Jeden z głównych bohaterów serialu „Teoria Wielkiego Podrywu”, ponadprzeciętnie utalentowany fizyk Sheldon Cooper, niechętnie rozstaje się z nabytymi przedmiotami, nawet jeśli te od dłuższego czasu już mu nie służą. W obawie przed kompromitacją i krzywdzącymi uwagami ze strony współlokatorów wynajmuje przechowalnię z dala od miejsca zamieszkania, w której skrupulatnie umieszcza każdy przedmiot, z różnych powodów zastąpiony nowym. W pokaźnych rozmiarów pomieszczeniu znajduje się zepsuty sprzęt elektroniczny, wysłużone książki, ubrania, a nawet rowery i od lat nieużywane zabawki. – Witam w mojej Fortecy Wstydu – zaprasza niepewnie podążającą za nim Amy, która zaskoczona pyta, na co właściwie patrzy. – To wszystkie rzeczy, jakie kiedykolwiek posiadałem – odpowiada skruszony naukowiec, ponownie przypominając jej, że o spotkaniu i zawartości sekretnego pomieszczenia nie może dowiedzieć się nikt poza nią. Troskliwa przyjaciółka zapewnia, że niemożność rozstania się z rzeczami, z którymi wiążą się istotne wspomnienia nie jest powodem do wstydu. – Potrzebuję jednak chwili, żeby wyjaśnić ci, dlaczego – dodaje niespiesznie, we właściwym dla serialu, komediowym stylu.
Osobne pomieszczenie służące jako przechowalnia dla każdego akcesorium, ubrania, sprzętu, książki czy zabawki, które w przeszłości służyły właścicielowi, może wydawać się poza zasięgiem osób, które dysponują lokum o nieco mniejszym metrażu lub ze względów finansowych nie mają możliwości wygospodarowania miejsca o takim przeznaczeniu. Piętrzące się w pokojach, niewielkich piwnicach czy dostępnych komodach, szafach i szufladach przedmioty niepodlegające regularnej utylizacji, mogą zatem stanowić zarówno dla właściciela, jak i współlokatorów, nie lada przeszkodę w przechowywaniu nowych rzeczy, nabywanych ze względu na bieżące potrzeby. Czy istnieją sposoby na ułatwienie procesu rozstawania się z przedmiotami, które już lata temu zostały zastąpione ich nowszymi odpowiednikami? Jak sprawić, by kolekcjonowanie pozostało źródłem przyjemności, a nie początkiem niekontrolowanego gromadzenia? Zagadnienia te omawiamy z dr Karoliną Dyrlą-Mularczyk, psycholożką, wykładowczynią Uniwersytetu WSB Merito we Wrocławiu.
Czytaj więcej
Jeśli w dzieciństwie dana czynność sprawiała komuś wiele radości i pozwalała przezwyciężyć stres, praktykowanie jej w dorosłym życiu może mieć taki...
Kolekcjonowanie daje poczucie stabilności
Kolekcjonowanie przedmiotów o wartości sentymentalnej, czy też należących do konkretnej kategorii o czytelnej dla właściciela symbolice, ma swoje pozytywne aspekty. Praktykowane latami, przynosi istotne korzyści, dostrzegane też przez osoby z najbliższego otoczenia kolekcjonera, niejednokrotnie zasilające domowe zbiory kolejnymi pamiątkami. – Kolekcjonowanie przedmiotów to znacznie więcej niż hobby. To jeden z najbardziej naturalnych i powszechnych wzorców ludzkiego zachowania. Szacuje się, że nawet 40 proc. osób na świecie regularnie coś kolekcjonuje, co pokazuje, że potrzeba gromadzenia i porządkowania przedmiotów jest głęboko wpisana w naszą naturę. Jej korzenie sięgają ewolucyjnej historii człowieka, kiedy umiejętność zbierania zasobów zwiększała szanse na przetrwanie. Dziś kolekcjonowanie nie pełni już funkcji ochronnych, ale wciąż daje nam wiele psychologicznych korzyści. Po pierwsze, pomaga redukować napięcie i stres. W świecie pełnym zmienności posiadanie własnej, uporządkowanej kolekcji daje poczucie stabilności: „mam coś swojego, coś, co się nie zmienia”. To doświadczenie buduje również tożsamość: kolekcjonerzy z czasem stają się ekspertami w swojej niszy, zyskując poczucie kompetencji i sprawczości – wyjaśnia dr Karolina Dyrla-Mularczyk.
Psycholożka zauważa, że nie bez znaczenia w omawianym kontekście jest również aspekt społeczny. – Kolekcje często stają się pretekstem do spotkań, rozmów i wymiany doświadczeń z osobami o podobnych zainteresowaniach. Dzięki temu budują się relacje i wzmacnia poczucie przynależności do grupy, która myśli i czuje podobnie jak my. Jeśli więc kolekcjonowanie ma dla nas wartość emocjonalną, daje radość i mieści się w granicach naszego codziennego komfortu, zarówno przestrzennego, jak i finansowego, może stać się realnym źródłem dobrostanu psychicznego. To jedna z tych aktywności, które łączą przyjemność, rozwój i poczucie sensu – wymienia.
Czytaj więcej
Pisanie ręczne pozytywnie stymuluje mózg – wpływa na polepszenie pamięci, umiejętność koncentracji, a nawet na bardziej trafny dobór słów dla wyraż...
Kolekcjonowanie nie zawsze oznacza niewinne hobby
Zabarwione pejoratywnie słowo „zbieractwo” kojarzące się z nadmiernym gromadzeniem zbędnych przedmiotów i brakiem chęci utylizacji tych, które uległy zniszczeniu, może stać się jednak niebezpiecznym nawykiem. Granica między uznawanym za wysublimowane hobby kolekcjonerstwem a taką jego ryzykowną odmianą bywa płynna. – Choć potocznie mówimy o „zbieraniu rzeczy”, w psychologii ma to bardzo konkretne znaczenie i nie zawsze oznacza niewinne hobby – zastrzega psycholożka. – W literaturze fachowej patologiczne gromadzenie określa się mianem syllogomanii, czyli patologicznego zbieractwa. Od 2013 r. widnieje ono w klasyfikacji DSM-5 (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, czyli opublikowany przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne klasyfikator zaburzeń psychicznych – przyp. red.), jako osobna jednostka diagnostyczna, co jasno pokazuje, że w swojej nasilonej formie nie jest to forma kolekcjonerstwa, lecz realny problem zdrowia psychicznego. Syllogomania objawia się przede wszystkim przewlekłą trudnością w wyrzucaniu nawet zupełnie bezwartościowych przedmiotów, a także silnym emocjonalnym przywiązaniem do rzeczy, które obiektywnie nie mają ani funkcji, ani znaczenia. Towarzyszy temu kompulsywne gromadzenie, które stopniowo prowadzi do zagracenia przestrzeni życiowej. Z czasem mieszkanie przestaje pełnić swoją funkcję: kanapa, łóżko czy podłoga znikają pod stertami przedmiotów, a codzienne korzystanie z domu staje się praktycznie niemożliwe. Nierzadko dochodzi także do zaniedbań higienicznych i problemów z utrzymaniem bezpieczeństwa. W efekcie zbieractwo zaczyna wpływać nie tylko na funkcjonowanie, lecz także na relacje i jakość życia – alarmuje dr Karolina Dyrla-Mularczyk.
Rozmówczyni zastrzega też, że granica między kolekcjonowaniem a patologicznym zbieractwem przedmiotów wcale nie przebiega tam, gdzie zwykle jej szukamy. – Nie zależy od liczby posiadanych przedmiotów. Kluczowe jest to, jaką funkcję pełnią dla nas przedmioty, jaką kontrolę mamy nad swoim zachowaniem i jak silnie gromadzenie rzeczy wpływa na nasze życie. Jeśli to my decydujemy o tym, co kupujemy, dlaczego to kupujemy i jaką rolę przedmiot pełni w naszej przestrzeni, mówimy o kolekcjonowaniu. Natomiast jeśli to rzeczy zaczynają decydować za nas – gdy przestrzeń życiowa traci swoją funkcję, w domu pojawiają się zanieczyszczenia, insekty lub gryzonie, a każda próba porządkowania wywołuje lęk i poczucie zagrożenia – to znak, że mamy do czynienia z zaburzeniem. Kolejnym sygnałem ostrzegawczym jest izolowanie się od ludzi, wstyd, unikanie gości czy konflikty rodzinne wynikające z nadmiernego gromadzenia. W takim przypadku przestajemy mówić o pasji, a zaczynamy mówić o zjawisku, które może stanowić realne zagrożenie dla zdrowia, zarówno psychicznego, jak i fizycznego. Jeśli więc przedmioty w naszym otoczeniu nie tylko zajmują przestrzeń, ale zaczynają nią rządzić, jeśli utrudniają normalne funkcjonowanie albo stają się dominującym elementem codzienności, to znak, że nie mamy już do czynienia ze zdrowym kolekcjonowaniem, lecz z przejawami patologicznego zbieractwa, wymagającego zrozumienia, wsparcia, a czasem także specjalistycznej pomocy – wyjaśnia psycholożka.
Czytaj więcej
Naukowcy przekonują, że styczność z odrobiną brudu w trakcie prac w ogrodzie jest wskazana dla zdrowia. Jakie korzyści wynikają z ogrodnictwa, upra...
Świadome wyznaczanie granic pomaga utrzymać zdrową relację z rzeczami
Choć indywidualne historie kolekcjonowania przedmiotów nie zawsze przebiegają według powyższego schematu, pewne sygnały świadczą o tym, że warto powstrzymać się od przyniesienia do miejsca zamieszkania kolejnych rzeczy i przed ich nabyciem pokusić się o chwilę refleksji. – Choć kupowanie pojedynczych przedmiotów wydaje się drobiazgiem, istnieją sygnały, które warto potraktować poważnie. Jednym z nich jest trudność z pozbywaniem się rzeczy, które od dawna nie mają znaczenia, są uszkodzone albo zwyczajnie przestały pełnić jakąkolwiek funkcję. Innym jest ukrywanie nowych nabytków przed bliskimi, często z poczucia wstydu lub świadomości, że decyzja o zakupie była impulsywna. Niepokojące jest również wtedy, gdy przestrzeń domowa staje się coraz bardziej zagracona, a przedmioty zaczynają przejmować kontrolę nad naszym otoczeniem: zajmują półki, stoły, kanapę, a w końcu podłogę, utrudniając swobodne poruszanie się. Kolejnym sygnałem ostrzegawczym może być narastający niepokój na samą myśl o porządkach czy oddaniu choćby jednej rzeczy, nawet jeżeli jest całkowicie zbędna – wymienia dr Karolina Dyrla-Mularczyk.
Przed decyzją o powiększeniu domowej kolekcji o kolejne akcesorium, sprzęt, książkę czy ubranie, warto zastosować się do przekazanych przez rozmówczynię wskazówek. – Zanim wprowadzimy do domu coś nowego, dobrze jest zatrzymać się na chwilę i zadać sobie kilka prostych pytań. Czy mam na ten przedmiot miejsce? Czy będę się z niego cieszyć także za tydzień lub miesiąc, czy jest to tylko efekt chwilowego impulsu? Czy decyzja o kupnie wynika z potrzeby, czy może z emocji: z nudy, stresu albo smutku? I wreszcie: czy ten przedmiot naprawdę wzbogaci moją kolekcję, czy jedynie „wydaje się przydatny”, choć w praktyce niewiele wniesie? Jeżeli odpowiedzi nie są jednoznaczne albo czujemy, że kieruje nami raczej impuls niż realna potrzeba, warto zrobić krok wstecz. Świadome wyznaczanie granic pomaga utrzymać zdrową relację z rzeczami, pozwalając, byśmy to my (a nie emocje czy kompulsje) decydowali o tym, co trafia do naszego domu. Dzięki temu kolekcjonowanie pozostaje źródłem przyjemności, a nie początkiem niekontrolowanego gromadzenia – tłumaczy psycholożka.
Czytaj więcej
Zgodnie z najnowszym badaniem, zajmowanie się sztuką czy rzemiosłem daje satysfakcję i poprawia zdrowie psychiczne w stopniu zbliżonym do pracy zaw...
Nowe przedmioty przynoszą krótkotrwałą ulgę i obniżenie napięcia
Gdy jednak nadmierna skłonność do gromadzenia rzeczy, na które od dawna brakuje już przestrzeni w miejscu zamieszkania właściciela, bierze górę nad zdrowym rozsądkiem, zachowania takie przypominają mechanizmy uzależnienia. Skonfrontowanie się z bolesną prawdą i poddanie się terapii może okazać się w takiej sytuacji koniecznym rozwiązaniem. – Nadmierna skłonność do gromadzenia rzeczy nie jest klasyfikowana jako uzależnienie, choć w praktyce klinicznej może przypominać uzależnienia behawioralne. Wcześniej, w DSM‑4 było ujmowane jako jeden z objawów zaburzenia obsesyjno‑kompulsywnego. Mimo że syllogomania nie jest uzależnieniem, towarzyszą jej procesy przypominające mechanizmy znane z uzależnień behawioralnych. Nowe przedmioty przynoszą krótkotrwałą ulgę i obniżenie napięcia, natomiast próby porządkowania wiążą się często z silnym dyskomfortem emocjonalnym i lękiem. To sprawia, że osoba żyje w błędnym kole napięcia i chwilowej ulgi, co znacząco utrudnia przerwanie tego wzorca – wyjaśnia dr Karolina Dyrla-Mularczyk. – Gdy pojawiają się niepokojące symptomy, najskuteczniejszą formą pomocy okazuje się psychoterapia poznawczo‑behawioralna (CBT). Uczy ona stopniowego tolerowania dyskomfortu związanego z pozbywaniem się przedmiotów, pracy nad przekonaniami podtrzymującymi gromadzenie oraz odzyskiwania kontroli nad własną przestrzenią. W wielu przypadkach konieczne bywa także równoległe leczenie zaburzeń współistniejących, szczególnie lękowych czy depresyjnych. Niekiedy wskazane może być również wsparcie farmakologiczne. Ogromną rolę odgrywa także obecność życzliwych bliskich, którzy wspierają osoby z syllogomanią. Patologiczne zbieractwo dotyczy bowiem często osób samotnych, zwykle po 50. roku życia, u których gromadzenie przedmiotów bywa próbą radzenia sobie z pustką, stratą, lękiem czy poczuciem utraty kontroli – zauważa rozmówczyni.
Niezależnie od wybranej kategorii skrupulatnie gromadzonych przedmiotów – od z pozoru niewinnych znaczków pocztowych, poprzez naparstki, wymyślne figurki kotów z odległych rejonów świata, poprzez magnesy przywożone z każdej zagranicznej wycieczki, maty do jogi, sprzęt elektroniczny, po niezliczone pary butów czy komplety rękawiczek – warto przed nabyciem kolejnego z nich zastanowić się, czy pokaźna kolekcja domowa ucierpi na ich braku. Wstrzemięźliwość w tym zakresie może przynieść wymierne korzyści: pozwoli swobodnie poruszać się między pomieszczeniami w miejscu zamieszkania, a także uniknąć konieczności ukrywania wszystkich nabytych rzeczy w osobistej Fortecy Wstydu.