Milena Malcharek – młoda naukowczyni o studiowaniu w Cambridge

Historia Mileny Malcharek jest dowodem na to, że warto marzyć o zagranicznych studiach, nawet jeśli wydaje się to nierealne.

Publikacja: 07.11.2023 14:00

Milena Malcharek: Popełnianie błędów jest jedyną drogą do sukcesu.

Milena Malcharek: Popełnianie błędów jest jedyną drogą do sukcesu.

Foto: Archiwum prywatne

Jak studiuje się w Cambridge? Wszystko podporządkowane jest życiu studenckiemu, czy masz też inne zajęcia?

Milena Malcharek: Wszystko zależy od tego, na jakim etapie edukacji się jest. Kiedy byłam undergraduate student, czyli – przekładając to na polskie warunki – na studiach licencjackich, nasze życie było podporządkowane w całości rytmowi roku akademickiego. Mieliśmy trzy ośmiotygodniowe trymestry bardzo intensywnej nauki, a pomiędzy nimi kilka tygodni wakacji. Wtedy można się było zregenerować. W połowie każdego trymestru wielu studentów odczuwa tzw. week five blues, czyli gorszy nastrój spowodowany zmęczeniem po miesiącu pracy na wysokich obrotach i perspektywą kolejnych czterech tygodni tego samego. College’owe samorządy starają się wówczas poprawić studenckie samopoczucie, organizując rozmaite wydarzenia. Na kampusie pojawia się wtedy na przykład czekoladowa fontanna albo zwierzęta, które można pogłaskać i podnieść się dzięki temu na duchu.

W tym roku zaczęłam doktorat, więc jestem już traktowana bardziej jako pracownik uczelni. Nie obowiązują mnie trymestry i międzytrymestralne wakacje. Ustalam terminy pracy z szefem i – kiedy potrzebuję – biorę urlop. Ciekawostką jest to, że u nas tygodnie akademickie zaczynają się w czwartek. Nikt już nie wie, skąd ta tradycja się wywodzi. Wśród studenckiej braci mówi się, że to dlatego, żebyśmy nie mieli prawdziwych weekendów. (śmiech)

To zupełnie inaczej niż w Polsce. Tutaj czwartek to dla studentów mała sobota.

Wszystko zależy od studiowanego przedmiotu. Mój – Natural Sciences, czyli nauki przyrodnicze, to taki trochę przedmiot – parasolka, w ramach którego naucza się tutaj wielu innych: biologii, chemii, fizyki, astronomii, geologii… Możemy elastycznie wybierać sobie kursy. Na pierwszym roku wszyscy mają zajęcia w soboty, a na drugim w zależności od tego, jakie przedmioty sobie wybiorą.

Zaczynasz się specjalizować w farmakologii i neurobiologii – będziesz chciała się nimi zająć w przyszłości zawodowo?

Już na etapie aplikacji na studia można wstępnie zadeklarować, czy bardziej idzie się w kierunku biologicznym, czy fizycznym. Pod tym kątem dobierane są np. pytania, które zadaje komisja podczas rozmów kwalifikacyjnych. Potem można sobie wybierać kursy w zależności od zainteresowań. Na pierwszym roku zapisałam się na biologię komórki, chemię, fizjologię organizmów i matematyczną biologię. Na drugim wybrałam farmakologię, neurobiologię i chemię B, czyli bardziej organiczną. Na trzecim roku większość ludzi decyduje się na jeden przedmiot, w którym chcą się specjalizować i pracują nad miniprojektem badawczym w laboratorium. Ponieważ miałam bardzo dobre doświadczenia z wydziałem farmakologii i coraz bardziej fascynowała mnie wizja pracy przy tworzeniu nowych leków, postanowiłam rozwijać się w tym kierunku – również w ramach doktoratu. Neurobiologią zainteresowałam się jeszcze w liceum i nadal jest mi ona bliska. Współpracując z Akademeia High School, prowadzę m.in. zajęcia dodatkowe z tego przedmiotu dla licealistów. Cały czas poszerzam też swoją wiedzę w tej dziedzinie i lubię dzielić się swoją pasją z innymi. Obecnie neurobiologia, szczególnie molekularna, i farmakologia mają ze sobą sporo wspólnego. W sytuacji, kiedy na choroby neurodegeneracyjne nie mamy żadnych skutecznych lekarstw i nie wiemy, jak im zapobiegać, podejrzewam, że wielu naukowców na tym właśnie skoncentruje się w przyszłości.

Czym teraz zajmujesz się badawczo?

W ramach doktoratu realizuję projekt partnerski między wydziałem farmakologii Uniwersytetu Cambridge i firmą farmaceutyczną AstraZeneca. Skupiam się w nim na receptorach amyliny, hormonu wydzielanego przez trzustkę razem z insuliną. Amylina, poprzez receptory w mózgu, jest w stanie wpływać na apetyt. Są też przesłanki wskazujące na to, że substancje, które naśladują działanie amyliny, byłyby w stanie leczyć otyłość poprzez, na przykład, redukcję apetytu. Moim zadaniem w ramach doktoratu będzie przyjrzenie się, jak nowe analogi amyliny mogą wpływać na utratę wagi.

Aplikowałam na doktorat w ramach programu finansowanego przez brytyjski odpowiednik naszego Narodowego Centrum Nauki, który ma różne pododdziały, w tym biologiczny. W jego ramach różni profesorowie z Cambridge oferowali projekty, na które można było dostać czteroletnie finansowanie. Prof. Graham Ladds, czyli mój obecny szef, w którego laboratorium odbyłam też wakacyjny staż, był moim opiekunem naukowym na etapie studiów licencjackich. Bardzo zaciekawił mnie temat, którym się zajmuje – receptory sprzężone z białkiem G. Zaaplikowałam do jego laboratorium również dlatego, że złapałam z nim świetny kontakt i miałam okazję doświadczyć doskonałej organizacji pracy w grupie, której przewodzi. Dodatkowym atutem był fakt, że współpracuje on z firmami farmaceutycznymi. Doktorat łączony między uniwersytetem a AstrąZenecą da mi okazję do sprawdzenia, jak dobrze się czuję w każdym z tych środowisk i czy po zakończeniu studiów wolałabym pracować w gronie akademickim, czy na przykład zostać naukowcem w sektorze prywatnym.

Czytaj więcej

O niej będzie głośno. Młoda naukowczyni Róża Okoń o swoich ambicjach i drodze do sukcesu

Coś mi tutaj nie pasuje, bo mówisz, że skończyłaś licencjat i zaczynasz doktorat. A co z magistrem?

W Wielkiej Brytanii jest możliwość przejścia bezpośrednio z licencjatu na doktorat, szczególnie w sytuacji, kiedy potencjalny promotor doktoratu uważa, że ma wystarczające zaufanie do umiejętności podopiecznego. Jest to także związane z finansowaniem, bo w przeciwieństwie do Polski studia w Wielkiej Brytanii nie są darmowe i ciężej jest uzyskać fundusze na magisterkę (która tutaj zazwyczaj trwa rok) niż na doktorat. Ja też spędziłam już w sumie cztery lata na licencjacie, ponieważ między drugim a trzecim rokiem studiów na Cambridge wyjechałam na roczną wymianę do Niemiec na Uniwersytet w Heidelbergu. Uczęszczałam tam na wykłady w ramach kursu biotechnologii molekularnej i pracowałam na część etatu w laboratorium jako asystentka, zyskując w ten sposób cenne doświadczenie. Dzięki temu uznano zapewne, że mogę bezpośrednio przejść z licencjatu na doktorat. Nie jest to w Wielkiej Brytanii niespotykane, znam całkiem sporo ludzi, którzy również podążyli tą ścieżką.

To jakie masz porównanie między studiowaniem w Niemczech i w Wielkiej Brytanii?

Różnic jest całkiem sporo, choć podobało mi się w obydwu miejscach. Ciężko mi powiedzieć, jak wyglądają studia na innych uniwersytetach brytyjskich, bo Oxford i Cambridge są pod tym względem dość szczególne. Dla mnie studiowanie w Wielkiej Brytanii jest zdecydowanie bardziej kompleksowym przeżyciem, w tym sensie, że uniwersytet odgrywa ważną rolę w znacznie większej liczbie dziedzin mojego życia. W Niemczech funkcjonuje to tak jak w Polsce, gdzie głównym i właściwie wyłącznym zadaniem uczelni jest dbałość o proces kształcenia, czyli organizacja laboratoriów czy wykładów – ale poza tym studenci są pozostawieni samym sobie. Natomiast w Cambridge jestem członkinią college'u (w moim przypadku St. John's College), a zatem częścią zżytej społeczności. Teraz na przykład wynajmuję też pokój w domu należącym do college’u. Mieszkam z trójką przyjaciół. Studenci mają też do dyspozycji stołówkę, bibliotekę, kaplicę, siłownię, różne koła zainteresowań… To wszystko sprawia, że żyjąc tu, nie myślę o Cambridge jako o uczelni, a raczej jako o domu. Właściwie Cambridge jest miastem, w którym wszystko kręci się dookoła uniwersytetu, życie towarzyskie, koncerty, przedstawienia teatralne – wszystko jest związane z uczelnią i tworzącymi ją ludźmi. Każdy student ma też przydzielonych dwoje nauczycieli akademickich, który troszczą się o jego rozwój. Jeden to tzw. tutor, czyli ktoś, kto dba o mój dobrostan psychiczny. Zaś na etapie licencjatu moje postępy w nauce nadzorował Director of Studies. Widać, że Uniwersytet Cambridge troszczy się o studentów i przeznacza wiele środków na wszystkie dodatkowe usługi – jak np. doradztwo dla studentów, biura karier, czy organizacja rozmaitych wydarzeń.

Od razu wiedziałaś, że będziesz chciała właśnie tam studiować?

W drugiej klasie gimnazjum przeczytałam w wydaniu specjalnym "Polityki", poświęconym uniwersytetom, wywiad z ówczesnym wicekanclerzem Cambridge (czyli odpowiednikiem naszego rektora), profesorem Leszkiem Borysiewiczem, Anglikiem polskiego pochodzenia. Wizja uniwersytetu, którą przedstawił, bardzo przypadła mi do gustu. Wszyscy są częścią wspólnoty i to się czuje. Nawet kiedy ludzie opuszczają uczelnię i idą w wielki świat, wciąż czują z nią więź i są zapraszani na rozmaite uroczystości. Wielu też staje się fundatorami stypendiów czy wyjątkowo hojnymi darczyńcami. Całe miasto żyje nauką. Podoba mi się to, że obracam się w towarzystwie osób niesamowicie stymulujących intelektualnie, z którymi mogę porozmawiać na wiele różnych tematów, nie tylko ściśle związanych z moim kierunkiem studiów. Tutaj ścisłowcy chodzą do teatru czy grają w orkiestrach, a humaniści angażują się w konkursy programowania. Bliski jest mi też system, w którym podejście do studenta jest bardzo zindywidualizowane, wszyscy znają mnie z imienia i nazwiska, wiedzą kim jestem, czym się interesuję, i – gdybym tego potrzebowała – jak mi pomóc. Perspektywa zdobywania wiedzy w takim środowisku była dla mnie potężnym magnesem. A drugim był czynnik kulturowy. Już jako dziecko, a później nastolatka, bardzo lubiłam brytyjską kulturę. Jestem wielką fanką Tolkiena, C.S. Lewisa, Jane Austen, Agathy Christie. Możliwość doświadczenia życia w warunkach, które znam z ich książek, również przyciągnęła mnie do tego miejsca.

Na początku było to bardzo dalekosiężne marzenie – na zasadzie "miło by było, ale kim ja jestem, żeby dostać się na Cambridge?". Byłam wychowywana przez samotną matkę, nauczycielkę. Przez długi czas zagraniczne studia pozostawały w sferze marzeń i tak naprawdę dopiero obóz naukowy w ramach programu ADAMED SmartUP, w którym uczestniczyłam, był pierwszym wydarzeniem, które otworzyło mi drzwi do szerokiego świata nauki i pokazało, że wszystko jest możliwe i realne. Spotkaliśmy tam absolwentów poprzedniej edycji programu, z których część studiowała na Oxfordzie, a jedna z naszych prowadzących była doktorantką na Cambridge. Poznanie ludzi, którym faktycznie się powiodło, dało mi nadzieję, że być może mnie też się uda.

Jesteś bardzo skromna, ale dostać się na stypendium ADAMED-u nie jest tak łatwo, trzeba mieć już swoje osiągnięcia naukowe.

Miałam je, natomiast byłam tam beniaminkiem. Dostałam się na ten obóz w trzeciej klasie gimnazjum, byłam tam najmłodsza. Przypadek zdecydował, że w szkolnej bibliotece znalazłam gazetę z opisem poprzedniej edycji programu. Pomyślałam, że spróbuję. Miałam już osiągnięcia w regionalnych konkursach kuratoryjnych, byłam w stanie pokazać swoją pasję, natomiast nie miałam jakichś szczególnych osiągnięć na arenie międzynarodowej, czy nawet ogólnopolskiej. Jestem bardzo wdzięczna, że mimo to organizatorzy zobaczyli mój potencjał i dali mi szansę, żeby go rozwijać. Dzięki ADAMED-owi usłyszałam też o innych fundacjach, które pomagają uzdolnionej młodzieży, jak np. Krajowy Fundusz na Rzecz Dzieci. Od tego obozu wszystko się zaczęło. Znalazłam się wśród ludzi, którzy interesowali się nauką, angażowali się w rozmaite inicjatywy i pokazali mi, że dalekosiężne plany nie muszą pozostawać w sferze marzeń. Trzeba tylko zdecydować się na konkretne kroki, dzięki którym można zwiększyć swoje szanse dostania się na upragnione studia.

Jak twoja mama przyjęła wiadomość o twoim wyjeździe?

Kibicuje mi, wspiera mnie i zawsze tak było. Od końca podstawówki rozmawiałam z nią o tym, że chciałabym studiować za granicą i zawsze aprobowała wszystkie moje plany. Mówiła, że przede wszystkim chce, żebym była szczęśliwa. Zawsze miałam tendencję do bycia nadambitną, a mama mówiła, żebym trochę „przystopowała”, zwolniła, że nie muszę nikomu nic udowadniać i że będzie mnie kochać bez względu na to, jak mi się powiedzie na niwie naukowej. Mamy bardzo dobry kontakt. Codziennie rozmawiamy, czy to przez telefon, czy to przez Skype'a. Choć moja mama jest nauczycielką języka polskiego, a ja poszłam w kierunku nauk ścisłych, jej na pewno zawdzięczam miłość do kultury. Dlatego mam w pokoju dwa regały z książkami, uwielbiam chodzić do teatru, podziwiać dzieła sztuki w muzeach, czy słuchać śpiewu operowego, za którym zresztą moja mama nie przepada. Kiedy byłam w piątej klasie podstawówki, poszłam z nią na kilka przedstawień do Opery Krakowskiej. Ale od tamtej pory do opery chadzam zazwyczaj sama – bo kiedy mama zobaczyła, że złapałam bakcyla, oświadczyła, że wypełniła wobec mnie swój kulturalny obowiązek rodzicielski. (śmiech)

Czytaj więcej

Katarzyna Matszyczyn - polska chemiczka z francuską nagrodą

Na tyle, że sama też śpiewasz...

Bardzo lubię muzykę, szczególnie klasyczną. Śpiewam amatorsko, ponieważ nigdy nie chodziłam do szkoły muzycznej, więc nie mam formalnej edukacji w tym zakresie. Natomiast śpiewałam w chórze w podstawówce i w liceum. W Cambridge zapisałam się do chóru, który zrzesza zarówno studentów, jak i ludzi spoza uniwersytetu. Dajemy jeden koncert na trymestr. Właśnie przygotowujemy się do koncertu pieśni adwentowo-bożonarodzeniowych.

Chętnie angażujesz się również w wolontariat.

Przyznaję, że na początku robiłam to pod presją zewnętrzną, będąc stypendystką Funduszu Stypendialnego Talenty, który wspiera finansowo zdolną młodzież. Ceni się tam wysoko zaangażowanie społeczne i w ramach stypendium byliśmy zobowiązani do 10 godzin pracy społecznej w miesiącu. Znalazłam w ten sposób kilka miejsc, w których dobrze się czuję i mogę też zrobić coś dobrego dla innych. Od pierwszego roku studiów jestem wolontariuszką w sklepie charytatywnym Oxfam, z którego dochód idzie na rozmaite inicjatywy związane z walką z globalnym ubóstwem. Od ubiegłego roku pomagam też w muzeum polarnym w Cambridge. Bardzo interesuję się historią eksploracji polarnej, w szczególności Ekspedycją Franklina, a że jest to jedno z najważniejszych centrów badań polarnych na świecie, witam jego gości, odpowiadam na ich pytania, dzielę się ciekawostkami związanymi z ekspozycją, czy sprzedaję pamiątki w sklepiku muzealnym. Wolontariat pozwala mi się rozwijać w trochę inny sposób, działając przy tym w słusznej sprawie, ale to również odskocznia, dzięki której spotykam różnych ludzi i mogę zrobić coś, co nie wymaga ode mnie szczególnego wysiłku intelektualnego, jaki towarzyszy mi na co dzień.

Masz motto, które przyświeca twojej pracy naukowej?

Specyfika pracy naukowej naprawdę bardzo często polega na akceptacji tego, że wiele hipotez okaże się fałszywych, a wiele eksperymentów – nieudanych. Nie można się wtedy załamywać, tylko spróbować raz jeszcze, być może w nieco inny sposób. W tym kontekście lubię cytat z "Fausta" Goethego: "Błądzi człowiek, póki dąży". Staram się myśleć, że popełnianie błędów, szczególnie w nauce, jest często jedyną drogą do sukcesu.

Jak studiuje się w Cambridge? Wszystko podporządkowane jest życiu studenckiemu, czy masz też inne zajęcia?

Milena Malcharek: Wszystko zależy od tego, na jakim etapie edukacji się jest. Kiedy byłam undergraduate student, czyli – przekładając to na polskie warunki – na studiach licencjackich, nasze życie było podporządkowane w całości rytmowi roku akademickiego. Mieliśmy trzy ośmiotygodniowe trymestry bardzo intensywnej nauki, a pomiędzy nimi kilka tygodni wakacji. Wtedy można się było zregenerować. W połowie każdego trymestru wielu studentów odczuwa tzw. week five blues, czyli gorszy nastrój spowodowany zmęczeniem po miesiącu pracy na wysokich obrotach i perspektywą kolejnych czterech tygodni tego samego. College’owe samorządy starają się wówczas poprawić studenckie samopoczucie, organizując rozmaite wydarzenia. Na kampusie pojawia się wtedy na przykład czekoladowa fontanna albo zwierzęta, które można pogłaskać i podnieść się dzięki temu na duchu.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Wywiad
Luna: Nie czuję, że na Eurowizji poniosłam porażkę
Wywiad
Małgorzata Foremniak: Nie warto poświęcić siebie dla drugiego człowieka
Wywiad
Pisarka Małgorzata Oliwia Sobczak stworzyła "Kolory zła: Czerwień". Mówi, że to terapia
Wywiad
Reżyserka Maja Kleczewska: Warszawa nie potrzebuje "Wesela"
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Wywiad
Polka w Monako Dominika Eisenberg: Niedziela jest dniem na rozmawianie o wszystkim, tylko nie o pracy
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą