Himalaistka Monika Witkowska: Droga bywa bardziej wartościowa niż samo osiągnięcie szczytu

- W górach ludzie pozbywają się masek, których zakładania wymaga od nich codzienne życie- mówi podróżniczka, pisarka, dziennikarka i przewodniczka wypraw trekkingowych, która w styczniu planuje nietypową wyprawę - do północnego Pakistanu.

Publikacja: 28.12.2023 13:00

Monika Witkowska: Góry to doskonałe miejsce, aby znaleźć tak potrzebne każdemu człowiekowi wyciszeni

Monika Witkowska: Góry to doskonałe miejsce, aby znaleźć tak potrzebne każdemu człowiekowi wyciszenie.

Foto: Archiwum prywatne

Od wielu lat zdobywa pani kolejne kamienie milowe w himalaizmie i ekstremalnej turystyce wysokogórskiej. W ubiegłym roku, jako druga Polka w historii po Wandzie Rutkiewicz stanęła Pani na szczycie K2. Czy bez gór nie wyobraża sobie pani życia?

Monika Witkowska: Zawsze gdy spoglądałam na określoną przełęcz lub szczyt – choćby tylko na mapie – rodziło się we mnie pytanie: jaki widok można by tam ujrzeć? Jakie skarby skrywają się za horyzontem? Wędrować więc zaczęłam z ciekawości świata, ale na przez lata moje motywacje również ulegały zmianie. Obecnie prowadzę bardzo intensywne życie, a góry to doskonałe miejsce, aby znaleźć tak potrzebne każdemu człowiekowi wyciszenie. Nadal też oczywiście fascynuje mnie punkt kulminacyjny całej wyprawy — dotarcie na szczyt — ale nauczyłam się również doceniać piękno i walory samej drogi do celu. Mogę nawet powiedzieć, że nie raz właśnie ta droga okazuje się bardziej wartościowa niż samo osiągnięcie szczytu. Warto iść dla samej drogi. Świadomie staram się nie używać nieco wojskowego terminu „zdobyć” górę, gdyż nie lubię tego określenia. Kojarzy mi się ono z chęcią ujarzmienia i podporządkowania sobie przyrody. A tymczasem w górach to bezapelacyjnie natura rozdaje karty. I to jest piękne. Ja nie traktuję gór sportowo, nie mam ambicji, żeby np. w określonym czasie wejść na ten czy na tamten szczyt. W pełni szanuję oczywiście osoby, które w ten sposób realizują swoją górską pasję, ale nigdy nie podzielałam takiego podejścia. Patrzę na góry raczej osobowo, dla mnie każda z nich ma swój indywidualny charakter. Mam również bardzo ciepłe i pozytywne doświadczenia dotyczące kontaktów międzyludzkich na górskich szlakach. Tam nić braterstwa jest silna, a ludzie w górach stają się bardziej otwarci, szczerzy. Pozbywają się różnych masek, których zakładania wymaga od nich codzienne życie.

Pani personifikujące podejście do gór uwidacznia się nawet w stosowanym przez panią w literaturze nazewnictwie. Górę Manaslu nazywa pani „Górą Kobiet”, z kolei do K2 odnosi się pani pełnym szacunku zwrotem „Jej wysokość”. Czyżby rzeczywiście te dwa szczyty miały coś więcej wspólnego z płcią piękną, niż się na pozór wydaje…?

Określenie Manaslu "Górą Kobiet" nawiązywało przede wszystkim do składu wyprawy, bo wspinałam się wtedy z koleżanką. Ale to prawda, przy pierwszym kontakcie z górą w mojej głowie rysuje się jej wyobrażenie jako osoby. Broad Peak kojarzył mi się od początku z silnym, niedostępnym emocjonalnie i dosyć upartym mężczyzną, podczas gdy K2 z nieco humorzastą kobietą (ze względu na częste zmiany pogody). Ale jeśli chodzi o powiązania K2 z kobietami to muszę przypomnieć funkcjonującą przez wiele lat legendę głoszącą, że ta góry nie lubi kobiet. Jej źródłem są tragiczne dla pań statystyki pokazujące, że od pierwszego wejścia w 1954 roku przez kolejnych 50 lat jedynie pięciu kobietom udało się stanąć na drugiej co do wysokości górze świata, no i wszystkie zginęły na ośmiotysięcznikach, w tym aż trzy jeszcze podczas zejścia z feralnego szczytu. Oczywiście K2 nie jest również jakoś szczególnie łaskawa dla panów, gdyż generalnie stanowi szalenie trudne wyzwanie. Pierwszy raz zimą udało się na nią wejść dopiero w 2021 roku! Jest tak niebezpieczna przede wszystkim ze względu na trudności wspinaczkowe i wysoko położone niebezpieczne miejsca, w tym słynny żleb zwany Szyjką Butelki znajdujący się na wysokości 8400 m. Dodatkowym czynnikiem są warunki pogodowe, sprawiające że warunki na niej bywają trudniejsze nawet niż na Mount Everest. Z powodu wysokiej liczby wypadków śmiertelnych, K2 nazywana bywa „Górą Mordercą”. Ja jednak zdecydowanie preferuję tytuł „Jej wysokości” [śmiech].

A jednak pani udało się na nią wspiąć. Czy to właśnie K2 okazała się największym wyzwaniem? Czy podczas wspinaczki na tę lub inne góry spotykały panią jakieś szczególnie niebezpieczne sytuacje?

Owszem, pod kątem czysto technicznym oraz mentalnym (legenda o kobiecej klątwie zrobiła swoje), K2 była dla mnie największym wyzwaniem. Ale to nie tam przeżyłam najbardziej mrożące krew w żyłach chwile. Podczas wspinaczki na Broad Peak w wyniku niedotlenienia straciłam przytomność i zaczęłam bezwładnie zjeżdżać w dół. Na szczęście, gdy znalazłam się niżej, ocknęłam się, uświadamiając sobie, że zbliżam się w szybkim tempie do przepaści. Udało mi się czekanem wyhamować tuż przed jej krawędzią.

Inne niebezpieczne doświadczenie, także na Broad Peak, dotyczyło zejścia z obozu 2 do bazy. Koleżance, z którą miałam schodzić proponowałam wyruszenie o 5 rano, gdy śnieg i lód są najbardziej zmrożone, więc ryzyko lawin wydaje się najmniejsze. Tyle, że wyczerpana nieudanym atakiem szczytowym koleżanka oświadczyła, że nie ruszy się przed godziną 8. Ależ byłam na nią wściekła! Później okazało się, że swoim uporem uratowała nam życie, gdyż tego dnia wyjątkowo wielka lawina, taka w której nie miałybyśmy szans na przeżycie, zeszła już o 5.00 rano!

Kolejny przypadek, kiedy otarłam się o śmierć, wydarzył się na najwyższym szczycie Alaski – Denali. Schodziłam wraz z kolegami ze szczytu, kiedy doszło do załamania pogody. Po drodze spotkaliśmy dwóch wspinaczy: Rumuna i Polaka. Obaj byli w fatalnym stanie, a ponadto Polak był do tej wyprawy zupełnie nieprzygotowany. Nie miał ani odpowiedniej kondycji, ani sprzętu (brak liny), a w dodatku jego powolne tempo zdecydowanie nie kwalifikowało go do wyruszenia na szczyt. Oczywiście nie mogliśmy zostawić tych ludzi na pewną śmierć. Zaczęliśmy schodzić razem, chociaż do liny przeznaczonej dla czterech osób z trudem udało nam się dopiąć jeszcze dwóch rosłych mężczyzn. To sprawiło, że oczywiście zaczęliśmy poruszać się znacznie wolniej, podczas gdy stan nowych towarzyszy pogarszał się dramatycznie. Zaczęliśmy zdawać sobie sprawę z tego, że możemy nie uratować życia im obu. Ale co robić? Wybrać jednego, któremu możemy pomóc, a drugiego skazać na śmierć? Jak dokonać takiego wyboru? Czy może zostawić ich i ratować siebie, aby zamiast dwóch ofiar śmiertelnych nie było sześciu…? To były piekielnie trudne decyzje. W końcu ustaliliśmy, że ja spróbuję sama zejść do obozu i poszukać pomocy, a koledzy będą zajmować się ratowanymi. Wcale nie było pewne, czy uda mi się samotnie i bez liny pokonać wiodącą przez teren lawinowy trasę do obozu. Udało się, ale w pamięci pozostało mi, jak krążę od namiotu do namiotu, budzę śpiących i pytam, kto pójdzie ratować walczących o życie ludzi. Nie było łatwo znaleźć ochotników, ale w końcu zgodzili się amerykańscy wojskowi, którzy przebywali tam na obozie treningowym. Sprowadzono szczęśliwie wszystkich, jednak Rumun stracił palce w wyniku odmrożeń. Niestety Polak nie zweryfikował swojego podejścia do gór. Nadal zachowywał się lekkomyślnie, czego konsekwencje niestety poniósł, ginąc dwa lata później w Andach.

Czytaj więcej

Polka na obczyźnie Ola Kuhn o pracy tłumacza i nie tylko: Od początku trzeba ustalać swoje stawki tak, aby się z nich utrzymać

Czy po tak emocjonujących przeżyciach na wysokościach, można jeszcze zaznać smaku przygody na nizinach?

Jak najbardziej! Góry są tylko jedną z moich licznych pasji. Oprócz nich uwielbiam też m.in. żeglarstwo, zwłaszcza takie w wersji oceanicznej, a także podróże „plecakowe”. Miałam też w życiu epizod sportów powietrznych (skoki spadochronowe, motolotnie, paralotnie). Muszę powiedzieć, że najmocniejsze przeżycie spotkało mnie właśnie podczas żeglowania wokół Czukotki. Wraz z kolegą ze Szwecji postanowiliśmy dokonać tego jako pionierzy wiedząc, że nie ma tam żadnych służb ratunkowych, więc w razie jakichkolwiek problemów możemy liczyć tylko na siebie. Tymczasem jednak to nie przyroda rzuciła nam pod nogi największe kłody, lecz ludzie. Rosjanie aresztowali nas dwukrotnie. Zostaliśmy postawieni przed sądem za nielegalne przebywanie na rosyjskich wodach, chociaż wymagane dokumenty posiadaliśmy. Pierwszy raz zawieziono nas na przesłuchanie i postawiono przed sądem zaraz po tym, jak zacumowaliśmy w porcie. Za drugim razem podpłynął do nas rosyjski okręt wojenny z działami skierowanymi w naszą stronę, po czym wzięto nas na hol, dając jako obstawę uzbrojonego żołnierza. Ostatecznie dostaliśmy do zapłacenia karę finansową w wysokości 17 dolarów, a także wbito nam do paszportów 5-letni zakaz wjazdu do Rosji. Ten okres już jednak minął. Powróciłam do Rosji, gdy tylko dobiegł końca.

Czy pomimo tylu już imponujących osiągnięć, ma pani jeszcze takie marzenia podróżnicze, które nadal czekają na realizację?

Oczywiście. Już za niecały miesiąc, w styczniu wyruszam wraz z koleżanką do północnego Pakistanu. Naszym celem jest Park Narodowy Deosai, drugi co do wysokości płaskowyż świata (pierwszym jest Tybet). Chcemy zrobić pierwszy w świecie zimowy trawers tych obszarów, co jest bardzo wymagającym zadaniem z racji tego, że zimą jest to miejsce zupełnie odcięte od jakiejkolwiek cywilizacji. To nie turystyczny Nepal. Nie ma nawet map tego terenu, więc tworzymy je same na podstawie zdjęć satelitarnych. Musimy być przygotowane na temperatury sięgające -40 C.

Chciałabym też wrócić jeszcze na Antarktydę. Byłam już na niej trzykrotnie, ale kocham to miejsce. Może wytyczyć tam jakiś nowy szlak? To marzenie jest jednak o tyle trudne do realizacji, że wiąże się z naprawdę kosmicznymi kosztami. Łączna cena wszystkich przelotów i pozwoleń może dojść do 100 tys. dolarów. A szukanie sponsorów zaczyna mnie coraz bardziej męczyć i frustrować. Zauważyłam bowiem, że wiele firm jest bardziej otwartych na wspieranie projektów męskich niż kobiecych. Oczywiście cieszę się, jak koledzy otrzymują środki na jakąś wyprawę, ale przykro mi, gdy kobiece pomysły traktowane są jako te gorszej kategorii. Często nie różnią się tak naprawdę niczym od męskich.

Na razie może więc trawers po Grenlandii? Albo rejs na Południową Georgię? Może wyprawa do Afganistanu, Sierra Leone, Bangladeszu…? Możliwości jest nieskończenie wiele, a każda – kusząca. W każdym razie zakończyłam moją przygodę z ośmiotysięcznikami. Trochę te góry zrobiły się za bardzo skomercjalizowane. W dodatku zbyt wielu znajomych tam straciłam, a każdą śmierć bardzo przeżywam. Czasem mówi się, że ktoś, kto bardzo kocha góry i w nich ginie, ma wymarzoną śmierć. Ja akurat tak nie uważam i tego nie chcę. Owszem, kocham góry, ale jest również tyle innych fascynujących obszarów na tej ziemi, że zdecydowanie nie chcę zostawać w górach na zawsze. Wiele ciekawych zakątków naszej planety jeszcze chcę zobaczyć...no i napisać kolejne książki!

Od wielu lat zdobywa pani kolejne kamienie milowe w himalaizmie i ekstremalnej turystyce wysokogórskiej. W ubiegłym roku, jako druga Polka w historii po Wandzie Rutkiewicz stanęła Pani na szczycie K2. Czy bez gór nie wyobraża sobie pani życia?

Monika Witkowska: Zawsze gdy spoglądałam na określoną przełęcz lub szczyt – choćby tylko na mapie – rodziło się we mnie pytanie: jaki widok można by tam ujrzeć? Jakie skarby skrywają się za horyzontem? Wędrować więc zaczęłam z ciekawości świata, ale na przez lata moje motywacje również ulegały zmianie. Obecnie prowadzę bardzo intensywne życie, a góry to doskonałe miejsce, aby znaleźć tak potrzebne każdemu człowiekowi wyciszenie. Nadal też oczywiście fascynuje mnie punkt kulminacyjny całej wyprawy — dotarcie na szczyt — ale nauczyłam się również doceniać piękno i walory samej drogi do celu. Mogę nawet powiedzieć, że nie raz właśnie ta droga okazuje się bardziej wartościowa niż samo osiągnięcie szczytu. Warto iść dla samej drogi. Świadomie staram się nie używać nieco wojskowego terminu „zdobyć” górę, gdyż nie lubię tego określenia. Kojarzy mi się ono z chęcią ujarzmienia i podporządkowania sobie przyrody. A tymczasem w górach to bezapelacyjnie natura rozdaje karty. I to jest piękne. Ja nie traktuję gór sportowo, nie mam ambicji, żeby np. w określonym czasie wejść na ten czy na tamten szczyt. W pełni szanuję oczywiście osoby, które w ten sposób realizują swoją górską pasję, ale nigdy nie podzielałam takiego podejścia. Patrzę na góry raczej osobowo, dla mnie każda z nich ma swój indywidualny charakter. Mam również bardzo ciepłe i pozytywne doświadczenia dotyczące kontaktów międzyludzkich na górskich szlakach. Tam nić braterstwa jest silna, a ludzie w górach stają się bardziej otwarci, szczerzy. Pozbywają się różnych masek, których zakładania wymaga od nich codzienne życie.

Pozostało 83% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Wywiad
Luna: Nie czuję, że na Eurowizji poniosłam porażkę
Wywiad
Małgorzata Foremniak: Nie warto poświęcić siebie dla drugiego człowieka
Wywiad
Pisarka Małgorzata Oliwia Sobczak stworzyła "Kolory zła: Czerwień". Mówi, że to terapia
Wywiad
Reżyserka Maja Kleczewska: Warszawa nie potrzebuje "Wesela"
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Wywiad
Polka w Monako Dominika Eisenberg: Niedziela jest dniem na rozmawianie o wszystkim, tylko nie o pracy
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą