł się z żoną, ona – zdeklarowaną ateistką. O ich romansie pisało się w plotkarskich mediach niewiele, ponieważ oboje trzymali się z dala od hollywoodzkiej śmietanki (z rewizjonistycznych biografii pary można się tymczasem dowiedzieć, że ich relacja została ponoć zaaranżowana przez MGM w celu ukrycia prawdy o rzekomym homoseksualizmie obu gwiazd).

Hepburn była przy Tracym prawdziwie szczęśliwa i spełniona. Choć współpracownicy często mówili, że jest chłodna, wyniosła i pragmatyczna, przy nim łagodniała. Zupełnie nie przypominała wtedy ani apodyktycznej Katharine, która budziła postrach nawet wśród czołowych producentów, ani tym bardziej kłótliwych i nieskrępowanych bohaterek, które grała. Stawała się Kate, osobą czułą i troskliwą, a z czasem także uległą i pokorną. Wraz z kolejnymi etapami ich związku coraz bardziej mu usługiwała.

Tracy, podobnie jak Hughes, był człowiekiem ze skazą. Hepburn kochała takich mężczyzn. Być może widziała w nich zmarłego brata, któremu wciąż mogła pomóc. Spence – jak go nazywała – był alkoholikiem, któremu po pijaku zdarzało się ją uderzyć. Cierpiał na depresję i chroniczną bezsenność, tkwił w nieszczęśliwym małżeństwie, którego owocem był syn z niepełnosprawnością. Dręczyły go nieposkromione wyrzuty sumienia, zagłuszane wizytami u prostytutek lub kochanek. Niezależnie od tego Kate była przy nim. Opiekowała się Tracym aż do jego śmierci, a po niej wciąż nosiła jego spodnie i nigdy nie powiedziała o nim złego słowa. Wyidealizowała go tak, jak wcześniej wyidealizowała ojca.

Hepburn podporządkowała Tracy’emu znaczną część swojego zawodowego życia. W autobiografii pod narcystycznym tytułem „Ja” wspominała, że żyli tak, jak lubił, robili to, co lubił, jedli to, co lubił, a jej sprawiało to niewyobrażalną radość. To, że współcześnie uchodzi za ikonę feminizmu, co najbardziej radykalnych przedstawicieli ruchu może oburzać, wynika więc nie ze sposobu, w jaki traktowała mężczyzn ani nawet z jej filmowych wyborów, a ze stosunku do życia. Aktorka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co robi, myślami wracając do postawy matki, która inaczej zachowywała się w domu, a inaczej na demonstracjach sufrażystek.

Katharine Hepburn: zawsze pod prąd

Kate nigdy nie przypinała sobie etykietek, ale cieszyła się z tego, że niezłomność, asertywność i bezkompromisowość, które charakteryzowały jej codzienne życie i karierę, mogły stać się wzorem nie tylko dla młodych panien z branży, ale także dla wielu dziewcząt z całego świata. Nigdy nie poddała się dyskryminacji ze względu na wiek, udowadniając, że dla starszych kobiet też jest miejsce na ekranie – miała 75 lat, gdy zdobyła Oscara za „Nad złotym stawem” (1982) Marka Rydella.

Pracowała z największymi. Miała niezwykłą pozycję w Hollywood. „Całe życie nazywano mnie niezależną, ale sądzę, że w największym stopniu przyczynił się do tego fakt, że nigdy nie musiałam martwić się o pieniądze” – stwierdziła. Owszem, pochodziła z zamożnej rodziny, ale jednocześnie miała smykałkę do interesów. Nie dość, że negocjowała niebotycznie wysokie honoraria już od pierwszego występu na ekranie, to jeszcze potrafiła przekonać właścicieli studiów do swojej optyki, o czym świadczą losy „Filadelfijskiej opowieści” (Louis B. Mayer, który słynął z twardego zarządzania firmą, niemal jadł jej z ręki). Nikomu w branży nie schlebiała – od wejścia potrafiła dyktować korzystne dla siebie warunki. Nie czekała na niczyją pomoc, gdy jej gwiazda zaczęła blednąć. Brała sprawy w swoje ręce, przecierając szlak wielu aktorkom w branży zdominowanej przez mężczyzn, których noszone przez nią spodnie doprowadzały do szału. Często powtarzała, że nie żyła jak kobieta – żyła jak człowiek.

Hepburn była oryginalna. Przeciwstawiała się konwencjom, zawsze szła pod prąd. Sukces przypisywała szczęściu, ale zarazem wiedziała, czego chce i dokąd zmierza, a tym bardziej, czego nie chce. Perfekcyjnie panowała nad swoim wizerunkiem, nie pozwalając oddać władzy nad sobą innym ludziom. Zawsze starała się wybierać te role, które wymową mogłyby choć w najmniejszym stopniu przyczynić się do walki o równouprawnienie. Miała jednak świadomość, że sama sufitu nie przebije i nie zburzy porządku ustalonego przez patriarchalne Hollywood. Właśnie dlatego jej najbardziej feministyczne filmy odczytywane są dziś jako zaprzeczające postulatom ruchu i podtrzymujące wcześniejszy stan rzeczy. Grała bohaterki nowoczesne, które przynajmniej próbowały wywracać stereotypy płciowe (vide „Żebro Adama” Cukora z 1949 roku) czy rasowe (jak miało miejsce w „Zgadnij, kto przyjdzie na obiad” Stanleya Kramera z 1967 roku, ostatnim wspólnym występie z Tracym, zmarłym niespełna trzy tygodnie po zakończeniu zdjęć). Bohaterki silne, naturalne, bez strachu i wstydu czerpiące z życia.

Katharine Hepburn nigdy nie chodziła na gale rozdania nagród, ponieważ nie była pewna, czy wygra, a przecież – jako się rzekło – nie znosiła przegrywać.

W filmie „Aviator” w reżyserii Martina Scorsese Katharine Hepburn (grana przez Cate Blanchett) towarzyszy Howardowi Hughesowi (Leonardo DiCaprio) na czerwonym dywanie podczas uroczystej premiery filmu. To on, wykonawszy w rekordowym czasie lot dookoła świata, znajduje się w blasku fleszy, co ona – wyraźnie zazdrosna – komentuje zgryźliwie i bez domieszki ironii: „Dotąd sława była moją domeną”.

Kilka lat później, gdy Hepburn jest już u szczytu popularności, a Hughes osiąga apogeum szaleństwa, odbywają dramatyczną rozmowę przez dziurkę od klucza, która przedstawia ją w zupełnie innym świetle: jako kobietę nad wyraz troskliwą i empatyczną. Nie ma większego znaczenia, czy któraś z tych dwóch sytuacji rzeczywiście miała miejsce. Ważne jest to, że obie doskonale oddają niejednoznaczność zmarłej przed dwudziestoma laty aktorki: dla świata Katharine, dla najbliższych – po prostu Kate.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Jej historia
Kate Hudson prawdziwą gwiazdą rocka? Jej pierwszy album "Glorious" jest już dostępny
Jej historia
Straciła cztery kończyny, ale nie wolę walki. Beatrice Vio skradła show w Cannes
Jej historia
Bohaterskie bliźniaczki nagrodzone przez króla. Poradziły sobie z atakiem krokodyla
Jej historia
Ponad 200 uczelni w zasięgu ambitnej 18-latki. Którą wybierze?
Jej historia
Nowy rozdział w życiu Melindy French Gates: dlaczego odchodzi z fundacji?
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?