Rebecca Miller: Nie było łatwo być córką Arthura Millera.

Rebecca Miller, córka Arthura Millera, żona Daniela Day-Lewisa, sama jest ciekawą artystką. Na festiwalu EnergaCAMERIMAGE pokazała swój ostatni film „Przyszła do mnie”.

Publikacja: 24.11.2023 12:30

Rebecca Miller: Artyści są dziwakami.

Rebecca Miller: Artyści są dziwakami.

Foto: Łukasz Rafiński

Pani film „Przyszła do mnie” jest zapowiadany jako komedia romantyczna. Ale przecież jest on czymś więcej niż opowieścią o miłosnych perypetiach.

Rebecca Miller: Rozmaite formułki reklamowe są często przylepiane do filmów przez dystrybutorów, a określenie „komedia romantyczna” ma swoją siłę przyciągania widzów. Mnie generalnie dziwią kategoryzacje i próby wpisywania wszystkiego w jakieś ramy, gatunki, style. Życie jest jednocześnie zabawne i smutne, ciekawe, niejednoznaczne. W „Przyszła do mnie” chcieliśmy po prostu pokazać prawdziwą sytuację, niezależnie od tego, jak ją nazwiemy.

Podobno najpierw napisała pani opowiadanie.

Tak, o pisarzu, który cierpi na blok twórczy i odradza się podczas krótkiego romansu w czasie wieczoru spędzonego w knajpie. Ale potem pomyślałam, że to za mało na film. Dodałam granemu przez Petera Dinklage’a bohaterowi żonę-psycholożkę – Anne Hathaway, psa, wymyśliłam kobietę – kapitana barki, którą zagrała Marisa Tomei. I pisarza zamieniłam w kompozytora, który nie jest w stanie dokończyć pracy nad operą.

Blok twórczy to ciekawy temat dla kina. Pamiętam mordęgę autora z „Przejrzeć Harry’ego” Woody’ego Allena, jego rozbicie i ból.

Artysta zawsze szuka natchnienia w sobie. A co się dzieje, kiedy tam jest nagle czarna dziura? Pustka? Okropne uczucie. Przeżyłam coś podobnego ponad 20 lat temu, niedługo po moim ślubie. Mieszkaliśmy w Irlandii, w Dublinie. Mój mąż pracował, ja siedziałam w domu z dziećmi. Miałam już za sobą reżyserski debiut „Angela” i wydane książki, ale nagle stałam się całkowicie głucha na wszystko. Nic mi nie wychodziło.

Może szczęście nie sprzyja kreatywności?

Może... Moja niemoc trwała wiele miesięcy. Zaczęłam pracować w schronisku dla kobiet. I to doświadczenie mnie otworzyło. Napisałam opowiadania o kobietach szukających swojego miejsca w świecie. Pierwsza z nich, matka trojga dzieci, ucieka od brutalnego męża. Druga, dziennikarka zżerana przez ambicję i libido, zostawia nienadążającego za nią męża. Trzecia opuszcza haitańskiego narzeczonego, choć nosi już pod sercem jego dziecko. Wszystkie wyrywają się ku wolności. I mierzą z wyniesionym z dzieciństwa obrazem ojca. Te opowieści złożyły się potem na mój film „Własne tempo – trzy portrety”.

W obrazie „Przyszła do mnie” jest też inne pytanie: czy artysta może w swojej twórczości wykorzystać cudze życie?

Nie da się tego uniknąć. To jest po prostu immanentnie związane z tym zawodem. Nawet jeśli piszesz o innej planecie, korzystasz z tego, co jest w tobie, co sam przeżyłeś, co widziałeś, co zaobserwowałeś wśród swoich bliskich. A czasem nawet z rozmowy z kimś, kogo spotkałeś w metrze. Zgoda, to bywa czasem chore.

Tak mówi pisarka i reżyserka, córka wybitnego dramatopisarza Arthura Millera i fotografki Inge Morath, żona Daniela Day-Lewisa, matka dorastających synów, którzy też już idą w artystycznych kierunkach.

Głupio powiedzieć, ale artyści są dziwakami. Stale patrzą, rejestrują coś w pamięci, zwykle z pozycji outsidera. To rodzaj choroby. Ciągłe obserwowanie świata jest piękne, ale może też przynieść szkody, zrobić komuś przykrość. Miewa w sobie siłę niszczycielską. Artysta zawsze jest trochę okrutny w stosunku do otoczenia. Wysysa z niego soki, czasem nawet bezwiednie.

Jak wspomina pani dzieciństwo w rodzinie dwojga artystów?

Było wyjątkowe. Przez nasz dom przewijało się mnóstwo ciekawych ludzi. Tak naprawdę mojego przyszłego męża, Daniela Day-Lewisa też poznałam w teatrze, podczas premiery sztuki ojca, bywał w naszym domu. Ale z drugiej strony nie było łatwo być córką Arthura Millera. Próbowałam uciekać w inną stronę. Malowałam, nawet studiowałam potem malarstwo. Ale przecież zawsze interesowało mnie pisanie. Dziś tylko niektóre moje książki ilustruję.

Czytaj więcej

Chiara Mastroianni wcieli się w postać swojego ojca Marcello. Premiera filmu w 2024 roku

Jest pani autorką wielu powieści, ale nigdy nie napisała pani sztuki teatralnej. To kompleks ojca?

Coś w tym jest. Kocham teatr, jako dziewczynka występowałam na deskach. Ale, choć grałam potem w filmach Pakuli, Mazursky’ego, Mike’a Nicholsa, aktorstwo nie okazało się w końcu moją silną stroną. Zwróciłam się ku tworzeniu kina. W teatrze też interesuje mnie reżyseria. Zwłaszcza dzisiaj, w dobie sztucznej inteligencji, jest to miejsce szczególne, z bezpośrednim kontaktem między artystami i widzami. Wszystko toczy się tu na żywo, emocje są prawdziwe, między ludźmi przepływa energia, której nie można zastąpić żadnym sztucznym tworem. Ale tak, ma pani rację. Pisanie dla teatru przerasta mnie, źle bym się z tym czuła. Ojciec był tu mistrzem niedoścignionym.

Zrobiła pani o nim niedawno film dokumentalny...

To było dziwne doświadczenie. Zwłaszcza, gdy montowałam materiały z czasu, kiedy jeszcze nie było mnie na świecie. Czułam się wtedy, jakbym go szpiegowała, wdzierała się do jego prywatności. Ale nagle miałam nad nim władzę. Nie było to łatwe, choć przyznaję, że dość satysfakcjonujące. Miałam wrażenie, że uwolniłam się od jakiegoś napięcia. Kiedy skończyłam pracę nad tym dokumentem, poczułam, że rozliczyłam się z przeszłością. Mogłam wreszcie sprzedać dom, w którym wyrosłam.

Wróćmy jeszcze do „Przyszła do mnie”. W jednej z dużych ról wystąpiła u pani Joanna Kulig. Muszę spytać o współpracę z nią.

Prototypem postaci granej przez Joannę jest polska sprzątaczka, którą poznałam w Nowym Jorku. Bardzo nie chciałam, żeby w filmie udawała ją amerykańska aktorka. Zobaczyłam „Zimną wojnę” i wymarzyłam sobie, że Magdalenę zagra Joanna Kulig. Byłam szczęśliwa, gdy się zgodziła. Zaprosiłam ją do Nowego Jorku. Spędziłyśmy razem tydzień, dużo rozmawiałyśmy. Chciała dokładnie wiedzieć, czego od niej oczekuję. To było dla nas ważne, bo na planie nie ma chwili na rozmowy. Joanna dość długo mieszkała z mężem w Los Angeles, wiedziała doskonale co to znaczy być imigrantką. Jest w filmie świetna. To była pierwsza rola Joanny w amerykańskim filmie. Wierzę, że jej dalsza amerykańska kariera będzie się rozwijała. Strajk scenarzystów i aktorów właśnie się skończył, niedługo ruszy dużo nowych projektów.

Pani zdaniem, nowe porozumienia zawarte między pisarzami, aktorami i producentami są ważne?

Oczywiście. Żądania obu grup były absolutnie uzasadnione. Choć ja mam swoją metodę walki z AI. Komputer korzysta z naszej pracy – z tego, co już zostało napisane. Dlatego chcąc zachować oryginalność trzeba wymyślać coś, czego jeszcze nie było. Być o krok przed sztuczną inteligencją.

Czy ruch #metoo zmienił sytuację reżyserek w amerykańskim kinie?

Tak naprawdę to odkąd zaczęłam pracować co jakiś czas słyszę pytania: czy coś się zmienia? Owszem, zmienia się, choć to bardzo powolny proces. Statystycznie reżyseria wciąż jest przede wszystkim męskim zawodem. Archetypy umierają z trudem. Ale mam wrażenie, że ostatnio rzeczywiście więcej kobiet pojawia się w ekipach nie tylko w roli sekretarki planu czy charakteryzatorki.

Kadr z filmu "Przyszła do mnie" Rebeki Miller

Kadr z filmu "Przyszła do mnie" Rebeki Miller

Łukasz Rafiński

Pani przyjaciółka Greta Gerwig zrobiła zawrotną karierę jako współscenarzystka i reżyserka „Barbie”.

Bardzo dużo nas łączy. Mamy podobny sposób patrzenia na świat i podobny rodzaj poczucia humoru. Greta jest świetną aktorką i – jak się okazało – również świetną reżyserką. Patrzę na jej sukcesy z wielką radością. Mam i swoją małą satysfakcję, bo po premierze „Lady Bird” powiedziała, że po raz pierwszy pomyślała o poważnym zajęciu się samodzielną realizacją filmów, gdy zobaczyła, jak reżyseruję „Plan Maggie”.

W jakim kierunku idzie teraz Hollywood? Po okresie pandemii widzowie oglądają w kinach głównie blockbustery. To zapowiedź zmierzchu kina artystycznego?

Patrzę na to inaczej. Frekwencyjne sukcesy „Barbie” czy „Oppenheimera” bardzo mnie cieszą. Ludziom przypomina się, czym jest kino. Utrwala się w nich nawyk wychodzenia z domu, ruszenia się z własnej kanapy. Ja wciąż wierzę, że ludzie chcą razem przeżywać emocje, jakich dostarcza im sztuka filmowa. Choć prawdą jest, że dystrybutorzy niechętnie inwestują w skromne tytuły, które nie przyniosą im góry pieniędzy. My mieliśmy szczęście, bo „She Came to Me” trafiło do 300 kin. Wiele tytułów takiej szansy nie ma, od razu idzie do telewizji albo streamingu. Czasem są tylko wprowadzane na tydzień na wielkie ekrany, żeby móc kandydować do Oscarów. To bardzo trudne dla filmowców.

Nie kusi pani realizacja serialu dla jakiegoś portalu?

Na razie o tym nie myślę. Zawsze było trudno robić filmy niezależne. Dzisiaj to jest ekstremalnie trudne. Ale ja jestem zdeterminowana, żeby tak właśnie pracować. Trzeba obserwować rynek, sprawdzać, gdzie pojawiają się możliwości. Moja matka była Europejką, dobrze się w Europie czuję. Nie wykluczam więc, że będę tu pracować. Może we Francji?

A może właśnie w Toruniu, gdzie powstaje Centrum Filmowe Camerimage?

Dlaczego nie? Bardzo mi się tu podoba.

Pani film „Przyszła do mnie” jest zapowiadany jako komedia romantyczna. Ale przecież jest on czymś więcej niż opowieścią o miłosnych perypetiach.

Rebecca Miller: Rozmaite formułki reklamowe są często przylepiane do filmów przez dystrybutorów, a określenie „komedia romantyczna” ma swoją siłę przyciągania widzów. Mnie generalnie dziwią kategoryzacje i próby wpisywania wszystkiego w jakieś ramy, gatunki, style. Życie jest jednocześnie zabawne i smutne, ciekawe, niejednoznaczne. W „Przyszła do mnie” chcieliśmy po prostu pokazać prawdziwą sytuację, niezależnie od tego, jak ją nazwiemy.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Wywiad
Luna: Nie czuję, że na Eurowizji poniosłam porażkę
Wywiad
Małgorzata Foremniak: Nie warto poświęcić siebie dla drugiego człowieka
Wywiad
Pisarka Małgorzata Oliwia Sobczak stworzyła "Kolory zła: Czerwień". Mówi, że to terapia
Wywiad
Reżyserka Maja Kleczewska: Warszawa nie potrzebuje "Wesela"
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Wywiad
Polka w Monako Dominika Eisenberg: Niedziela jest dniem na rozmawianie o wszystkim, tylko nie o pracy
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą