- Nie wiem, jaka to była hodowla, a jak wiadomo, mamy hodowle psów rasowych i "hodowle", które są maszynkami do robienia pieniędzy. Jedno jest pewne: tam, gdzie psy są otoczone miłością, mieszkają w domu, a nie w kojcach – zwraca uwagę Katarzyna Kuryłowicz. – Kiedy mieszkają w domu, bardzo często mają do czynienia z dziećmi już od szczeniaka, wraz z nimi w pewnym sensie przechodzą proces socjalizacji. Natomiast psy trzymane w kojcach nie znają ludzi ani tym bardziej dzieci. Dzieci najczęściej w ogóle się do nich nie dopuszcza – dodaje prowadząca serwis "Na psie Kłopoty".
- Być może ta dziewczynka znała jednego psa, nie wiem, czy znała wszystkie, ale takie zbliżanie się na wprost do psa może być przez niego odebrane jako groźba, atak. W tym momencie jeden z psów mógł się przestraszyć, i w lęku rzucić się na nią. Jeżeli psy gryzą, to w 99 proc. przypadków ze strachu — tłumaczy w rozmowie z nami Katarzyna Kuryłowicz. – Kiedy rzucił się pierwszy, reszta zrobiła to trochę nieświadomie, nie w celu ugryzienia, zagryzienia, ale dlatego, że coś się zaczęło dziać w stadzie.
- Uważam, że na pewno nie była to wina psów – twierdzi behawiorystka zwierząt. - Nie wiem, nie widziałam warunków w tej hodowli, ale trzeba przypuszczać, że zwierzęta miały bardzo ograniczony kontakt z człowiekiem, były zestresowane chociażby zamknięciem w kojcach, brakiem spacerów, czyli bardzo ubogim środowiskiem. W zwierzętach żyjących w klatkach wytwarza się olbrzymi stres, podobnie jak w schroniskach, bo one między sobą też się nie kochają. Tak się nie zachowują psy, które są otaczane prawdziwą opieką, miłością – podkreśla Kuryłowicz.
Gdzie są dorośli, gdy dochodzi do tragedii?
- Zresztą uważam, że większość przypadków gryzienia czy w ogóle jakiekolwiek problemy behawioralne psów są spowodowane przez człowieka – twierdzi Katarzyna Kuryłowicz, behawiorystka. – Psy, które mieszkają dziko, np. w Grecji, Rumunii czy na Cyprze, nie mają takich kłopotów, najwyżej po prostu unikają ludzi, ale te wszystkie problemy związane z agresją w stosunku do człowieka, to jest najczęściej jego wina – mówi behawiorystka.
- Szkoda, bardzo szkoda dziecka, ale też dzieci w tym wieku nie powinny same podchodzić do zwierząt i tutaj ewidentnie jest wina opiekunów, że nie dopilnowali – mówi Katarzyna Kuryłowicz. - Ciężko mi się wypowiadać, bo nie widziałam tej sytuacji, ale na pewno było to niedopatrzenie, jakiś brak odpowiedzialności ze strony zarówno właścicieli hodowli, jak i rodziców dziewczynki. Dziewczynka na pewno nie powinna sama wypuszczać psów i do nich podchodzić, ale też nie można wymagać od siedmioletniego dziecka, żeby przewidziało konsekwencje takiej sytuacji. Jeżeli już mówić o winie, to leży po stronie dorosłych – podsumowuje behawiorystka.