Pani ĄĘ Kamila Kalińczak: Zyski z działalności na Instagramie to poboczny dochód w strukturze mojej firmy

Kamila Kalińczak na pasji do języka i komunikacji zbudowała prężnie działający biznes i nie zamierza się zatrzymać. Jak sama mówi, ma teraz „time of her life”. Nic nie musi, a może wszystko.

Publikacja: 21.12.2023 11:16

Kamila Kalińczak: Przez 15 lat pracowałam na prawdziwym, uczciwym etacie. Ja mam mentalność etatowca

Kamila Kalińczak: Przez 15 lat pracowałam na prawdziwym, uczciwym etacie. Ja mam mentalność etatowca!

Foto: Archiwum prywatne

Takiej popularności, jaką dał jej Instagram, nie przyniosła nawet 15-letnia kariera w radiu i telewizji. Profil instagramowy Facetki od polskiego, który uruchomiła w pandemii, śledzi ponad 400 tys. obserwatorów. Jej firma ĄĘ działa zaledwie od trzech lat, ale już przynosi spore zyski. 

Czy czuje pani, że time of your life wciąż trwa?

Kamila Kalińczak: Zdecydowanie. 2022 był moim rokiem pod każdym względem. Wzięłam ze stołu wszystko, co było do wzięcia, zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej. Rozpędziłam się biznesowo, czemu pomogła nagroda w kategorii Odkrycie Roku na festiwalu See Bloggers. Na tej fali w zeszłym roku zrobiłam kroki milowe, jeśli chodzi o prowadzenie firmy. Dobrze byłoby teraz trochę odpocząć, ale trudno się zatrzymać. Pędzę dalej!

Jeśli wszystkie karty zostały ściągnięte ze stołu, to jakie są Pani plany, na co Pani jeszcze liczy?

Staram się rozwijać firmę. Początkowo była to firma zajmująca się jedynie szkoleniami, teraz prężnie rozwija się również wydawnictwo produktów edukacyjnych. Po sukcesie komercyjnym gry planszowej „ĄĘ”, przyszła kolej na dodatki do tej gry. Nowy produkt, puzzle edukacyjne „Kartkówka”, właśnie trafił do sprzedaży. Muszę przyznać, że fizyczne produkty dają mi niesamowitą satysfakcję. To, że ludzie mają je w domach, że się nimi cieszą, że spędzają przy nich swój wolny czas – a przecież pierwszą planszę narysowałam na pudełku po pizzy - przynosi mi olbrzymią radość. Przyglądam się produktom dostępnym na rynku i uważam, że jest jeszcze miejsce na nowe. Mam pomysł na kolejną grę, która pomogłaby nam zrozumieć mechanizmy rynkowe, ale na razie nie chcę zdradzać szczegółów.

Czy przywykła już pani do tego, że pani imię i nazwisko stały się marką osobistą? Wcześniej broniła się pani przed tym określeniem.

O tym, że jestem marką osobistą, powiedział mi kilka lat temu Artur Kurasiński, znany mówca, wykładowca, popularyzator wiedzy o technologii. Wtedy nie wiedziałam, o czym mówi. Dostaję sporo pytań o to, czy nie chciałabym poprowadzić szkolenia z marki osobistej, ale szczerze mówiąc, nie wiedziałabym, czego na takim szkoleniu uczyć. Autentyczności? Pasji? Cierpliwości? Jeśli ktoś ma potrzebę nazywania mnie marką osobistą, bardzo proszę. Ale uważam, że jednym z głównych powodów sukcesu cyklu #ĄĘ jest to, że nie był obliczony na sukces finansowy; to miała być zabawa, hobby, choć przyznaję, że już wtedy zaczynałam myśleć o odejściu z mediów tradycyjnych.

Jak wyglądało to dojrzewanie do „pójścia na swoje”?

Bardzo spokojnie i z dużą nieśmiałością. Doświadczenie szkoleniowe miałam na długo zanim założyłam firmę, podobnie było z doświadczeniem lektorskim czy z prowadzeniem konferencji, gal. Tylko że nikt o tym nie wiedział. Instagram pozwolił mi dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. Produkt był już gotowy, ale to ten czynnik okazał się niezbędny. Teraz prowadzę 60 szkoleń rocznie. Mam świadomość, że15 lat pracy na dwóch dużych antenach nie dało mi takich popularności i rozpoznawalności, jakie dał mi rok na Instagramie.

Ile było przypadku w tym, jak potoczyła się pani kariera zawodowa? Podobno widziała pani metę, a nie drogę.

Rzeczywiście, zawsze patrzyłam od końca i zawsze wiedziałam, jak ma wyglądać meta. Nie chciałam już pracować, jak do tej pory. Nie potrafiłam się przyzwyczaić do wieczornych lub porannych dyżurów - wstawanie o 3:30, programy do północy - a przecież to jest tzw. prime time. Nie chciałam pracować wtedy, gdy inni mają wolne, byłam zmęczona walką o wolne weekendy, święta czy termin urlopu. Bardzo mi to ciążyło. Po pierwsze więc chciałam sama zarządzać swoim czasem, bo czułam, że zrobię to lepiej niż osoby układające grafiki w redakcjach. A po drugie chciałam w końcu zarabiać porządne pieniądze; ten czynnik był dla mnie wyjątkowo ważny, bo uważam, że pieniądze dają poczucie bezpieczeństwa. Czułam, że to musi się dać jakoś zrobić. Odeszłam więc z telewizji, na chwilę zatrzymałam się w Agorze (byłam redaktor naczelną serwisu Instytut Dobrego Życia), gdzie nagle, po raz pierwszy w życiu, pracowałam od 9 do 17. To był dla mnie szok! Nie sądziłam, że po pracy można mieć tyle wolnego czasu. Codziennie! I wtedy właśnie wymyśliłam cykl quizów o poprawności językowej, #ĄĘ.

Czy zmieniając pracę, nie miała pani poczucia, że coś ryzykuje, obawy o utratę komfortowej poduszeczki etatu?

Oczywiście, że miałam! Przez 15 lat pracowałam na prawdziwym, uczciwym etacie. Ja mam mentalność etatowca! (śmiech)#ĄĘ jednak bardzo szybko zdobyło popularność, zmuszając mnie do założenia firmy. Nie byłam w stanie łączyć już tego z etatem w Agorze. Dzięki mojej ówczesnej szefowej, Joannie Mosiej-Sitek, mogłam tę zmianę przeprowadzić ostrożnie i spokojnie, z miesiąca na miesiąc zmniejszając zakres usług świadczonych Agorze.

Dziś lubię powtarzać, że nie każdy jest stworzony do tego, żeby podejmować ryzyko. Sukces finansowy mojej firmy jest dowodem na to, że można go osiągnąć prowadząc biznes ostrożnie. Oczywiście, prowadzę biznes w skali mikro. Być może w skali makro trzeba być odważniejszym, ale kiedy marka i cała firma stoi na jednym nazwisku - moim i kiedy biznes ma jedną twarz – moją, warto się zastanowić, czy warto.

Jak wygląda struktura pani firmy?

Firma ĄĘ formalnie nikogo na stałe nie zatrudnia, natomiast daje pracę przez to, że rozlicza się z agencją interaktywną 99 Złota Proporcja, z którą na co dzień współpracuję. Właścicielką tej agencji jest moja menedżerka, Sabina Fajto. I w ramach tej agencji zatrudnionych jest kilkanaście osób, które zajmują się produktami ĄĘ. Agencja pochodzi z Krakowa, tam też znajdują się magazyny i drukarnie.

Czytaj więcej

Ministra czy ministerka? Językoznawca Grażyna Majkowska o tym, jak feminatywy dzielą społeczeństwo

Które zawodowe decyzje były dla pani najtrudniejsze?

Najtrudniejszą decyzją, jaką podjęłam w życiu, była ta o odejściu z telewizji. Czułam, że odchodząc stamtąd, straciłam swoją tożsamość. Zrozumie to tylko człowiek, który pracował w newsach. Taka praca to wybór na życie. Ja ją kochałam i nią żyłam – z tego się nie wyrasta, o tym się nie zapomina. Do dziś, kiedy się coś dzieje, mam ochotę jechać na Wiertniczą (ulica, przy której mieści się siedziba TVN24 – przyp. red). Ale telewizja upomniała się o mnie szybciej, niż mogłam to sobie wyobrazić. Wkrótce zaczęłam pojawiać się w „Dzień Dobry TVN”, a teraz jestem zatrudniona jako komentatorka w „Szkle kontaktowym”.

Jakie były powody, dla których odeszła pani z telewizji?

Bezpośrednim powodem były codzienne wieczorne dyżury. Chciałam pracować w prime-time’ie, ale chciałam również, żeby ten prime time był w dzień. To było nie do pogodzenia. Z telewizji wyniosłam ogrom wiedzy i doświadczeń. Zawsze czułam się też w tej pracy bardzo doceniana, obsługiwałam najważniejsze wydarzenia, miałam poczucie, że się rozwijam. Tylko że w życiu są sprawy ważniejsze niż praca.

Co jest teraz dla pani substytutem tej newsowej, telewizyjnej adrenaliny?

Chyba dorosłam i już jej tak bardzo nie potrzebuję. Wyrzut adrenaliny mam przed każdym wyjściem na scenę, jak i przed rozpoczęciem każdego szkolenia. To nie jest ten sam rodzaj, który towarzyszył mi w newsach, ale wystarczający zamiennik. Straciłam miejsce w newsach na własne życzenie, natomiast zyskałam dużo więcej swobody, czasu i możliwości finansowych.

Jakie umiejętności dziennikarskie przydają się w nowym biznesie?

Odpowiedzialność za słowo, etyka biznesu, zdolności komunikacyjne, pracowitość, szacunek do czasu i to, że zawsze „dowożę”. Newsowcy zawsze dowożą. A w samym procesie twórczym - łatwość kondensowania myśli, tworzenia treści.

Przejdźmy do pani „działalności” na Instagramie – mówi pani, że nie opiera na nim swojego życia zawodowego, mimo że to dzięki niemu rozpędziła się biznesowo.

Dzięki niemu zdobyłam rozpoznawalność, to prawda, ale mam poczucie, że po prostu znalazłam się we właściwym miejscu i czasie. Weszłam na Instagram, kiedy przeżywał on totalny boom. Dzisiaj takie możliwości daje TikTok, a parę lat wcześniej - YouTubie. Platforma szybko przyniosła mi popularność. Z instagramową popularnością wiążą się z kolei propozycje współpracy, polegające na reklamowaniu różnego rodzaju produktów. Gdy konto jest niewielkie, nie są to intratne propozycje, ale wielka jest pokusa, by z nich skorzystać. Bardzo długo zwlekałam z monetyzowaniem mojego konta. Ale z czasem okazało się, że produkcja treści zajmuje mi coraz więcej czasu - quizy dwa razy w tygodniu, rolki dwa razy w tygodniu, każdą trzeba opracować, przemyśleć. Popularne były wtedy platformy, na których widzowie stają się patronami swoich ulubionych twórców i wspierają ich finansowo, ale ten model nigdy nie był mi bliski. Uznałam, że wolę raz na jakiś czas pokazać widzom reklamę niż prosić, żeby składali się na moją działalność. Wytłumaczyłam im, dlaczego będę przyjmować propozycje reklamowe; niektórym się to nie spodobało i odeszli, większość została.

Na Instagramie można zarobić dużo pieniędzy. Cieszę się jednak, że w strukturze przychodów mojej firmy to nie jest największy kawałek tortu. Nie potrafiłabym oprzeć swojego bezpieczeństwa i komfortu finansowego o profil na Instagramie - gdyby ta platforma została zamknięta dzisiaj, a różne są głosy co do jej przyszłości, nic by się u mnie nie zmieniło. Dla mnie Instagram jest dodatkiem. To łatwy pieniądz, ale cieszę się, że to tylko poboczne źródło dochodów.

Jakie ma pani pomysły na monetyzację swojego profilu?

Bezpieczeństwo finansowe, które gwarantuje mi moja firma szkoleniowa sprawia, że przychody z Instagrama mogę traktować jako łatwy dodatkowy zarobek. Komfort finansowy pozwala mi też wybierać, co chcę zareklamować na swoim profilu. Chętnie angażuję się w promocję akcji edukacyjnych, zdarza mi się reklamować marki, które lubię, z których korzystam, ale dbam o to, żeby odbywało się to na moich zasadach. Staram się dla każdej współpracy znaleźć kontekst i pretekst językowy, dopasowany do mojego profilu i w oparciu o nie przygotować rolkę lub post sponsorowany. Nie reklamuję produktów, których nie znam, miejsc, w których nie bywam, restauracji, w których nie jadam. Jeśli klient nie jest zainteresowany dopasowaniem się do mnie, nie podejmujemy współpracy.

No właśnie rolki – to pani format!

Jestem radiowczynią i newsowczynią. Lubię krótkie formy wyrazu. Jeśli coś ma być powiedziane w czterech zdaniach, powiem w dwóch i pół. I dlatego twierdzę, że rolki zostały stworzone dla mnie. Był moment, kiedy przeżywałam głęboki kryzys twórczy na Instagramie i nie mogłam przekroczyć granicy 100 tys. obserwatorów. Chciałam, żeby konto rosło i się rozwijało, jednak zasięgi moich stories spadały (kiedy Instagram wprowadził rolki zaczął promować je kosztem stories). Wtedy postanowiłam wypróbować nowy format i stworzyć rolkę językową. A że nagrywałam już wtedy pierwsze rolki na Tiktoka, wrzuciłam jedną również na Instagram, żeby zobaczyć, co się wydarzy. No i się wydarzyło! Tworzenie rolek daje mi dużo radości jako twórczyni. Niektóre z nich mają po milionie, a nawet dwa mln odtworzeń. Wciąż myślę, że to niezwykłe, że ludzie chcą to oglądać i tego słuchać.

Które rolki cieszą się największą popularnością?

Wcale nie stricte językowe, a te społeczne - choć one też pośrednio traktują o języku – pierwsza najczęściej odtwarzana jest o tym, że nie należy poprawiać ludzi, którzy robią błędy, a druga – że nie ma w Polsce przyzwolenia na to, żeby samotna kobieta niebędąca zakonnicą nie miała dzieci. Dużą popularność zyskała również rolka mówiąca o tym, że nie lubimy w Polsce ludzi, którzy dobrze zarabiają. Nagram również i w tym roku kolejną rolkę o tekstach, które padną przy wigilijnym stole.

A jak wygląda pani, jak wiem, trudna relacja z TikTokiem?

Byłam w szoku, że osoby młodsze ode mnie o 20-30 lat, są w stanie pisać mi takie komentarze! Nie chodzi nawet o przekleństwa, ale o chamskie, często głupie i seksistowskie komentarze. Jest ich oczywiście promil, ale jakoś tak mam, że widzę i pamiętam wyłącznie te. Dość szybko doszłam do wniosku, że są to treści, których nie chcę czytać i po prostu te komentarze wyłączyłam; nie mam czasu na ich obsłużyć, a nie chciałabym, żeby wisiały bez odpowiedzi.

Obserwowanie TikToka skłania mnie do smutnej refleksji, że jako społeczeństwo nie dorośliśmy do możliwości anonimowego komentowania treści. Mamy w sobie chyba zbyt wysoki poziom frustracji. Z tym lepiej iść na terapię, a nie do Internetu! Boli mnie, że żyjemy w takim społeczeństwie. Przecież te osoby nas otaczają, prawdopodobnie mijamy je na ulicy, stoimy razem w korku.

Czy ma Pani poczucie misji?

Misji nie, ale odpowiedzialności za słowo. Jeżeli tyle osób chce poświęcić czas, by wysłuchać tego, co mam do powiedzenia, muszę odpowiedzialnie dobierać treści. Stąd też rzadko wrzucam reklamy, a częściej zabieram głos w tematach ważnych społecznie. Szkoda mi platformy o takim zasięgu na mówienie tylko o kremach.

A dlaczego nie chce pani być na Twitterze?

Bo tam obcy sobie ludzie kłócą się o rzeczy bez znaczenia, prześcigając się w tym, kto komu dogryzie bardziej. To nie mój klimat.

Czy uważa pani, że zrobiła biznes na języku?

Zarabiam na szkoleniach z autoprezentacji i komunikacji. Moja pasja do języka przyniosła mi popularność, a ja tę popularność dobrze wykorzystałam. Ale też o nią nie zabiegałam. Firmy same zaczęły się do mnie zgłaszać, nigdy nie wysyłałam nikomu ofert. Muszę przyznać, że nie do końca dobrze radzę sobie z rozpoznawalnością. Pracując na dwóch dużych antenach przez 15 lat nigdy nikt mnie nie rozpoznał, a teraz zdarza się to nagminnie. I mimo że spotkania z moimi odbiorcami są przesympatyczne, to mnie krępują.

Co jest najgorszym językowym faux pas?

Nie uważam, że cokolwiek w dzisiejszych czasach może być językowym faux pas. Pamiętajmy, że poprawność językowa nie jest zero-jedynkowa; musimy się na jej punkcie wyluzować, nabrać dystansu. Znajomość wzorcowych norm nie ma sensu, jeśli ma służyć wykluczaniu innych, ośmieszaniu, wyszydzaniu, zawstydzaniu. Poprawność językowa ma rację bytu wtedy, kiedy idzie pod rękę z kulturą języka i szacunkiem dla drugiej strony. Dlatego mnie w ogóle nie denerwują błędy językowe, które popełniają inni. Mam tylko jedno słowo, którego nie znoszę: „dedykowany”.

Czytaj więcej

Młodzieżowe Słowo Roku 2023. Językoznawczyni o tym, dlaczego warto docenić "rel"

Które zjawiska językowe uważa pani za istotne?

Cieszę się, że o języku mówi się coraz więcej. Rozmawiamy o feminatywach, o języku włączającym, o niebinarności w języku, o tym, jak kogoś nie urazić słowami. Dyskusje te powodują, że jesteśmy coraz bardziej otwarci na innych, na różnorodność, również w słowie, i empatyczni. A to jest dobre i mądre. Różnimy się również coraz bardziej międzypokoleniowo i jeśli nie zdobędziemy się na otwartość, także w kontekście języka, to przestaniemy się komunikować. Już teraz zauważam, że nam, jako społeczeństwu, zanikają zdolności komunikacyjne.

Dlaczego tak się dzieje?

Żyjemy w czasach, w których wszyscy chcą mówić dużo i głośno, nawet jeżeli nie mają nic do powiedzenia,. Media społecznościowe spowodowały, że wszyscy mówią. Tylko że w skutecznej komunikacji nie o to chodzi. Skuteczna komunikacja polega na dotarciu z przekazem do odbiorcy. A to oznacza podjęcie wysiłku, by zrozumieć, jakie są jego możliwości komunikacyjne. Niestety, wracamy do pisma obrazkowego, coraz rzadziej dzwonimy, nie chcemy rozmawiać. Najdziwniejsze zjawisko we współczesnej komunikacji to wiadomości głosowe – nie chce nam się pisać, więc nagrywamy wiadomość, ale już nie chcemy słuchać odpowiedzi… Jestem ciekawa, co z tego wszystkiego wyniknie.

A dlaczego komunikację mailową uważa pani za pole minowe?

Bo nigdy nie wiadomo, na kogo trafimy, kogo jaki błąd może urazić. A w mailach pojawiają się różne błędy. Na szkoleniach często tłumaczę, że od popełnienia błędu ortograficznego, interpunkcyjnego, stylistycznego jeszcze nikt nie umarł. Nie mam na to żadnych dowodów, ale wydaje mi się, że może tak być. A ludzie, mam wrażenie, kiedy zobaczą w mailu błąd, od razu oceniają nadawcę zero-jedynkowo. Często słyszę: ”No nie, jak ktoś zaczyna maila od Witam, to odpisuję Żegnam i dalej nie czytam”. No to brawo, bo ja miesiąc temu odpisałam na maila, który zaczynał się od Witam i podpisałam dzięki temu bardzo lukratywny kontrakt.

Biznes i prawo
Przerwy w pracy pozwalają wspiąć się na wyżyny intelektu. Jak to działa?
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Biznes i prawo
Liderka, managerka, szefowa – to nie są synonimy
Biznes i prawo
Niedziela handlowa 24 marca: jak zaplanować przedświąteczne zakupy
Biznes i prawo
Marnotrawstwo talentu kobiet: alarmujące dane Banku Światowego
Biznes i prawo
„Money dysmorphia”: kogo dotyczy poczucie zagrożenia związane ze stanem finansów?