Polka na obczyźnie Ola Kuhn o pracy tłumacza i nie tylko: Od początku trzeba ustalać swoje stawki tak, aby się z nich utrzymać

O swoich doświadczeniach zawodowych w pracy z Niemcami, o tym, jak komunikacja młodych pokoleń w świecie biznesu zmienia się z roku na rok i dlaczego przygotowania do świąt zaczynają się w Niemczech już w listopadzie, mówi tłumacz przysięgły Ola Kuhn.

Publikacja: 23.12.2023 13:48

Aleksandra Kuhn od 16 lat żyje w Niemczech.

Aleksandra Kuhn od 16 lat żyje w Niemczech.

Foto: Archiwum prywatne

Od 16 lat mieszka w Niemczech. Pracuje jako tłumacz konferencyjny i przysięgły języka niemieckiego i angielskiego, trener komunikacji międzykulturowej, a od kilku lat także trener pływania. Kocha nowe wyzwania i kiedy się ściga, to tylko ze sobą. Swoją 100-kilometrową wędrówkę z Monachium w Alpy planuje w najbliższym czasie przebić wyprawą 750-kilometrową – ponieważ nie samymi tłumaczeniami człowiek żyje.

Od jak dawna mieszkasz w Niemczech?

W 2001 roku pojechałam pierwszy raz do Dachau na międzynarodowe spotkanie młodzieży i to była moja pierwsza wizyta w Bawarii. Wcześniej bywałam już co prawda w Niemczech, ale to dopiero Bawaria okazała się moim miejscem. Przez kolejne 6 lat, wraz z innymi wolontariuszami, współorganizowałam spotkania w Dachau. Są to 2-tygodniowe spotkania młodzieży, odbywające się każdego lata od 1983 r., obejmujące zwiedzanie Miejsca Pamięci KL Dachau, warsztaty na tematy historyczne, polityczne i z odniesieniem do teraźniejszości oraz rozmowy z ocalałymi. Uczestniczyli w nich byli więźniowe z całego świata i to właśnie rozmowy z nimi były zawsze centralnym punktem warsztatów. Dzięki temu poznałam nie tylko wiele ciekawych osób z całego świata, ale również niemiecką organizację Akcja Znaku Pokuty – Służby dla Pokoju (ASF e.V.) i w roku 2005/2006 odbyłam w Dachau roczny wolontariat europejski. Pracowałam w Ewangelickim Kościele Pojednania, znajdującym się na terenie byłego obozu, w samym muzeum, w archiwum i przy wielu różnych projektach. To była bardzo ciekawa i wzbogacająca praca, szczególnie poprzez stały kontakt z byłymi więźniami, ze świadkami historii. Wtedy zresztą określenie świadek historii dopiero zaczynało wchodzić do języka polskiego. Z racji moich lingwistycznych studiów bardzo interesował mnie język pamięci i różnice w dyskursie polskim i niemieckim. Oprowadzałam po miejscu pamięci najróżniejsze grupy – uczniów, studentów, grupy religijne, żołnierzy, muzyków, sportowców z całego świata. Po roku spędzonym w Dachau wróciłam do Polski, żeby skończyć studia i od 2007 roku już na stałe jestem w Niemczech. Na początku mieszkałam pod Monachium, później w mieście Weiden in der Oberpfalz, na północy Bawarii. Mój mąż Michael − największy polonofil na świecie i były wolontariusz ASF w Międzynarodowym Domu Spotkań w Oświęcimiu − marzył co prawda o zamieszkaniu w Polsce, ale życie zawodowe potoczyło się inaczej. Od 10 lat mieszkamy na wsi, ale dzięki znajdującej się niedaleko dużej bazie amerykańskiej i bliskości granicy z Czechami okolica jest bardzo międzynarodowa. Nasze dzieci już w przedszkolu miały amerykańskie i czeskie koleżanki i kolegów. Północ Bawarii zdecydowanie nie była dla mnie miłością od pierwszego wejrzenia. Na początku miałam wrażenie, że mieszkam w innym kraju, bo Monachium i południe Bawarii są zupełnie inne – zarówno pod względem otwartości ludzi, jak i zupełnie odmiennego bawarskiego dialektu. Tu ludzie są trochę bardziej zamknięci. Natomiast kiedy pojawiają się dzieci, nagle otwierają się wszystkie drzwi i serca. Poznaliśmy mnóstwo nowych przyjaciół i zauważyłam niewspółmierną jakość życia z dala od wielkiego miasta, nie mówiąc nawet o różnicy w kosztach życia w porównaniu z monachijskimi. Mamy sąsiadów, których dobrze znamy, czas dojazdu jest nieporównanie lepszy niż w dużym mieście. Dzięki bliskości autostrady wszędzie przemieszczam się bardzo sprawnie. Jestem szybko w Norymberdze, Ratyzbonie, czeskiej Pradze i moim ukochanym Monachium. Pandemia pozwoliła mi jeszcze bardziej docenić to miejsce: wychodzę z domu i jestem w lesie.

Jak wygląda atmosfera świąteczna w Niemczech?

Grudzień jest po prostu szalony. W Niemczech każdy udziela się w dziesiątkach stowarzyszeń i klubów. Ze wszystkimi trzeba wspólnie celebrować okres przedświąteczny lub wybrać się na jarmark bożonarodzeniowy. Do tego dochodzą jeszcze oczywiście imprezy świąteczne dla dzieci: w szkole, na świetlicy, w drużynach sportowych. Jesteśmy rodziną pływacko-piłkarską. Ja jestem trenerką pływania, a mój mąż – trenerem piłki ręcznej. Wszystkie nasze dzieci trenują pływanie i grają w piłkę: najstarszy syn, Samuel oraz najmłodsza córka, Miriam, grają w piłkę ręczną, a średnia córka, Lea – w piłkę nożną. Nasze grudniowe tygodnie wyglądają tak, że każdego dnia odbywa się jakaś świąteczna impreza. Jest to naprawdę intensywny czas, bo nasze dzieci oprócz szkoły bawarskiej realizują równolegle w ramach edukacji domowej i zdalnej pełny program polskiej szkoły podstawowej. Do tego dochodzą jeszcze spotkania zawodowe. Pieczenie ciastek to także typowa niemiecka przedświąteczna tradycja. Rozpoczyna się ono już w listopadzie, żeby ciastka były gotowe na cały adwent. Dzieci mają z tego wielką frajdę. Królują waniliowe półksiężyce i pierniczki – muszą być malutkie i bardzo ozdobione.

Czy widoczna jest mania dekorowania domów na święta?

Tak, my akurat jesteśmy ostatnim domem, który został udekorowany, bo wszyscy wokół zadbali o to już w połowie listopada. Z roku na rok następuje to coraz wcześniej. W okresie przedświątecznym nie może oczywiście zabraknąć także imprezy świątecznej sąsiadów – absolutnie obowiązkowo! Ze wszystkimi musisz się spotkać, wypić grzańca i zjeść malutkie adwentowe ciasteczka.

Czyli Niemcy nie są aż tak bardzo zdystansowani, nie tworzą barier, jak może się wydawać?

Z tymi barierami jest tak, że w momencie, gdy jedna osoba je przełamie, następuje efekt domina. Na przykład siedzi się w pociągu. Wszyscy w ciszy i w skupieniu, wpatrzeni w telefony, gazety i podziwiający widoki za oknem. Wystarczy, że jedna osoba coś powie i natychmiast wszyscy są bardzo rozmowni. Obserwuję to też w kontaktach zawodowych. Na przykład, kiedy polska grupa techników przyjeżdża do Niemiec na szkolenie. Jak tylko Polacy zaczynają sobie żartować – a tak jest zawsze – przełamanie lodów następuje od razu. Jeden żart wystarczy i od razu atmosfera się zmienia.

Czy obserwujesz, że Niemcy potrafią w dobitny sposób wyrazić swoje niezadowolenie, jeśli cokolwiek pójdzie nie po ich myśli?

Reguły postępowania w biznesie zmieniają się i w obecnych czasach pracowników szkoli się, aby potrafili wyrażać swój informacje zwrotne w sposób akceptowalny dla innych. Niemcy też się tego uczą. Widzę, że młode pokolenie już zupełnie inaczej się komunikuje. Mam nawet wrażenie, że to Polacy są bardziej bezpośredni, bo oczekują informacji bardzo konkretnych, podczas gdy niemiecka strona chętnie by coś jeszcze rozważyła, proponując osobne spotkanie, grupę roboczą, kolejne omówienie strategii. To Polacy przywołują ich do porządku. Oczywiście wiele zależy od kultury przedsiębiorstwa i różnych indywidualnych czynników, ale moja obserwacja w ciągu minionych co najmniej 10 lat jest taka, że to właśnie Polacy są bardziej konkretni, zadaniowi, zorganizowani, punktualni i nie trzeba im o niczym wielokrotnie przypominać.

Czytaj więcej

Polka na obczyźnie: Sabina Poulsen jedyna licencjonowana przewodniczka z Polski na Wyspach Owczych

Na swoim blogu transling.eu opisujesz w cyklu ABC o Polsce specyfikę naszego kraju. Czy zastanawiałaś się, aby odwrócić tę perspektywę i zacząć tłumaczyć Polakom ciekawe zjawiska niemieckie? Jeśli tak, co by to było?

Na ten temat powstało już mnóstwo publikacji. To, co mi przyświecało przy publikacji ABC polskiej kultury, to przedstawienie Niemcom wielu informacji na temat Polski, o których nie mieli wcześniej pojęcia. I taki też feedback dostawałam, że to było zabawne, lekkie i powodowało spore zdziwienie. Mentalnie Niemcy są dla Polaków zdecydowanie bliżej niż odwrotnie. Przykładów na potwierdzenie tego jest mnóstwo: Polacy jeżdżą do pracy do Niemiec, mają rodziny w Niemczech, w polskich szkołach omawia się literaturę niemiecką. W Niemczech nawet wyobrażenie geograficzne odległości do Warszawy czy Krakowa jest zakłamane. Ilekroć mam okazję zamienić z kimś kilka słów na przykład na lotnisku, czekając na samolot, to reakcja jest zawsze taka sama: „Leci pani do Warszawy? Ojej, to ile godzin potrwa taki lot?”. Kiedy odpowiadam, że godzinę, to zaskoczenie jest niemałe. Polska jest nadal dla wielu Niemców krajem odległym, w którym kradnie się samochody. Bardzo często było tak, że jak przyjeżdżałam z klientami do Polski, nie mogli wyjść z podziwu, jakie mamy nowoczesne fabryki, jakie rozbudowane miasta, i w ogóle jak u nas jest pięknie. Kolejna sprawa to cyfryzacja w Polsce. Polacy przekroczyli mnóstwo etapów cyfryzacji i nie wiem, kiedy Niemcy osiągną taki status. Pandemia na pewno bardzo pomogła i przyspieszyła rozwój technologiczny w Niemczech. Od tego momentu mogę na przykład w miejscowej piekarni w końcu zapłacić kartą, co do 2020 roku było niemożliwe. W Polsce już od wielu lat trudno sobie wyobrazić taką sytuację. Moi rodzice w Polsce mieli WhatsApp o wiele wcześniej niż ja, podobnie jak możliwość płatności telefonem czy zegarkiem, podczas gdy w tym czasie w moim niemieckim banku jeszcze nikt o czymś takim nie słyszał.

Często mam do czynienia z taką sytuacją: jadę z klientem do jakiejś nowoczesnej niemieckiej firmy, oferującej innowacyjne rozwiązania techniczne − wielka niemiecka myśl inżynierska − a okazuje się, że w tym miejscu, zlokalizowanym gdzieś daleko poza miastem, nie ma zasięgu.

Pracuję też dla niemieckiego wymiaru sprawiedliwości. Często trzeba szybko dostarczyć wezwanie, pilne tłumaczenie czy jakieś dokumenty i w takich sytuacjach zawsze pada pytanie, czy można to wysłać faksem. W Polsce trudno w to uwierzyć, ale w dzisiejszych czasach faks w Niemczech nadal istnieje i uważany jest za bardzo bezpieczne narzędzie, wręcz idealny sposób przekazywania danych. Są cały czas instytucje, które poza drogą pocztową opierają się na takiej analogowej komunikacji.

Zarządzanie zmianą bywa dla Niemców bardzo trudnym tematem. Są bardzo przyzwyczajeni do swoich procedur i ich modyfikacja wiąże się z dużym stresem.

Kiedy w 2015 r. przyjechałam do Polski z niemieckim prokuratorem na przesłuchanie świadków, polskie sądy były bardzo zdziwione, że w Niemczech nie istniały możliwości techniczne przesłuchania zdalnego. Mało tego, kiedy po przesłuchaniu dostaliśmy z sądu płytę z nagraniem i metryczką, niemiecki prokurator przez całą drogę powrotną stresował się, jak na tak nowoczesne rozwiązanie zareaguje jego przełożony w Niemczech!

To, co w Polsce dostępne jest już od wielu lat, w Niemczech często istnieje dopiero od niedawna i choć pandemia bardzo przyspieszyła proces cyfryzacji, to jednak Polska jest w tej kwestii nadal wiele, wiele lat przed Niemcami.

Ile jest w języku niemieckim określeń na tłumacza przysięgłego?

Po pierwsze język niemiecki ma dwa osobne terminy na tłumacza ustnego i pisemnego: Dolmetscher i Übersetzer. W języku polskim jest ogólnie tłumacz i uściślając − tłumacz pisemny i tłumacz ustny. Natomiast jeśli chodzi o niemieckiego tłumacza przysięgłego, to jest tyle określeń, ile krajów związkowych. Niemcy są państwem federalnym, więc każdy land ma własne zasady zaprzysiężenia tłumaczy i odrębne nazewnictwo. W Niemczech tłumacz, w zależności od kwalifikacji, może zostać zaprzysiężony wyłącznie jako tłumacz pisemny. W Polsce takiej możliwości nie ma – tłumacz przysięgły jest zarówno tłumaczem pisemnym, jak i ustnym. W Bawarii tłumacz przysięgły nazywa się beeidigter Übersetzer/beeidigter Dolmetscher, w innych częściach kraju vereidigter i nawet tłumaczenia poświadczone mają różne oficjalne określenia: beglaubigte, bestätigte lub bescheinigte Übersetzung. Tłumaczenia między landami są uznawane, ale zdarzają się sytuacje, gdy przychodzi do mnie klient, którego wcześniejsze tłumaczenie z innego landu zostało w Bawarii odrzucone, bo do uznania kwalifikacji zawodowych urząd wymaga tłumaczenia wykonanego przez tłumacza zaprzysiężonego w Bawarii. Do niedawna każdy land miał swoje własne zasady zaprzysiężenia tłumaczy, a co za tym idzie, także różne wymagania co do koniecznych kwalifikacji. Efektem długich prób ujednolicenia tego stanu jest obowiązująca od początku 2023 r. nowa ustawa federalna o tłumaczach sądowych. Wprowadza ona jednolite zasady dla tłumaczy przysięgłych w Niemczech oraz 5-letni okres obowiązywania zaprzysiężenia, po którym konieczne będzie ponowne złożenie wniosku i odpowiednich dokumentów, a za przedłużenie zaprzysiężenia będzie każdorazowo pobierana dodatkowa opłata. Najpóźniej do końca 2026 roku trzeba będzie na nowo złożyć wszystkie dokumenty (świadectwa, zdane egzaminy, itp.) i jeżeli ktoś został zaprzysiężony na innych zasadach, utraci swoje uprawnienia, nawet mimo dotychczasowej długoletniej pracy jako tłumacz przysięgły. Osoby takie niekoniecznie chcą podchodzić do egzaminów państwowych, które zresztą nie wszędzie i nie dla wszystkich języków są organizowane. Część środowiska tłumaczy bardzo protestuje, została wniesiona skarga konstytucyjna. Zresztą nowa ustawa oznacza również sporo pracy dla sądów, które najpierw potrzebowały wiele miesięcy na przesłanie „swoim” tłumaczom odpowiednich informacji. Sąd właściwy dla mojego zaprzysiężenia wręcz nalegał, abym wniosek o zaprzysiężenie na nowych zasadach złożyła dopiero w II połowie 2026 r.

Czytaj więcej

Polka na obczyźnie: Natalia Klaro - specjalistka od polsko-greckiego PR-u

Czy możesz powiedzieć, że ten niemiecki porządek to jest jakiś mit?

Oczywiście, że tak! Mogę się pod tym podpisać obiema rękami! Nie wiem, dlaczego ten mit wciąż tak dobrze się utrzymuje. Mamy przykład choćby wspomnianego legislacyjnego zamieszania wokół zawodu tłumacza przysięgłego. Zresztą na co dzień zdarza się to także w przypadku innych ustaw. A pozostając w kontekście tłumaczeniowym, zdziwić może także fakt, że w Niemczech policja i sądy wcale niekoniecznie wzywają tłumaczy przysięgłych. Nierzadko wezwania kierowane są do biur tłumaczeń, które na rozprawy wysyłają osoby bez żadnych kwalifikacji, a policja – nie chcąc płacić ustawowych stawek dla tłumaczy – powołuje do tłumaczenia „osoby ze znajomością języka”. Ale weźmy kolejny przykład: rozważając przeprowadzkę do innego landu, musisz się najpierw dokładnie zorientować, czy twoje dziecko będzie tam mogło bez problemu kontynuować edukację, bo systemy szkolnictwa różnią się między krajami związkowymi i może się okazać, że dziecko będzie musiało powtórzyć klasę albo uczyć się w innym typie szkoły. Natomiast podróżując w Niemczech pociągiem, należy zawsze liczyć się ze spóźnieniami, a podróż z przesiadkami, to często prawdziwa „loteria.”

Jesteś tłumaczem przysięgłym języka niemieckiego i angielskiego. Tymczasem na swoim blogu opisujesz sytuacje, w których oczekuje się od ciebie, że wykonasz jakieś tłumaczenia za darmo. Czy nadal tak jest?

Tak. Ogólnie oczywiście każdy ma prawo do negocjacji. Natomiast bardzo często – i to dotyczy w dużej mierze wszystkich freelancerów – klienci nie zdają sobie sprawy, że człowiek z danego zajęcia musi się utrzymać. Zdarza mi się na przykład, że dzwoni do mnie klient i chce, żebym przez telefon na szybko mu powiedziała, co znaczy takie jedno krótkie zdanie, które on mi podczas rozmowy odczyta. A przypadkiem się okazuje, że to jest jakiś slogan reklamowy, nad którym tak naprawdę należałoby spędzić wiele godzin. W takich sytuacjach nie pozostaje nic innego niż powiedzieć, że chętnie wyślę ofertę. Tego typu zachowania są zdecydowanie bardziej powszechne u klientów prywatnych, przy czym nie wydaje mi się, aby te same osoby oczekiwały darmowych usług na przykład od lekarza.

Aleksandra Kuhn w pracy. Tłumaczenia to jej pasja.

Aleksandra Kuhn w pracy. Tłumaczenia to jej pasja.

Archiwum prywatne

Istnieje natomiast nadal zjawisko swoistego kultu ubóstwa tłumacza, szczególnie tłumacza pisemnego. Celowo przesadzając, to osoba, która siedzi od rana do nocy, stuka w klawiaturę, bierze każde zlecenie i pewnie będzie tę pracę wykonywać nawet na emeryturze, bo jednocześnie chce i musi. Niestety takie postrzeganie jest również w pewnym stopniu winą samych tłumaczy, którzy rozpoczynając życie zawodowe, często nie zdają sobie sprawy, że są przedsiębiorcami. Od początku pracy zawodowej trzeba ustalać swoje stawki tak, aby można było się z nich utrzymać. Będąc freelancerem muszę zarobić na swoje obecne życie, ale i pomyśleć o emeryturze. To czysta logika ekonomiczna. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy naprawdę chcę pracować 7 dni w tygodniu i jak ma wyglądać mój work-life balance. Nie wiem, czy takie tematy są obecnie poruszane na studiach lingwistycznych, ale zdecydowanie powinny. To jest błędne koło: jeśli zaczniesz od początku pracować za zaniżone stawki, to trudno jest później z tego wyjść.

Niemcy często negocjują ze mną stawki i podkreślam, że mają do tego prawo. Albo osiągniemy kompromis, albo nie. Jeżeli miałoby to oznaczać dla mnie zaniżoną stawkę, nigdy nie przyjmuję takiego zlecenia.

W tym kontekście zjawisko w polsko-niemieckich kontaktach biznesowych: w działach zakupów niemieckich firm – często tłumaczę negocjacje biznesowe – zakupowcy mają z góry powiedziane, że muszą zbić początkową ofertę, aby móc się wykazać sukcesem negocjacyjnym wobec przełożonych. Polacy często się z tego śmieją, bo jeśli już z góry wiadomo, że cenę trzeba będzie obniżyć, to po prostu celowo na początku ją podwyższają.

Porównujesz pracę tłumacza konferencyjnego do pracy pilota. Czy mogłabyś wyjaśnić na czym polegają podobieństwa między tymi zawodami?

Wizualnie widać podobieństwo już na pierwszy rzut oka: w ciasnej kabinie do tłumaczenia symultanicznego siedzi dwoje tłumaczy ze słuchawkami niczym piloci w kokpicie samolotu. Jednak oczywiście porównanie z pilotem odnosi się przede wszystkim do stresu i naszej odpowiedzialności. Tłumaczymy zawsze we dwoje, aby móc się zmieniać i pomagać sobie w trudnych sytuacjach. Decyzje podejmowane podczas tłumaczenia symultanicznego następują bardzo szybko i są nieodwołalne. Jeśli tłumacz podejmuje decyzję o użyciu danego sformułowania i to pójdzie w słuchawki, to już tego nie cofnie. Można się lekko skorygować, poprawić, ale nie ma możliwości doprecyzowania ani dopytania, co przemawiająca osoba chciała powiedzieć. Nierzadko zdarza się, że prelegenci nie kończą zdań. Z tego też należy umiejętnie wybrnąć. Wszystko dzieje się na bieżąco i trzeba reagować błyskawicznie, a to, co idzie w eter, jest już nieodwracalne.

Ile czasu można tłumaczyć bez przerwy?

Umawiamy się z drugim tłumaczem indywidualnie. Zazwyczaj są to około interwały ok. 15-20-minutowe. Jeśli natomiast mówca np. szybko odczytuje jakiś tekst, to przypomina to sytuację, w której maluchem próbuje się dogonić ferrari na niemieckiej autostradzie. Wtedy podejmujemy spontanicznie decyzję o szybszej zmianie. Maksymalne skupienie po pewnym czasie absolutnie u każdego zanika, a to kwestia odpowiedzialności za to, co mówimy. Stąd absolutna konieczność regularnych zmian i chwila odpoczynku w stanie stand-by dla drugiej osoby.

Ile takich konferencji w tygodniu może się odbyć? Czy pracujesz jako tłumacz ustny codziennie?

Bywają takie tygodnie, ale nie mogłabym i nie chciałabym pracować w takim trybie na stałe. Dla mnie nie jest to dobre rozwiązanie. Wolę dywersyfikację. Z kolei drugie ekstremum miało miejsce w pandemii, kiedy nie było żadnych konferencji i tylko pojedyncze tłumaczenia odbywały się w formie zdalnej. To jest też zupełnie inny rodzaj tłumaczenia. Trwa przeważnie krócej od konferencji na żywo, ale jest dla wszystkich bardziej męczący. Przyznam, że dla mnie ten okres był zawodowo trudny do wytrzymania. Zresztą widzę po moich klientach, że bardzo „odżyli”, jak tylko wróciły spotkania twarzą w twarz i konferencje w tradycyjnym wydaniu, bo rozmowy w kuluarach, podczas przerw, przy kolacji czy wspólne żarty są bardzo ważne i stanowią nieodzowny element takich wydarzeń.

A co masz na myśli, mówiąc o dywersyfikacji?

Mam na myśli wykonywanie nie tylko tłumaczeń konferencyjnych, ale także negocjacyjnych czy też pracę dla wymiaru sprawiedliwości, które sprawiają mi prawdziwą satysfakcję. Różnorodność odnosi się tak samo do tematyki. Tłumaczone przeze mnie konferencje i wydarzenia dotyczą tematów ekonomicznych, technicznych, kwestii związków zawodowych, europejskich rad zakładowych itp. Ponadto, ze względu na moją wcześniejszą pracę w Miejscu Pamięci KL Dachau, wykonuję również dużo tłumaczeń dotyczących kultury pamięci, edukacji historyczno-politycznej, obozów koncentracyjnych i Zagłady. Kiedy mieszkałam w Monachium, miałam blisko do Dachau. Teraz mieszkam w innej części Bawarii, gdzie z kolei mam bliżej do Czech, a w pobliżu znajduje się Miejsce Pamięci KL Flossenbürg. Jest to stosunkowo nowe miejsce pamięci z nowoczesnym podejściem. Corocznie tłumaczę podczas uroczystości upamiętniających wyzwolenie obozu we Flossenbürgu i to jest dla mnie szczególny rodzaj tłumaczenia. Oczywiście są oficjalne przemowy np. polityków, ale najważniejsze są wystąpienia ocalałych i rodzin zmarłych więźniów. Tłumaczenie podczas tych wyjątkowych uroczystości jest dla mnie ogromnym zaszczytem. Ponieważ termin ten jest zawsze podawany z dużym wyprzedzeniem, mój kwietniowy kalendarz ustawiam pod to wydarzenie.

Poza usługami z zakresu tłumaczeń pisemnych i ustnych oferujesz też szkolenia z zakresu komunikacji międzykulturowej. Na czym to polega?

Muszę przyznać, że w moim zakresie działań polsko-niemieckich to zapotrzebowanie jest powoli coraz mniejsze. Wcześniej obok zajęć ze studentami, było spore zainteresowanie ze strony niemieckich i polskich firm. Szkolenia skupiały się na tym, aby uzmysłowić uczestniczącym, że jako ludzie jesteśmy w jakiś konkretny sposób zaprogramowani, przez kulturę i szereg indywidualnych uwarunkowań. I często już w ogóle sama kwestia reagowania na inność, oswojenie inności była dla nich odkrywcza. Jeśli chodzi o obecne interakcje międzykulturowe, Polacy są bardzo otwarci i potrafią nawiązywać relacje, a także oswajać wiele sytuacji humorem i autoironią. We współczesnym świecie kontakty są bardzo intensywne. Wiadomo, że są pewne ustalone cechy kultur: stosunek do czasu, pracy, życia prywatnego itd. – tym sposobem można wszystkie kultury w jakiś sposób skategoryzować, ale to zdecydowanie za mało. Takie podejście często prowadzi do wysnuwania błędnych wniosków i ogromnego uproszczenia, np. że Niemcy są zawsze superpunktualni i świetnie zorganizowani, a Polacy chaotyczni i nieustannie improwizują.

Dzięki korporacjom międzynarodowym ludzie mają okazję na co dzień pracować z osobami z różnych krajów, dzięki czemu jest więcej możliwości do poznawania siebie nawzajem.

Oczywiście łatwiej jest poruszać się w schematach, ale jest to pójście na łatwiznę. Zwłaszcza, że wszystko bardzo szybko się rozwija. W Polsce jest obecnie wielki nacisk na różnorodność w bardzo wielu dziedzinach. Wiemy, że niekoniecznie spotka nas to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni i czego się spodziewamy, np. że idąc do restauracji w Polsce zawsze obsłuży nas polski kelner. Dla mnie ważne jest, aby pokazać, że warto być otwartym na coś innego i nie oczekiwać zawsze takich utartych schematów. W biznesie obie strony mają wspólny cel i to może być ta baza, na której się opieramy. Treningi międzykulturowe zmieniają się i wyglądają już zupełnie inaczej niż 10 lat temu. Wiele naszych zachowań wynika z szeregu uwarunkowań: naszej socjalizacji, kwestii ideologicznych, wychowania, miejsca zamieszkania. Inność staje się normalnością i to jest świetne.

Muszę powiedzieć, że fascynuje mnie, jak młode pokolenie w Polsce coraz bardziej świadomie używa języka inkluzywnego. Staram się być w Polsce jak najczęściej i obserwować, jak zmienia się choćby sposób komunikacji. Interesuje mnie to jako osobę, ale uważam to także za absolutną konieczność ze względów zawodowych. W języku niemieckim już bardzo długo zakorzeniona jest kwestia językowego równouprawnienia poprzez podawanie zarówno formy męskiej, jak i żeńskiej, co często, np. w przypadku zawodów czy funkcji, nie było możliwe w języku polskim. W ostatnich latach bardzo wiele się w tej kwestii zmieniło i dzięki choćby takim feminatywom jak ministra poszerzają się możliwości tłumaczeniowe. W Polsce zauważam bardzo dużą świadomość w tej kwestii, a młode pokolenie przyjeżdzające do Niemiec w celach biznesowych, wypowiada się teraz w zupełnie inny sposób niż jeszcze kilka lat temu. Starają się o tę różnorodność.

Nie samymi tłumaczeniami człowiek żyje. Opowiedz o innych swoich pasjach, które również wypełniają twój czas. Co chwila widzę na twoim profilu na Facebooku nowe rekordy!

Tu w ogóle nie chodzi o rekordy. Ja w ogóle nie jestem człowiekiem tempa i rywalizacji. To znaczy: startuję w zawodach, ale nie chodzi mi o to, żeby zajmować jakieś wysokie miejsca. To jest zawsze wyścig z sobą samym. Sport jest dla mnie niezbędnym elementem życia, aby zachować równowagę pomiędzy życiem zawodowym i domowym. Nie da się dobrze funkcjonować bez zdrowego ciała. Mam dużo wyjazdów, konferencje poświęcone specjalistycznym tematom. Do każdego z nich trzeba się jakoś przygotować, często w bardzo szybkim czasie, dostosowując język i terminologię do audytorium. Występuje stres spowodowany tym, że trzeba się szybko czegoś nauczyć i być w ciągłym skupieniu. Nie wyobrażam sobie braku możliwości odreagowania. Jest to absolutnie koniecznie. Kilka lat temu zaraziłam się bieganiem trailowym, choć wcześniej nigdy nie lubiłam biegać. Od zawsze kocham pływanie, ale muszę przyznać, że odprężenie, wejście w stan „flow” jest w moim przypadku najszybsze przy bieganiu, w naturze. Piękna natura, las i przede wszystkim góry pozwalają mi całkowicie się wyłączyć i o niczym nie myśleć lub spokojnie przemyśleć każdą trudną kwestię. Natura i góry dają niesamowitą siłę. Nasz letni rodzinny urlop wygląda tak, że codziennie wchodzimy na jakiś alpejski szczyt, zimą zawsze wędrówki w śniegu i narty – ja niedawno pokochałam skitury i wyruszam na mniejsze góry w okolicy lub większe w Alpach od razu jak tylko spadnie śnieg. Kiedy w zabieganej codzienności trzeba podjąć decyzję o wyjściu na trening, bywa czasem trudno, ale nigdy tego nie żałuję. Przy takim trybie życia bardzo potrzebne są mi także joga, pilates, medytacja i ćwiczenia oddechowe, przy czym często wystarczy dosłownie kilka minut. To jest konieczna odskocznia. Lubię podejmować nowe wyzwania. W maju 2023 r. uczestniczyliśmy z mężem w 100-kilometrowym marszu. Wyruszyliśmy pociągiem na start do Monachium i stamtąd szliśmy bez przerwy, nie licząc krótkich postojów na jedzenie i picie, do mety w Mittenwald, w Alpach. Ostatecznie okazało się, że wykonaliśmy nawet trochę dłuższą trasę (104 km) i że ostatnie kilometry naprawdę mogą ciągnąć się w nieskończoność. Mam nadzieję, że w bliskiej przyszłości uda się nam podjąć wyzwanie zorganizowanej prywatnie wędrówki 750-kilometrowej, tym razem oczywiście kilkuetapowej, z Alp nad Adriatyk, przez Austrię, Słowenię i Włochy.

Aleksandra Kuhn - wielbicielka sportów.

Aleksandra Kuhn - wielbicielka sportów.

Archiwum prywatne

I to się nazywa wyzwanie! Życzę ci, abyś w najbliższym czasie tego dokonała!

Czas jest dla mnie drugorzędną kwestią. Najważniejsze jest po prostu podjęcie tego kroku i odbycie wędrówki. To chyba naturalne, że kiedy już udało się przejść magiczne 100 kilometrów, to kolejnym wyzwaniem musi być coś większego!

Jej historia
Carolina Adriana Herrera. Jak córka znanej matki stała się ważnym filarem rodzinnego biznesu?
Jej historia
Liga NHL ma pierwszą w historii kobietę na stanowisku trenerskim. „Nie chcę być jedyna”
Jej historia
Legenda narciarstwa Lindsey Vonn o sekretach umysłu zwycięzcy. "To wielka sprzeczność"
Jej historia
Eva Marie Saint skończyła 100 lat. Aktorka "starsza niż Akademia Filmowa" imponuje formą
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Jej historia
Mec. Sylwia Zarzycka: Żyjąc tylko w konsumpcyjny sposób, odczuwałabym pustkę
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą