Reklama

„Kosmos już tu jest”. To ona od zera wdrażała technologię, z której korzystają dziś miliardy ludzi

Wciąż zaskakuje mnie, jak mało społeczeństwo wie o kosmosie. Traktujemy go jak ciekawostkę, a nie gałąź gospodarki. A przecież technologii satelitarnych używamy kilkadziesiąt razy dziennie – mówi Justyna Redełkiewicz, pionierka wykorzystania technologii kosmicznych na Ziemi.
Działania Justyny Redełkiewicz zostały docenione przez ONZ jako realny wkład w realizację Agendy 203

Działania Justyny Redełkiewicz zostały docenione przez ONZ jako realny wkład w realizację Agendy 2030. Od 12 lat mieszka w Pradze.

Foto: Archiwum prywatne

Jesteś ekonomistką, a związałaś się z sektorem kosmicznym. Jak trafiłaś do Europejskiej Agencji do Spraw Programów Kosmicznych?

Od dziecka fascynowała mnie nauka i technologia. Moim ulubionym serialem było „Archiwum X” z agentką Daną Scully. Traktowałam ją jako prawdziwy wzór do naśladowania. Dziś mówi się o „efekcie Scully” – i ja jestem jego przykładem. Marzyłam o tym, by pracować przy ważnych, przełomowych projektach, choć wtedy nie przypuszczałam, że zaprowadzi mnie to do kosmosu.

Od kiedy pamiętam interesowałam się też naukami przyrodniczymi. W podstawówce prowadziłam dzienniki obserwacyjne, oglądałam komórki pod mikroskopem. W liceum wciąż rozwijałam swoją wiedzę w klasach o profilu biologiczno-chemicznym, startowałam w wielu olimpiadach chemicznych, jednak nie zdecydowałam się na studia w tym kierunku. Pochodzę z niewielkiej wsi w województwie zachodniopomorskim i wtedy 26 lat temu już samo pójście na studia było ogromnym sukcesem, ale wciąż silne było przeświadczenie, że po chemii czy biologii można tylko uczyć w szkole.

W 2000 r. Polska ekonomicznie rosła w siłę, ale zwiększało się bezrobocie. Na nas, maturzystach, ciążyła więc presja, żeby pójść na takie studia, które zapewnią nam pracę. Z racji miejsca urodzenia, stosunki międzynarodowe wydawały się dobrym, racjonalnym wyborem. Dzisiaj zdecydowałabym pewnie inaczej.

Zanim trafiłaś do Brukseli, uzyskałaś dyplom MBA na uniwersytecie w Peru. Myślałaś o pracy w tym regionie?

Tuż po studiach zaczęłam pracę w firmie Nestle w Warszawie. Byłam z niej zadowolona, ale ciągnęło mnie do świata. W 2005 r. wzięłam udział w konkursie organizowanym przez „Gazetę Wyborczą” i PricewaterhouseCoopers, w którym trzeba było napisać biznesplan. A ponieważ w tamtym czasie w naszym kraju zaczęły powstawać pierwsze centra offshoringowe, zaproponowałam strategię stworzenia takiego centrum. Mój projekt okazał się bardzo dobry. Konkurs wygrałam.

Myślałam, że nagrodą będą bilety lotnicze, a okazało się, że są nią studia MBA w Niemczech warte 25 tysięcy euro. To była wtedy dla mnie astronomiczna kwota. Studia zostały wprawdzie opłacone, ale co z utrzymaniem? Rodzice byli w stanie dać mi 150 euro na miesiąc. To było zdecydowanie za mało, żeby za tę kwotę wynająć mieszkanie, kupić jedzenie i ubranie. Do tego, choć Polska była już w Unii Europejskiej, to w wyniku obostrzeń, nie mogłam sobie dorobić. Nikt nie chciał mnie zatrudnić, więc musiałam poradzić sobie inaczej. Razem z grupą Hindusów i Peruwiańczyków wynajęliśmy więc duże czteropokojowe mieszkanie i zamieszkaliśmy w nim całą grupą. Było to najlepsze rozwiązanie, bo po podzieleniu kosztów, wychodziło nam 70 euro od osoby. Wspólne mieszkanie sprawiło, że zafascynowałam się kulturą hinduską i peruwiańską, gdy więc pojawiła się możliwość, żeby w ramach MBA jeden semestr spędzić w innym kraju, to bez wahania wybrałam Peru. Gdy tylko znalazłam się na miejscu, od razu zachorowałam na salmonellozę i schudłam chyba z 15 kg. Ale niczego nie żałuję, to był fantastyczny czas w moim życiu. Nie myślałam o zostaniu tam jednak na dłużej, bo w Brukseli czekał na mnie mój partner. Po powrocie z Ameryki Południowej zamieszkałam w Belgii.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Wnuczka Jolanty Wadowskiej-Król o babci i „Ołowianych dzieciach”: Ludzie dobrze wspominają hutę

I jakie były twoje doświadczenia w Brukseli?

Nie mówiłam wtedy jeszcze po francusku, więc znalezienie pracy było prawdziwym wyzwaniem. Gdy dowiedziałam się, że polska firma Comarch otwiera swoje biuro w Brukseli, potraktowałam to jako swoją szansę i znak od Boga. Jednak kilkukrotne próby aplikowania nie przyniosły rezultatu. W końcu udało mi się porozmawiać z jednym z dyrektorów podczas Targów Pracy i przekonać go, żeby „dał mi szansę”. Wiązało się to z wyjazdem do Krakowa na 3-miesięczny staż i pracą niemal za darmo, ale udało mi się ich przekonać do siebie. Zatrudnili mnie i wysłali do Brukseli, żebym stamtąd sprzedawała oprogramowanie dla firm telekomunikacyjnych na rynek hiszpański. Z czasem nauczyłam się francuskiego. Częściowo mogłam także pracować po angielsku. Szybko stałam się kluczowym pracownikiem.

W Comarchu pracowałam półtora roku. Teraz po dwudziestu kilku latach spotkałam się z byłymi znajomymi z tej organizacji i założyliśmy razem firmę. To jest naprawdę niezwykłe, jak przeplatają się nasze ścieżki życia.

Potem była Toshiba.

Zwerbował mnie do tej firmy headhunter. To było jedno z najtrudniejszych doświadczeń kulturowych w mojej karierze.

Jestem osobą szybką i efektywną. Lubię sprawnie podejmować decyzje i działać dynamicznie, co mocno kontrastuje z japońską kulturą pracy. Codziennie odbywały się dwugodzinne strategiczne spotkania z zarządem, podczas których analizowano decyzje, które ostatecznie nigdy nie zostały wdrożone. Strasznie mnie to wtedy frustrowało, ale teraz z perspektywy czasu myślę, że nauczyło mnie bardziej długofalowego myślenia i analizowania wszystkich możliwych konsekwencji. Pod tym względem to była ciekawa lekcja.

Bardzo doceniałam w Japończykach stawianie jakości na pierwszym miejscu, dopieszczanie produktu w jak najdrobniejszym szczególe, dbałość o jakość materiałów, konstrukcję urządzeń, ale negatywna motywacja obcinała mi skrzydła. Byłam odpowiedzialna za dział produktów i zarządzałam siecią sprzedaży wszystkich dystrybutorów w Europie. W tym czasie Toshiba wprowadziła na rynek komputery kasowe, a ja nadzorowałam ich sprzedaż na całym Starym Kontynencie. Bardzo dużo wtedy jeździłam i odpowiadał mi taki styl pracy. Jeden tydzień byłam w Moskwie, kolejny na Cyprze, później leciałam do Grecji. Jednak japońska filozofia pracy, oparta na nieustannym podnoszeniu poprzeczki, zupełnie do mnie nie trafiała. Zrobiłeś dobry wynik i przekroczyłeś normę o 20 proc.? Nie spodziewaj się pochwały. Zamiast tego usłyszysz: A dlaczego nie więcej?!

Reklama
Reklama

Wiem, o czym mówię, bo w 2008 r., kiedy Europa była pogrążona w kryzysie ekonomicznym, zwiększyłam sprzedaż o 20 proc. i zarobiłam dla firmy ok. 2,5 miliona euro. Idąc na spotkanie z dyrektorem, byłam pewna, że dostanę gratulacje i premię, a zamiast tego usłyszałam: „Widzę, że masz ładny wynik, ale mogłabyś wykręcić jeszcze wyższy”. Zamarłam. Wiedziałam, że inne działy radziły sobie gorzej, a mimo wszystko nie usłyszałam nawet słowa „dziękuję”.

Później, gdy sprzedaż zaczęła globalnie spadać, nasz dyrektor dostał z Japonii przesyłkę. Otworzył ją w trakcie spotkania. W środku był nóż. Oczywiście oni nie chcieli, żeby popełnił samobójstwo, ale wysłali wyraźny sygnał. Dla mnie to było szokujące doświadczenie.

I po Toshibie trafiłaś do Europejskiej Agencji do Spraw Programów Kosmicznych?

Znajomi z instytucji unijnych namawiali mnie, żebym spróbowała do tych struktur zaaplikować. Szczerze mówiąc, nie widziałam siebie w pracy administracyjnej. Zawsze takie zajęcie wydawało mi się nudne. Ale mimo wszystko zaczęłam przeglądać różne programy unijne, a gdy w pewnym momencie przeczytałam o europejskich programach kosmicznych, to aż mną wstrząsnęło. Miałam ciarki na całym ciele. Wiedziałam, że muszę pójść w tym kierunku.

Teraz myślę, że los tak chciał, bo szukano kogoś z profilem ekonomicznym do różnego rodzaju analiz wpływu technologii kosmicznych na gospodarkę. I tak trafiłam do GSA – Agencji Do Spraw Programów Kosmicznych – bo tak się wtedy nazywała. Ten zbieg okoliczności otworzył mi drzwi do świata sektora kosmicznego.

Czytaj więcej

Wysoka cena bezpiecznych mediów społecznościowych. Moderatorka treści o swojej pracy

Byłaś wtedy w ciąży.

Kiedy pojawiło się ogłoszenie, byłam mniej więcej w szóstym miesiącu ciąży. Od razu zaaplikowałam. Byłam przekonana, że jeśli w ogóle ktoś się odezwie, to po kilku miesiącach, bo procesy rekrutacyjne w strukturach unijnych potrafią trwać dość długo.

Reklama
Reklama

Ku mojemu zaskoczeniu – dwa tygodnie po złożeniu aplikacji dostałam telefon z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną. Pamiętam, że powiedziałam wtedy, że „jestem trochę w ciąży”, bo od początku chciałam to zaznaczyć. Usłyszałam politycznie poprawną odpowiedź o równouprawnieniu, ale w duchu pomyślałam: „Kto zatrudni kobietę w ciąży?”. Do kolejnych testów i rozmów podeszłam na luzie, ale jednocześnie byłam zmotywowana. Ostatnią rozmowę kwalifikacyjną miałam w ósmym miesiącu ciąży. Pamiętam, że zapytali mnie wtedy, kiedy mogę dołączyć, więc powiedziałam: „Dajcie mi chwilę. Urodzę i przyjdę”.

Po trzech miesiącach po urodzeniu syna byłam już w pracy. Podejrzewam, że dzisiaj nie oddałabym trzymiesięcznego syna do żłobka, ale wtedy to było naturalne podejście. W Belgii kobiety bardzo szybko wracają do pracy, bo system wsparcia dla rodziców jest dobrze rozwinięty. I wtedy po trzech miesiącach zaczęła się najpiękniejsza przygoda mojego życia, która trwała 15 lat.

Gdybym zapytała cię o twój największy sukces podczas pracy w agencji kosmicznej, to co by to było?

Pracę w Agencji Unii Europejskiej ds. Programu Kosmicznego (EUSPA) podzieliłabym na trzy etapy. Zaczynałam jako ekonomistka, zajmując się monitorowaniem rynku, ale bardzo szybko zrozumiałam, że chcę pracować bardziej technicznie. Intensywnie się dokształcałam – brałam udział w szkoleniach, kursach, uczyłam się po nocach. Po dwóch-trzech latach intensywnej nauki zarządzałam już zespołem technicznym.

Największy sukces osiągnęłam w pierwszej fazie pracy w agencji, bo powierzono mi projekt, który trafia się raz w życiu: wdrożenie europejskiego programu Galileo do telefonów komórkowych. Galileo to europejski odpowiednik GPS-a – niezależny, bardzo precyzyjny system nawigacji satelitarnej.

To było ogromne wyzwanie, ale też niesamowita szansa. Teraz niezmiennie odczuwam ogromną satysfakcję, że miliardy ludzi korzystają z technologii, którą wdrażaliśmy od zera.

Reklama
Reklama

Jednak początki były bardzo trudne. Kiedy zaczynaliśmy, Galileo miało zaledwie dwa satelity, a kolejne zostały wyniesione na złą orbitę, więc nikt nie wierzył, że ten system kiedykolwiek zostanie ukończony. Według pierwotnych założeń, miał być gotowy w 2008 r., a pełną funkcjonalność osiągnął dopiero w 2020 r..

Pamiętam, że nikt nie chciał ze mną współpracować. Wymyśliłam więc bardzo zaawansowane technicznie testy w naszym laboratorium, żeby przekonać producentów chipsetów do współpracy i pokazać, że Galileo naprawdę działa. Po dwóch latach ciężkiej pracy udało się. Mieliśmy pierwszy chip, a w 2016 r. pierwszy telefon z Galileo. Do dziś pamiętam to niesamowite uczucie, gdy dostałam pierwszy aparat, w którym mogłam sprawdzić, czy jest sygnał europejskiego GPS-a. Wtedy, żeby ustawić lokalizację, trzeba było podejść do okna i czekać 12 minut na załadowanie sygnału. Do tej pory mam ten telefon w domu.

Czytaj więcej

Aleksandra Uznańska-Wiśniewska: Obowiązkiem Polski jest wykorzystanie misji Sławosza dla obronności kraju

Od tamtej pory nastąpił przełom. Poleciałam do Korei Południowej i odwiedziłam Samsung Digital City w Suwon pod Seulem, czyli „miasteczko Samsunga”, żeby przekonać ich do wdrożenia Galileo. To „miasto w mieście” zostało wybudowane dla pracowników największej koreańskiej firmy – z własną infrastrukturą, w tym biurami, laboratoriami, przedszkolami, restauracjami i autobusami, które kursowały pomiędzy blokami. Tam właśnie próbowałam się przebić, żeby Samsung chciał zacząć używać właśnie Galileo.

Udało się?

Udało! Potem do Samsunga dołączyło Apple i inni producenci. Dziś praktycznie każdy Europejczyk ma Galileo w swoim telefonie i to jest naprawdę fantastyczne! Kiedy pokazuję ludziom, jak sprawdzić, które satelity na bieżąco wykorzystuje nasz telefon, czuję ogromną satysfakcję.

Reklama
Reklama

Jak to zrobić?

Wystarczy pobrać aplikację GPS Test. Po przybliżeniu telefonu do okna lub wyjściu na zewnątrz – zobaczymy, jakie satelity widzi nasz telefon. Aplikacja ta pokazuje parametry typu: dokładność lokalizacji, wysokość, na której się znajdujemy, a także długość i szerokość geograficzną.

Kiedy jestem w samolocie i włączam tryb samolotowy, wiem, że nasz odbiornik działa i mogę sprawdzić wysokość lotu. Ostatnio mieliśmy bardzo trudne lądowanie we mgle w Warszawie. Pułap chmur był na wysokości 60 m, była to więc wysokość decyzyjna, po której przekroczeniu pilot musiał wylądować. Dzięki tej aplikacji monitorowałam wysokość i pół samolotu patrzyło w mój telefon, jest to więc naprawdę użyteczne narzędzie.

Później zaczęłam pracować nad obserwacją Ziemi i programem Copernicus. To też był kolejny fascynujący etap. EUSPA powstała jako agencja nawigacyjna i dopiero później rozszerzyła swoje pole działania o kolejne technologie kosmiczne. Tworzyłam zespół ekspertów geoinformacji, nie znając tej technologii, więc jak zwykle dokształcałam się i uczyłam po nocach.

Technologia ta pomaga w określeniu strat w sytuacji kataklizmów: powodzi czy tsunami.

Wokół Ziemi na tzw. niskiej orbicie krążą różne satelity obserwacyjne. Jedne widzą jak ludzkie oko, inne używają radaru. Technologia Synthetic Aperture Radar (SAR) pozwala widzieć Ziemię niezależnie od zachmurzenia i pory dnia.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Diana Łapińska-Sanocka: Praca w Google to działanie w mozaice kulturowej

Ważne jest korzystanie z różnych częstotliwości w obserwacji Ziemi, bo gdy jesteśmy na orbicie i patrzymy tak jak ludzkie oko, to bardzo często widok zasłaniają nam chmury. W Polsce z tego powodu nawet do 70 proc. zobrazowań wyrzucamy do kosza.

Zdjęcia satelitarne są dostępne około 15 lat wstecz i można na nich zobaczyć, jak rosły miasta, jak zmieniała się gospodarka przestrzenna, jak topnieją lodowce czy powiększa się wyspa śmieci na oceanie. Wszystkie te informacje dostarczają nam właśnie satelity.

Później zarządzałaś programem wsparcia dla startupów Cassini – wartym miliardy euro.

Tak. To był bardzo satysfakcjonujący czas. W trzy lata wsparliśmy ponad 600 firm.

Wspomniałaś, że kiedy pracowałaś w Toshibie negatywna motywacja była dla ciebie źródłem cierpienia i frustracji. Zastanawiam się, jaki model przywództwa jest ci bliski? Jak zarządzałaś swoim zespołem? 

Oczywiście dużo bliższe mojemu sercu jest zarządzanie pozytywne, ale kiedyś przeczytałam o nurcie: energy-based management, czyli zarządzaniu energią zespołu i zaczęłam go stosować. Prosiłam moich pracowników, żeby monitorowali poziom swojej energii i zaznaczali, które zadanie ich drenuje (na czerwono), które jest neutralne (na żółto), a które dodaje im energii (na zielono). Przy tworzeniu rocznych planów działania pilnowaliśmy, żeby drenujące zadania nie przekraczały 25 proc. Oczywiście to nie jest możliwe, żeby całkowicie je wyeliminować, więc jasno komunikowałam zespołowi, że każdy ma swoją porcję ciężkich zadań do zrobienia, ale dzielimy je po równo.

Wprowadzenie tego modelu wymagało obserwacji i poznania zespołu, ale zmuszało też do samoobserwacji i zwiększało samoświadomość. Moi pracownicy wiedzieli, że może dzisiaj od 12:00 do 14:00 trochę się pomęczą, ale potem mają całe popołudnie na zielono. Efekt był wyraźny: motywacja rosła, a wraz z nią jakość pracy. Głęboko wierzę, że ktoś, kto lubi to, co robi, daje firmie zdecydowanie więcej.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że „kosmos już tu jest”.

Wciąż zaskakuje mnie, jak mało społeczeństwo wie o kosmosie. Traktujemy go jak ciekawostkę, a nie gałąź gospodarki czy źródło dochodów. A przecież technologii satelitarnych używamy kilkadziesiąt razy dziennie. Każdy z nas. Gdy jedziemy do pracy, prowadzi nas satelita, który jest 20 tys. km od nas. Gdy sprawdzamy pogodę, korzystamy z pomiarów satelitów meteorologicznych. Technologie satelitarne są niezbędne podczas wojny w Ukrainie.

Wciąż w Polsce brakuje przejścia od ciekawostki naukowej do zajęcia, z którym można związać swoją przyszłość. Niepokoi mnie choćby to, że choć studiowanie technologii kosmicznej jest w Polsce możliwe, bo na AGH jest Wydział Technologii Kosmicznych, to maturzyści nie biorą tych kierunków pod rozwagę. A szkoda, bo jest to prężnie rozwijający się sektor gospodarki. Pracy jest bardzo dużo, ale niestety kadr wciąż brakuje. W Polsce mamy naprawdę świetne talenty. To przecież Polacy budują najlepsze systemy sztucznej inteligencji i przodują w wielu różnych dziedzinach. Możemy przodować też w sektorze kosmicznym, tylko potrzebujemy więcej zainteresowania i więcej młodych osób kształcących się w tym kierunku.

Po 15 latach odeszłaś z agencji. Dlaczego?

Z kilku powodów. Kiedy zaczynałam, agencja była 30-osobowym startupem. Teraz to organizacja licząca razem z kontraktorami około 600 osób. To jest po prostu inne miejsce. Wraz ze wzrostem agencji, liczby pracowników, ale też budżetu i struktur firma zmieniła swój charakter i stała się korporacją, w której procesy spowolniły, a agencja stała się ustrukturyzowanym tworem.

Po wdrożeniu Galileo w telefonach, dronach i tworzeniu struktur organizacji, czułam, że coraz mniej się uczę, a ponieważ zawsze marzyłam o własnym biznesie i większej niezależności, postanowiłam założyć własną firmę. Chciałam też móc pracować z dowolnego miejsca na świecie i lepiej łączyć życie rodzinne z zawodowym. W instytucjach unijnych to trudne – trzeba być fizycznie w biurze. W końcu zdecydowałam się odejść i wyjść ze strefy komfortu, ale nie żałuję. Wiem, że to była dobra decyzja. Dzisiaj mam klientów z całej Europy, a nawet ze świata.

Właśnie rozpoczęłam program mentoringowy dla 22 przedsiębiorstw w Kolumbii i Panamie. W tej części świata szczególnie widoczna jest degradacja lasów deszczowych oraz wybrzeży, dlatego mieszkańcy tych regionów już dziś bardzo wyraźnie odczuwają wpływ zmian środowiskowych na swoje życie.

Czytaj więcej

Magda Wierzycka jedną z najbogatszych kobiet w RPA: Tutaj mój głos ma znaczenie

Poza tym praca z nimi jest naprawdę niezwykłym doświadczeniem kulturowym. Po latach pracy w Czechach i z różnymi nacjami z Europy odzwyczaiłam się od tak emocjonalnego stylu komunikacji. Spotkania z Ameryką Południową to zupełnie inny świat – pełen dramatów emocjonalnych, ekspresji i niemal „telenowelowej” intensywności w biznesie. Kiedy spotykam się z tamtejszymi firmami, często słyszę powitanie: „Bienvenido con todo corazón”, czyli „Witaj z całego serca”. Wszystko jest tam bardzo otwarte, szczere i widoczne na pierwszy rzut oka.

Czy trudno być kobietą, pracując w sektorze kosmicznym?

Nigdy nie spotkałam się z żadną dyskryminacją. Zawsze czułam się bardzo dobrze jako kobieta wśród samych mężczyzn i często robiłam z tego atut. Lubiłam wkładać wysokie szpilki albo ubierać czerwone kostiumy, żeby trochę zaburzać energię spotkania.

To bardzo ważne, żeby w tej branży była różnorodność płci. Wielokrotnie prezentowałam inne spojrzenie od mężczyzn i ostatecznie dodawało to wartości projektowi.

Branża kosmiczna jest specyficzna pod tym względem, że większość, czyli 90 proc. osób – pracuje z pasji. Nawet jeśli wchodzimy na spotkanie i na pierwszy rzut oka wydaje nam się, że ktoś jest inny, to za moment mówimy już tym samym językiem, bo mamy wspólną pasję i wspólną wizję, która nas łączy ponad podziałami. Zachęcam kobiety, żeby spróbowały swoich sił w sektorze kosmicznym. Słyszałam od wielu koleżanek w innych branżach, że u nich tak różowo nie jest, a w sektorze kosmicznym traktujemy siebie bardzo równo.

Czy Polacy są widoczni w branży kosmicznej?

15 lat temu branża kosmiczna w Polsce praktycznie jeszcze nie istniała. Potem stopniowo wraz z powstaniem Polskiej Agencji Kosmicznej i napływem pieniędzy na badania, zaczęły powstawać pierwsze firmy takie jak Creotech, które z biegiem lat naprawdę się rozwinęły. Dzisiaj muszę powiedzieć, że sektor kosmiczny w Polsce bardzo prężnie się rozwija. Liczymy się już w Europie. W Polsce działają firmy z różnych obszarów – od budowy satelitów, przez rozwój zaawansowanych sensorów, aż po analizę danych satelitarnych. Te kompetencje są już u nas obecne. Uważam jednak, że jako kraj liczący blisko 40 milionów mieszkańców moglibyśmy rozwijać ten sektor jeszcze intensywniej.

Od 20 lat mieszkam za granicą i Polska dla świata jest tygrysem Europy. Wzrostu ekonomicznego zazdroszczą nam Hiszpanie, Włosi czy Francuzi. Jesteśmy też hubem obronności. W ciągu trzech miesięcy sprowadziłam do Krakowa drugą firmę z zagranicy. Uważam, że jest to złoty moment dla Polski i mam nadzieję, że go wykorzystamy.

Wspomniałaś, że od lat mieszkasz za granicą. Dlaczego zdecydowałaś się zamieszkać w Pradze? Jak ci się tam mieszka?

Od 12 lat mieszkam w Czechach, a to dlatego, że choć EUSPA powstawała w Brukseli, to państwa członkowskie zabiegały o to, żeby agencje unijne przeniosły się do ich krajów. Chodzi o miejsca pracy, ale też prestiż. Polska wygrała Frontex, a Czechy – Europejską Agencję Programów Kosmicznych. Przenieśliśmy się tam wszyscy – Hiszpanie, Włosi i Francuzi. To była niesamowita przygoda. Choć na początku przeżyłam większy szok kulturowy niż w Belgii, a to dlatego, że Czesi są dużo bardziej zdystansowani, to kultura dość zimna, zbliżona do niemieckiej i austriackiej. Tutaj nie zaprasza się znajomych do domu, nie ma otwartości na innych. Na początku bardzo mi to przeszkadzało, a dziś doceniam czeską powściągliwość. Mają mniej relacji, ale są one trwalsze i głębsze. Nie wpuszczają tak łatwo do swojego bliskiego kręgu osób z zewnątrz. Muszę też podkreślić, że Czesi jako naród są bardzo szczerzy, czyści i uporządkowani. To bardzo przyjemne miejsce do życia.

Krąży stereotyp, że Czesi nie lubią Polaków.

To nieprawda. Oni są po prostu chłodni w pierwszym kontakcie wobec wszystkich. Nie tylko wobec Polaków. To nie są osoby, które wyściskają cię na dzień dobry. Nigdy nie spotkałam się z żadną dyskryminacją, a wręcz przeciwnie, gdy mówiłam, że jestem z Polski, to prawie każdy Czech opowiadał mi o jakimś wujku, cioci czy kuzynie z Cieszyna, zaczynał przekonywać, że „mówi prawie po polsku” i wymieniał polskie słowa.

Czytaj więcej

Polka w Malezji. „Tutaj epatuje się bogactwem, a cała elita gra w golfa”

Władasz sześcioma językami, ciągle się dokształcasz. Jak na to wszystko znajdujesz czas?

Na co dzień doradzam startupom – firmom, które pracują nad innowacyjnymi rozwiązaniami, a żeby to zrobić najlepiej, muszę znać najnowsze trendy rynkowe i przewidzieć, gdzie będzie kolejne tornado. Tomasz Karwatka w książce pt. „Pierwsze pięć lat prowadzenia firmy”, tłumaczy, że kluczem do osiągnięcia sukcesu jest złapanie tornado, czyli nowego trendu i wykorzystanie tego momentu. Teraz jest nim obronność, na którą w najbliższych latach będą przeznaczane bardzo duże inwestycje, więc już dzisiaj przesterowuję firmy na obronność.

Uwielbiam o tym czytać, dużo wiedzy dostaję też od swoich klientów, natomiast, skąd ja na to znajduję czas? To nie jest tak wszystko kolorowe, jak mogłoby się wydawać. Praca w sektorze kosmicznym wymaga bardzo dużego zaangażowania. Pamiętam, że ze stresu sparaliżowało mi pół twarzy. Przez jakiś czas musiałam dochodzić do siebie.

Szczególnie trudne było łączenie pracy i macierzyństwa. Mieszkałam w Pradze, mąż w Brukseli, przez długi czas musiałam sobie radzić sama.

W szczycie mojej kariery, kiedy miałam bardzo małe dziecko i praktycznie wszystko było na mojej głowie, przeżyłam moment skrajnego wyczerpania. Podczas dużego kongresu technologii kosmicznych w Monachium, stojąc na scenie przed salą pełną około 600 osób, zemdlałam z przemęczenia.

Pamiętam wiele bardzo stresujących sytuacji. Zdarzało się, że o szóstej rano wychodziłam na lot do Brukseli, mijałam się w drzwiach z nianią, a wracałam dopiero wieczorem około 21:00, znów wymieniając się z nią w drzwiach. Kiedyś spotkanie się przedłużyło, na drodze na lotnisko był korek i bałam się, że nie zdążę na samolot, a nie miałam nikogo w kraju, kto mógłby zająć się moim dzieckiem – niania musiała już wyjść. Pamiętam, że powiedziałam wtedy taksówkarzowi: „Ma pan 15 minut, musi mnie pan dowieźć na lotnisko”. Prawdopodobnie złamaliśmy po drodze wszystkie przepisy, ale zdążyłam i mogłam przejąć dziecko od niani.

Życie za granicą oznacza też brak bliskiej rodziny na co dzień – jesteśmy zdani głównie na siebie. Pamiętam sytuację z czasów, gdy mój syn chodził do przedszkola. Wróciłam późno wieczorem z delegacji, około 22:00, spojrzałam w kalendarz i zobaczyłam, że następnego dnia jest w przedszkolu przyjęcie halloweenowe. Było już za późno, żeby kupić kostium, więc do trzeciej nad ranem szyłam strój duszka z prześcieradła.

Wiele razy miałam momenty, w których czułam, że nie dam rady. Dziś jest inaczej – nauczyłam się rozsądniej planować swój czas. Nawet jeśli jakiś projekt jest bardzo ciekawy i kusi mnie, żeby go podjąć, to wiem, że mam już siedemnaście innych zobowiązań, więc po prostu go nie biorę. Udało mi się wypracować lepszą równowagę między życiem zawodowym a prywatnym, choć zajęło mi to kilka lat.

Zostańmy jeszcze chwilę przy macierzyństwie. Które zwyczaje dotyczące opieki nad dziećmi za granicą były dla ciebie trudne do zaakceptowania? A które przyjęłaś i polubiłaś?

W kulturze francuskiej dzieci są częścią rodziny i uczestniczą w jej normalnym życiu. Chodzi mi o to, że Francuzi, Hiszpanie czy Włosi bardzo późno jedzą kolacje, o godz. 21:00, a czasem nawet później, i uczestniczą w nich dzieci. Dwulatkowie czy trzylatkowie bawią się, wchodzą pod stół, hałasują i nikt się nimi nie przejmuje. Spać chodzą po północy i nikt nie ma z tym problemu. Tymczasem w Polsce bardzo się dba o dobowy rytm dziecka, zapewniając mu spokój, ciszę i odpowiednią dawkę snu.

Natomiast w Belgii najbardziej zszokowało mnie to, gdy tuż po porodzie, lekarz zapytał mnie, czy chcę dostać specjalny hormon, żeby nie mieć mleka. Gdy zapytałam, dlaczego, usłyszałam, „żeby nie zdeformować piersi”. Wyrosłam w kulturze matki Polki, więc takie podejście wydało mi się nie do pomyślenia.

Czytaj więcej

Polka w Nowej Zelandii: Na antypodach jesteśmy szanowani za uczciwość i pracowitość

Natomiast Czechy uwielbiam za to, że tutaj dorośli uprawiają sporty z dziećmi. Gdy są bardzo małe, towarzyszą rodzicom w wózeczkach, a później przesiadają się na rowerki. Bardzo mi się to podoba, że od małego uczone są zdrowego trybu życia i spędzania czasu na świeżym powietrzu.

Jakie masz plany na najbliższe lata?

Teraz skupiam się na rozwoju swoich dwóch firm. Odchodząc z EUSPY założyłam w Czechach firmę doradzającą startupom. Pół roku temu, spotkałam się z moimi byłymi współpracownikami z Comarchu i powołaliśmy firmę konsultingową w Polsce. Koncentrujemy się na cyberbezpieczeństwie i sztucznej inteligencji w połączeniu z technologiami kosmicznymi.

Czy planujesz powrót do Polski?

Jestem coraz częściej w Polsce. Dwa tygodnie w miesiącu spędzam w kraju, bo związałam się zawodowo z Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie, gdzie prowadzę kursy z technologii satelitarnych dla osób już pracujących w branży. Mam nadzieję, że moją wiedzę i doświadczenie będę mogła wykorzystać w kraju. Taki mam plan.

Przez najbliższe dwa lata będę kursować jeszcze pomiędzy Pragą a Warszawą, bo mój syn chodzi w Czechach do liceum. Potem jestem wolna i mogę podejmować szalone decyzje. Może nawet wyprowadzę się na drugi koniec świata na kilka lat? Kto wie. Lubię zmiany i nowe przygody. Jestem otwarta na różne ciekawe doświadczenia.

Czy chciałabyś polecieć w kosmos?

Bardzo! Jeśli kiedyś komercyjne loty będą dostępne i będzie mnie na to stać, to na pewno spróbuję. To byłoby piękne domknięcie mojej historii.

Biznes i prawo
Przepaść między kobietami i mężczyznami w wysokości emerytur. Nowe dane Eurostatu
Materiał Promocyjny
Nowy luksus zaczyna się od rozmowy. Byliśmy w showroomie EXLANTIX w Warszawie
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Biznes i prawo
Znana marka kosmetyczna ogłosiła upadłość, ale jej losy nie są jeszcze przesądzone
Biznes i prawo
Czego liderki z pokolenia milenialsów powinny uczyć się od zetek
Materiał Promocyjny
Arabia Saudyjska. W krainie gościnności
Biznes i prawo
Jedynie 3 na 10 dyplomatów to kobiety. Polska wypada na tle Europy bardzo blado
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama