Wprowadzenie tego modelu wymagało obserwacji i poznania zespołu, ale zmuszało też do samoobserwacji i zwiększało samoświadomość. Moi pracownicy wiedzieli, że może dzisiaj od 12:00 do 14:00 trochę się pomęczą, ale potem mają całe popołudnie na zielono. Efekt był wyraźny: motywacja rosła, a wraz z nią jakość pracy. Głęboko wierzę, że ktoś, kto lubi to, co robi, daje firmie zdecydowanie więcej.
W jednym z wywiadów powiedziałaś, że „kosmos już tu jest”.
Wciąż zaskakuje mnie, jak mało społeczeństwo wie o kosmosie. Traktujemy go jak ciekawostkę, a nie gałąź gospodarki czy źródło dochodów. A przecież technologii satelitarnych używamy kilkadziesiąt razy dziennie. Każdy z nas. Gdy jedziemy do pracy, prowadzi nas satelita, który jest 20 tys. km od nas. Gdy sprawdzamy pogodę, korzystamy z pomiarów satelitów meteorologicznych. Technologie satelitarne są niezbędne podczas wojny w Ukrainie.
Wciąż w Polsce brakuje przejścia od ciekawostki naukowej do zajęcia, z którym można związać swoją przyszłość. Niepokoi mnie choćby to, że choć studiowanie technologii kosmicznej jest w Polsce możliwe, bo na AGH jest Wydział Technologii Kosmicznych, to maturzyści nie biorą tych kierunków pod rozwagę. A szkoda, bo jest to prężnie rozwijający się sektor gospodarki. Pracy jest bardzo dużo, ale niestety kadr wciąż brakuje. W Polsce mamy naprawdę świetne talenty. To przecież Polacy budują najlepsze systemy sztucznej inteligencji i przodują w wielu różnych dziedzinach. Możemy przodować też w sektorze kosmicznym, tylko potrzebujemy więcej zainteresowania i więcej młodych osób kształcących się w tym kierunku.
Po 15 latach odeszłaś z agencji. Dlaczego?
Z kilku powodów. Kiedy zaczynałam, agencja była 30-osobowym startupem. Teraz to organizacja licząca razem z kontraktorami około 600 osób. To jest po prostu inne miejsce. Wraz ze wzrostem agencji, liczby pracowników, ale też budżetu i struktur firma zmieniła swój charakter i stała się korporacją, w której procesy spowolniły, a agencja stała się ustrukturyzowanym tworem.
Po wdrożeniu Galileo w telefonach, dronach i tworzeniu struktur organizacji, czułam, że coraz mniej się uczę, a ponieważ zawsze marzyłam o własnym biznesie i większej niezależności, postanowiłam założyć własną firmę. Chciałam też móc pracować z dowolnego miejsca na świecie i lepiej łączyć życie rodzinne z zawodowym. W instytucjach unijnych to trudne – trzeba być fizycznie w biurze. W końcu zdecydowałam się odejść i wyjść ze strefy komfortu, ale nie żałuję. Wiem, że to była dobra decyzja. Dzisiaj mam klientów z całej Europy, a nawet ze świata.
Właśnie rozpoczęłam program mentoringowy dla 22 przedsiębiorstw w Kolumbii i Panamie. W tej części świata szczególnie widoczna jest degradacja lasów deszczowych oraz wybrzeży, dlatego mieszkańcy tych regionów już dziś bardzo wyraźnie odczuwają wpływ zmian środowiskowych na swoje życie.
Poza tym praca z nimi jest naprawdę niezwykłym doświadczeniem kulturowym. Po latach pracy w Czechach i z różnymi nacjami z Europy odzwyczaiłam się od tak emocjonalnego stylu komunikacji. Spotkania z Ameryką Południową to zupełnie inny świat – pełen dramatów emocjonalnych, ekspresji i niemal „telenowelowej” intensywności w biznesie. Kiedy spotykam się z tamtejszymi firmami, często słyszę powitanie: „Bienvenido con todo corazón”, czyli „Witaj z całego serca”. Wszystko jest tam bardzo otwarte, szczere i widoczne na pierwszy rzut oka.
Czy trudno być kobietą, pracując w sektorze kosmicznym?
Nigdy nie spotkałam się z żadną dyskryminacją. Zawsze czułam się bardzo dobrze jako kobieta wśród samych mężczyzn i często robiłam z tego atut. Lubiłam wkładać wysokie szpilki albo ubierać czerwone kostiumy, żeby trochę zaburzać energię spotkania.
To bardzo ważne, żeby w tej branży była różnorodność płci. Wielokrotnie prezentowałam inne spojrzenie od mężczyzn i ostatecznie dodawało to wartości projektowi.
Branża kosmiczna jest specyficzna pod tym względem, że większość, czyli 90 proc. osób – pracuje z pasji. Nawet jeśli wchodzimy na spotkanie i na pierwszy rzut oka wydaje nam się, że ktoś jest inny, to za moment mówimy już tym samym językiem, bo mamy wspólną pasję i wspólną wizję, która nas łączy ponad podziałami. Zachęcam kobiety, żeby spróbowały swoich sił w sektorze kosmicznym. Słyszałam od wielu koleżanek w innych branżach, że u nich tak różowo nie jest, a w sektorze kosmicznym traktujemy siebie bardzo równo.
Czy Polacy są widoczni w branży kosmicznej?
15 lat temu branża kosmiczna w Polsce praktycznie jeszcze nie istniała. Potem stopniowo wraz z powstaniem Polskiej Agencji Kosmicznej i napływem pieniędzy na badania, zaczęły powstawać pierwsze firmy takie jak Creotech, które z biegiem lat naprawdę się rozwinęły. Dzisiaj muszę powiedzieć, że sektor kosmiczny w Polsce bardzo prężnie się rozwija. Liczymy się już w Europie. W Polsce działają firmy z różnych obszarów – od budowy satelitów, przez rozwój zaawansowanych sensorów, aż po analizę danych satelitarnych. Te kompetencje są już u nas obecne. Uważam jednak, że jako kraj liczący blisko 40 milionów mieszkańców moglibyśmy rozwijać ten sektor jeszcze intensywniej.
Od 20 lat mieszkam za granicą i Polska dla świata jest tygrysem Europy. Wzrostu ekonomicznego zazdroszczą nam Hiszpanie, Włosi czy Francuzi. Jesteśmy też hubem obronności. W ciągu trzech miesięcy sprowadziłam do Krakowa drugą firmę z zagranicy. Uważam, że jest to złoty moment dla Polski i mam nadzieję, że go wykorzystamy.
Wspomniałaś, że od lat mieszkasz za granicą. Dlaczego zdecydowałaś się zamieszkać w Pradze? Jak ci się tam mieszka?
Od 12 lat mieszkam w Czechach, a to dlatego, że choć EUSPA powstawała w Brukseli, to państwa członkowskie zabiegały o to, żeby agencje unijne przeniosły się do ich krajów. Chodzi o miejsca pracy, ale też prestiż. Polska wygrała Frontex, a Czechy – Europejską Agencję Programów Kosmicznych. Przenieśliśmy się tam wszyscy – Hiszpanie, Włosi i Francuzi. To była niesamowita przygoda. Choć na początku przeżyłam większy szok kulturowy niż w Belgii, a to dlatego, że Czesi są dużo bardziej zdystansowani, to kultura dość zimna, zbliżona do niemieckiej i austriackiej. Tutaj nie zaprasza się znajomych do domu, nie ma otwartości na innych. Na początku bardzo mi to przeszkadzało, a dziś doceniam czeską powściągliwość. Mają mniej relacji, ale są one trwalsze i głębsze. Nie wpuszczają tak łatwo do swojego bliskiego kręgu osób z zewnątrz. Muszę też podkreślić, że Czesi jako naród są bardzo szczerzy, czyści i uporządkowani. To bardzo przyjemne miejsce do życia.
Krąży stereotyp, że Czesi nie lubią Polaków.
To nieprawda. Oni są po prostu chłodni w pierwszym kontakcie wobec wszystkich. Nie tylko wobec Polaków. To nie są osoby, które wyściskają cię na dzień dobry. Nigdy nie spotkałam się z żadną dyskryminacją, a wręcz przeciwnie, gdy mówiłam, że jestem z Polski, to prawie każdy Czech opowiadał mi o jakimś wujku, cioci czy kuzynie z Cieszyna, zaczynał przekonywać, że „mówi prawie po polsku” i wymieniał polskie słowa.
Władasz sześcioma językami, ciągle się dokształcasz. Jak na to wszystko znajdujesz czas?
Na co dzień doradzam startupom – firmom, które pracują nad innowacyjnymi rozwiązaniami, a żeby to zrobić najlepiej, muszę znać najnowsze trendy rynkowe i przewidzieć, gdzie będzie kolejne tornado. Tomasz Karwatka w książce pt. „Pierwsze pięć lat prowadzenia firmy”, tłumaczy, że kluczem do osiągnięcia sukcesu jest złapanie tornado, czyli nowego trendu i wykorzystanie tego momentu. Teraz jest nim obronność, na którą w najbliższych latach będą przeznaczane bardzo duże inwestycje, więc już dzisiaj przesterowuję firmy na obronność.
Uwielbiam o tym czytać, dużo wiedzy dostaję też od swoich klientów, natomiast, skąd ja na to znajduję czas? To nie jest tak wszystko kolorowe, jak mogłoby się wydawać. Praca w sektorze kosmicznym wymaga bardzo dużego zaangażowania. Pamiętam, że ze stresu sparaliżowało mi pół twarzy. Przez jakiś czas musiałam dochodzić do siebie.
Szczególnie trudne było łączenie pracy i macierzyństwa. Mieszkałam w Pradze, mąż w Brukseli, przez długi czas musiałam sobie radzić sama.
W szczycie mojej kariery, kiedy miałam bardzo małe dziecko i praktycznie wszystko było na mojej głowie, przeżyłam moment skrajnego wyczerpania. Podczas dużego kongresu technologii kosmicznych w Monachium, stojąc na scenie przed salą pełną około 600 osób, zemdlałam z przemęczenia.
Pamiętam wiele bardzo stresujących sytuacji. Zdarzało się, że o szóstej rano wychodziłam na lot do Brukseli, mijałam się w drzwiach z nianią, a wracałam dopiero wieczorem około 21:00, znów wymieniając się z nią w drzwiach. Kiedyś spotkanie się przedłużyło, na drodze na lotnisko był korek i bałam się, że nie zdążę na samolot, a nie miałam nikogo w kraju, kto mógłby zająć się moim dzieckiem – niania musiała już wyjść. Pamiętam, że powiedziałam wtedy taksówkarzowi: „Ma pan 15 minut, musi mnie pan dowieźć na lotnisko”. Prawdopodobnie złamaliśmy po drodze wszystkie przepisy, ale zdążyłam i mogłam przejąć dziecko od niani.
Życie za granicą oznacza też brak bliskiej rodziny na co dzień – jesteśmy zdani głównie na siebie. Pamiętam sytuację z czasów, gdy mój syn chodził do przedszkola. Wróciłam późno wieczorem z delegacji, około 22:00, spojrzałam w kalendarz i zobaczyłam, że następnego dnia jest w przedszkolu przyjęcie halloweenowe. Było już za późno, żeby kupić kostium, więc do trzeciej nad ranem szyłam strój duszka z prześcieradła.
Wiele razy miałam momenty, w których czułam, że nie dam rady. Dziś jest inaczej – nauczyłam się rozsądniej planować swój czas. Nawet jeśli jakiś projekt jest bardzo ciekawy i kusi mnie, żeby go podjąć, to wiem, że mam już siedemnaście innych zobowiązań, więc po prostu go nie biorę. Udało mi się wypracować lepszą równowagę między życiem zawodowym a prywatnym, choć zajęło mi to kilka lat.
Zostańmy jeszcze chwilę przy macierzyństwie. Które zwyczaje dotyczące opieki nad dziećmi za granicą były dla ciebie trudne do zaakceptowania? A które przyjęłaś i polubiłaś?
W kulturze francuskiej dzieci są częścią rodziny i uczestniczą w jej normalnym życiu. Chodzi mi o to, że Francuzi, Hiszpanie czy Włosi bardzo późno jedzą kolacje, o godz. 21:00, a czasem nawet później, i uczestniczą w nich dzieci. Dwulatkowie czy trzylatkowie bawią się, wchodzą pod stół, hałasują i nikt się nimi nie przejmuje. Spać chodzą po północy i nikt nie ma z tym problemu. Tymczasem w Polsce bardzo się dba o dobowy rytm dziecka, zapewniając mu spokój, ciszę i odpowiednią dawkę snu.
Natomiast w Belgii najbardziej zszokowało mnie to, gdy tuż po porodzie, lekarz zapytał mnie, czy chcę dostać specjalny hormon, żeby nie mieć mleka. Gdy zapytałam, dlaczego, usłyszałam, „żeby nie zdeformować piersi”. Wyrosłam w kulturze matki Polki, więc takie podejście wydało mi się nie do pomyślenia.
Natomiast Czechy uwielbiam za to, że tutaj dorośli uprawiają sporty z dziećmi. Gdy są bardzo małe, towarzyszą rodzicom w wózeczkach, a później przesiadają się na rowerki. Bardzo mi się to podoba, że od małego uczone są zdrowego trybu życia i spędzania czasu na świeżym powietrzu.
Jakie masz plany na najbliższe lata?
Teraz skupiam się na rozwoju swoich dwóch firm. Odchodząc z EUSPY założyłam w Czechach firmę doradzającą startupom. Pół roku temu, spotkałam się z moimi byłymi współpracownikami z Comarchu i powołaliśmy firmę konsultingową w Polsce. Koncentrujemy się na cyberbezpieczeństwie i sztucznej inteligencji w połączeniu z technologiami kosmicznymi.
Czy planujesz powrót do Polski?
Jestem coraz częściej w Polsce. Dwa tygodnie w miesiącu spędzam w kraju, bo związałam się zawodowo z Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie, gdzie prowadzę kursy z technologii satelitarnych dla osób już pracujących w branży. Mam nadzieję, że moją wiedzę i doświadczenie będę mogła wykorzystać w kraju. Taki mam plan.
Przez najbliższe dwa lata będę kursować jeszcze pomiędzy Pragą a Warszawą, bo mój syn chodzi w Czechach do liceum. Potem jestem wolna i mogę podejmować szalone decyzje. Może nawet wyprowadzę się na drugi koniec świata na kilka lat? Kto wie. Lubię zmiany i nowe przygody. Jestem otwarta na różne ciekawe doświadczenia.
Czy chciałabyś polecieć w kosmos?
Bardzo! Jeśli kiedyś komercyjne loty będą dostępne i będzie mnie na to stać, to na pewno spróbuję. To byłoby piękne domknięcie mojej historii.