– Jeśli czegoś nie kochasz, nie rób tego – takim mottem 26-letnia obecnie Olivia Dean podzieliła się z redaktorem BBC przed dwoma laty. Miała wówczas za sobą premierę debiutanckiego albumu „Messy”, poprzedzonego wydaniem kilku singli i coverów znanych na całym świecie utworów, jak choćby „You Make Me Feel Like A Natural Woman” Arethy Franklin czy „The Christmas Song” Nata Kinga Cole’a, a także występy w wybranych miastach Wielkiej Brytanii w ramach zainicjowanej przez siebie trasy „From Me to You” w sierpniu 2020 r. Podróżująca żółtą ciężarówką początkująca wokalistka organizowała spontaniczne koncerty na otwartych przestrzeniach, wraz z niewielkim zespołem rozstawiając sprzęt muzyczny w przyczepie pojazdu oznaczonego ogromnym napisem z jej imieniem i nazwiskiem. – Mam nadzieję, że mechanik wkrótce naprawi nagłośnienie w samochodzie i lepiej, żeby zrobił to, zanim zacznie padać – mówiła w jednym z nagrań przed koncertem, leżąc beztrosko na trawie i relacjonując przebieg minionych dni spędzonych w trasie.
Choć niektóre występy przyciągnęły uwagę maksymalnie 6 osób, w kolejnych miesiącach ambitna Brytyjka umieszczała w swoich mediach społecznościowych nowe nagrania i single własnego autorstwa. Propozycji występów w postpandemicznej rzeczywistości nie brakowało, a wykonanie jazzowej piosenki „Dive” w emitowanym przez BBC programie „Later... with Jools Holland” stanowiło niezwykle wysmakowany, telewizyjny debiut 24-letniej wówczas wokalistki. Utwór w krótkim czasie zyskał rekordową popularność: niespełna dwa tygodnie po pierwszym milionie odtworzeń na popularnej platformie streamingowej, wynik został podwojony. – Żałuję, że prezentujesz swoją muzykę tylko za pośrednictwem Instagramu. Masz tak piękny głos, czekam na płytę! Od chwili, gdy po raz pierwszy obejrzeliśmy twój występ na żywo w Carnwall, gdy przy zachodzie słońca śpiewałaś przepiękne piosenki, jesteśmy wiernymi fanami! Zasługujesz na każde wyróżnienie, które jest przed tobą – pisali rozentuzjazmowani wielbiciele talentu muzycznego wschodzącej gwiazdy, tuż po jej występie w programie BBC.
Olivia Dean przed wydaniem pierwszej płyty: Nakładałam na siebie presję
Zanim światło dzienne ujrzała pierwsza płyta wokalistki, autorka hitu „Dive” mogła poszczycić się nie tylko imponującym gronem fanów, ale i kontraktami reklamowymi, na które gwiazdy większego formatu czekają latami. Niebagatelną urodą piosenkarki o jamajsko-brytyjskim pochodzeniu zainteresowały się tak prestiżowe marki jak Chanel, Burberry czy Cartier. Mając na uwadze osiągnięcia tej rangi, wydanie wymarzonej płyty stało się dla niej nie lada wyzwaniem. – Nakładałam na siebie presję, wmawiając sobie, że mój album musi być idealny. Było to wręcz przytłaczające. Nie potrafiłam stworzyć żadnej piosenki, ponieważ miałam przeświadczenie, że daleko im do ideału – wyznała w rozmowie z BBC przed dwoma laty. – Dopiero gdy pozwoliłam sobie na odrobinę luzu, a nawet chaosu, zaczęły powstawać rzeczy, z których byłam zadowolona – wyjaśniała. Symboliczna nazwa pierwszego albumu, „Messy”, miała nawiązywać właśnie do tego stanu: uwolnienia się od oczekiwań innych, zaniechania poczucia niepewności i pozwolenia sobie na artystyczną swobodę. – Czasami rzeczy, które początkowo wydają ci się nieudane, a wręcz głupie, mogą zamienić się w bardzo dobre piosenki. Przynajmniej w moim przypadku zdarzało się to często i głównie wtedy, gdy przestawałam nadmiernie się starać – tak o skomplikowanym procesie twórczym towarzyszącym pracy nad rzeczonym albumem mówiła w wywiadzie dla „Forbes” tuż po premierze „Messy”.
Utwory umieszczone na płycie spotkały się z pozytywnym odbiorem, czego dowodem była nominacja do nagrody muzycznej Mercury Prize, corocznie przyznawanej za najlepszy album wydany w Wielkiej Brytanii lub Irlandii. – To było szaleństwo, prawdziwe szaleństwo. To jedyne słowo, które przychodzi mi do głowy, gdy próbuję podsumować 2023 r. Marzyłam o tym, by wydać pierwszy album i zyskać nominację do nagrody Mercury, ale nigdy nie śniłabym o pozostałych wspaniałych rzeczach, które mnie spotkały – mówiła wówczas w cytowanym wywiadzie.