Jako lekarz miała pani zapewne wielokrotnie styczność z trudnymi sytuacjami związanymi z walką o zdrowie i życie ludzkie. Jaką te doświadczenia odegrały rolę w wyborze pięknej, ale niebezpiecznej pasji jaką jest wspinaczka wysokogórska?
Obie pasje rozwijały się u mnie równolegle i zupełnie od siebie niezależnie. Miłością do gór zaraziła mnie mama, kiedy byłam małym dzieckiem. Pamiętam też, że już w przedszkolu badałam misie i lalki opowiadając, że kiedyś będę lekarzem. Jako licealistka i studentka wędrowałam z kolegami po Beskidach i Tatrach, a z czasem pojawiło się pragnienie coraz większych wyzwań. Swoje pierwsze doświadczenia wspinaczkowe przeżywałam oczywiście w Tatrach. Później przyszła pora na wyższe góry, niekoniecznie bardzo trudne technicznie. Na początku Kilimandżaro — było pierwszym spotkaniem z górami naprawdę wysokimi. Okazało się jedynie początkiem wielkiej wysokogórskiej przygody. Ogromny wpływ na rozwój tej pasji miało spotkanie z himalaistą Maćkiem Berbeką, który stał się moim pierwszym przewodnikiem. Później przyszła kolej na następne szczyty – Elbrus, czterotysięczniki w Alpach, moje ukochane i według mnie niezwykłe Andy, a szczególnie zjawiskowy szczyt Alpamayo, uznawany do dzisiaj za najpiękniejszą górę świata. A potem siedmiotysięczniki w Pamirze i Himalajach Indyjskich, zaś w 2021 roku — pierwszy ośmiotysięcznik Manaslu.
Niestety Maciek Berbeka zginął w 2013 roku na stokach Broad Peak w Karakorum. Po tej tragedii dotkliwie odczuwałam brak jego towarzystwa na szlaku, bo był dla mnie nie tylko przewodnikiem, ale i cierpliwym nauczycielem. Nauczył mnie, że w górach nie należy się spieszyć, że trzeba mieć ogromny respekt wobec gór, że lepiej się wycofać niż ryzykować. W ubiegłym roku, będąc w Karakorum, czułam jego obecność.
Zupełnie niezależnie od codziennego doświadczania kruchości życia jako lekarz, wyznaję zasadę, że życie jest po to, aby cieszyć się każdą jego chwilą. Na pewno też nie aspiruję do grona himalaistów. Raczej uprawiam coś, co można nazwać turystyką wysokogórską, często trudną i wymagającą, ale na pewno nie jest to profesjonalny himalaizm, ponieważ jemu trzeba się oddawać absolutnie. Dla mnie to pasja, dopełnienie życia, a nie życiowy wybór. Z reguły na wyprawy wysokogórskie wybieram się średnio co dwa lata. Trudno mi planować takie wyjazdy częściej, ponieważ nie chcę na dłużej zostawiać uczelni i szpitala, w którym pracuję już od 30 lat. Wyprawy w Himalaje czy na inne ośmiotysięczniki to nie są dwutygodniowe wyjazdy. Na takie ekspedycje często trzeba zarezerwować przynajmniej dwa miesiące. Wiążą się one także z bardzo wysokimi kosztami. Dlatego wszystkie oszczędności przeznaczam na realizowanie moich górskich marzeń. Nie korzystam z żadnego finansowego wsparcia i nie szukam sponsorów. To daje mi niezależność - dzięki temu nie czuję również presji, że muszę spełniać czyjeś oczekiwania.
Czytaj więcej
- W górach ludzie pozbywają się masek, których zakładania wymaga od nich codzienne życie- mówi po...