Właścicielka marki Samanta o tym, dlaczego warto myśleć poważnie o bieliźnie dla kobiet plus size

Historia marki Samanta rozpoczęła się 31 lat temu w Beskidzie Makowskim. Jest przykładem spełnienia American Dream, ale w polskich realiach.

Publikacja: 27.10.2023 12:07

Cały proces tworzenia biustonosza - od badania rynku do pojawienia się na półce sklepowej - trwa pół

Cały proces tworzenia biustonosza - od badania rynku do pojawienia się na półce sklepowej - trwa półtora roku.

Foto: Materiały prasowe Samanta

Stawiając pierwsze kroki w produkcji bielizny, Elżbieta Adamek, założycielka marki Samanta, zdecydowała się na produkcję biustonoszy w szerokiej gamie rozmiarów. Ponad 30 lat temu było ewenementem. Przez pierwsze 7 lat istnienia firma nie przyniosła żadnych zysków. W zeszłym roku, po 30 latach, wygenerowała 18 proc. zysku. Obecnie eksportuje swoje produkty do 20 krajów świata - w tym do Australii, USA, Kanady, Hondurasu, Portugalii, Hiszpanii, Włoch i Izraela - sprzedaje rocznie 120 tysięcy sztuk wyrobów. Na terenie Polski marka prowadzi 3 salony firmowe i współpracuje z ponad 280 partnerami B2B.

Gabriela Wysocka: Nie będzie w tym przesady, jeśli powiem, że wszystko zaczęło się od maszyny do szycia, którą dostała pani od mamy. Ta maszyna stała się zalążkiem dobrze prosperującego dziś biznesu…

Elżbieta Adamek: Moja mama miała trzy córki i syna. Ja jestem najmłodsza. Mama wychowywała nas tak, żebyśmy byli przygotowani do życia, gospodarni i samodzielni. W naszej tradycji znaczyło to, że kobieta powinna umieć gotować, robić na drutach, haftować i oczywiście szyć. To było oczywiste. Mama od dziecka szyła nam ubrania, a potem nauczyła szyć nas. Każda z sióstr dostała u progu dorosłości maszynę. Z racji tego, że byłam najmłodsza, dostałam maszynę jako ostatnia, więc moja maszyna Łucznik była najnowocześniejsza, już walizkowana. Kiedy skończyłam technikum gastronomiczne, znalezienie pracy nie było łatwe. W sezonie letnim pracowałam jako kelnerka, ale później nie miałam co robić. Miałam 20 lat i stanęłam przed pierwszym, życiowym wyzwaniem. Wtedy mama powiedziała mi: „Weź maszynę, pojedź do siostry, poszyjecie sobie i coś wymyślicie”.

I rzeczywiście sobie poszyłyście, tylko że na tym się nie skończyło. Jako przedsiębiorcze, młode kobiety, szukające pomysłu na siebie, poszłyście do lokalnego sklepiku rozeznać się w rynku”. Można to uznać za podwaliny strategii marketingowej przyszłej firmy – bardzo nowatorskie jak na tamte czasy.

Tak, zaczęłyśmy szyć, m.in. bluzki i spodnie. W miejscowym sklepiku zapytałyśmy, czego brakuje. Sprzedawczyni odpowiedziała, że staników. Był początek lat 90., brakowało wszystkiego, a zdobycie biustonosza dobrej jakości graniczyło z cudem. Po powrocie do domu rozprułyśmy biustonosz, który dostałam od siostry. Wykorzystałyśmy pozostałości materiałów i z nich uszyłyśmy pięć staników, które błyskawicznie się sprzedały, więc sprzedawczyni zamówiła kolejne. Za dwieście dolarów, które dostałam na 18 urodziny od mamy, kupiłyśmy w Łodzi pierwszy materiał. Można więc powiedzieć, że mama była naszym pierwszym inwestorem.

Interes zaczął się kręcić...

Tak, sprzedawałyśmy swoje wyroby w lokalnych sklepikach. Choć trudno to sobie wyobrazić, to były czasy, kiedy nie miałyśmy w domu telefonu. Żeby znaleźć kontakty do firm, które były producentami materiałów, trzeba było kupić gazetę, znaleźć numer telefonu, pójść na pocztę, zamówić rozmowę, a potem odbyć ją w specjalnej kabinie. Niejednokrotnie całymi dniami rozmawiałam z potencjalnymi dostawcami w urzędzie pocztowym.

Czytaj więcej

Moda cyrkularna – jak i dlaczego warto się uczyć oszczędzać ubrania

Z Łodzi Fabrycznej – mekki polskiego włókiennictwa, królestwa tkanin.

Tak, do dziś współpracujemy z partnerami z Łodzi. Po pierwszy wałek dzianiny i gumkę pojechałam właśnie tam. Teraz w Łodzi kupujemy przede wszystkim komponenty dodatkowe, bo główne, w tym hafty, sprowadzamy ze Szwajcarii i Włoch. Nasze koronki pochodzą z Francji i Włoch, a dzianiny z Niemiec. Od ponad 20 lat zaopatrujemy się w materiały tam, gdzie światowe marki bieliźniane, jak Maison Lejaby, Lise Charmel, czy Simone Perele. Koronki i hafty są dla nas tworzone na wyłączność.

Wkrótce otworzył się przed wami wielki świat…

W 1995 r. pojechałyśmy na targi do Paryża, co pokazało nam inną perspektywę i otworzyło szeroko czy na nowe możliwości. Tam zrozumiałyśmy, jaką bieliznę chciałybyśmy same nosić i tworzyć dla polskich kobiet.

Poczułyście, że czegoś wam brakuje?

Przypomnę, że zarówno ja, jak i siostra nie miałyśmy doświadczenia w budowaniu marki czy prowadzenia biznesu. Nie miałyśmy również skończonych szkół w tym kierunku. Do momentu targów w Paryżu działałyśmy intuicyjnie. Kiedy zaprosiliśmy do współpracy konsultantów, zapytałam ich „a co to jest ten marketing?”. I kiedy usłyszałam odpowiedź, to pomyślałam sobie: „Przecież to właśnie to, co robimy”. Kupiłam książkę Kotlera (Philip Kotler - amerykański ekonomista, jeden z największych światowych autorytetów w dziedzinie marketingu – przyp. red.), zaczęłyśmy z siostrą dużo się uczyć, ale również inwestować w wiedzę i szkolenia dla pracowników, ponieważ firma rozwijała się i rozrastała jak na drożdżach. Zabawa w biznes przestała być tylko zabawą.

Elżbieta Adamek - założycielka marki Samanta

Elżbieta Adamek - założycielka marki Samanta

Materiały prasowe Samanta

Po ilu latach zaczęłyście zarabiać?

Po około 7 latach, ale było to możliwe dzięki naszym mężom, którzy w tym czasie utrzymywali rodziny. My wtedy każdą złotówkę inwestowałyśmy w rozwój i robiłyśmy wszystko, żeby nie dokładać do interesu.

W tym czasie biznes miał już współpracowników?

Na początku współpracowałyśmy z tzw. chałupniczkami, czyli kilkoma kobietami, które szyły dla nas w swoich domach. Po pewnym czasie przeniosłyśmy szycie do garażu siostry, w którym pracowałyśmy z czterema dziewczynami. Po pięciu latach wynajęłyśmy lokal, który jest do dnia dzisiejszego siedzibą firmy.

Ile osób w tym momencie zatrudnia Samanta?

Jest nas 90 osób. W 99 procentach kobiety.

To od początku była kobieca firma?

Tak, dla mnie niezwykle budujące jest to, że my, kobiety Samanty, dajemy przykład, że można wziąć życie w swoje ręce. Dla dzisiejszych kobiet jest to naturalne. W czasach, kiedy tworzyłyśmy zalążki firmy, kobiety nie były postrzegane jako przedsiębiorcze.

Czy jest to wciąż firma rodzinna?

W 2015 r. zmarła moja siostra Czesława, współzałożycielka firmy. Po jej śmierci jej spadkobiercy zdecydowali o wystąpieniu ze spółki. Od tamtej pory prowadzimy firmę wspólnie z mężem. Dołączyły do nas córki – Kornelia projektuje i zajmuje się marketingiem, a Klaudia finansami i rozwojem biznesu.

Chciałabym porozmawiać o biznesie właśnie - jak się ma rynek bieliźniany w Polsce?

Konkurencja jest bardzo duża. Polskie marki tworzą bardzo dobrą, wyróżniającą się na tle europejskim i światowym, bieliznę. Ja osobiście nie dostrzegam poza Polską i Francją kraju, który miałby aż tylu producentów bielizny na tak wysokim poziomie.

Czy na tym rynku jest jeszcze miejsce na nowe marki?

Jeśli ktoś dobrze rozumie potrzeby kobiet, znajdzie niszę. Ostatnio na targach prezentowano ofertę bielizny erotycznej skierowaną do kobiet plus size, która wywołała olbrzymie zainteresowanie. Jeśli ktoś wychwyci taką lukę, której inni nie zauważają, jest ciekawy, odważny, pracowity, wytrwały, ma wrażliwość i wyczucie marketera, rynek jest dla niego otwarty.

Mimo wszechobecnej masówki i kultury fast fashion u was szycie biustonoszy wciąż odbywa się ręcznie.

W tej branży praca ręczna jest niezastąpiona. Automaty nie są w stanie wykonać bielizny tak dobrze, jak ludzkie dłonie. Nasze krawcowe mają intuicję i wyczucie w palcach, co jest kluczowe w szyciu bielizny, kiedy trzeba naciągnąć materiał, a kiedy lekko wdać. Samo krojenie haftu i koronki wymaga wielkiej zręczności. Potrzebna jest tutaj rzemieślnicza precyzja.

Jeden biustonosz może składać się nawet z czterdziestu części. Ile trwa uszycie jednej sztuki?

Pracujemy taśmowo w zespole. Jeden stanik powstaje w około godzinę. Natomiast cały proces tworzenia biustonosza, czyli od badania rynku do pojawienia się na półce sklepowej, trwa o wiele dłużej - półtora roku.

Jak teraz wygląda tworzenie kolekcji, przewidywanie, co będzie podobać się klientkom?

Działamy według kalendarza kolekcji, czyli w każdym półroczu (sezonie) wykonujemy te same czynności, zmieniają się tylko dane. Czerpiemy je z takich źródeł jak: dane marketingowe, czyli co się sprzedaje i makrotrendów. Na tej bazie tworzymy wytyczne dla projektanta, który tworzy kolekcję. Powstaje czterdzieści prototypów, z których wybieramy dziesięć do kolekcji.

Zmienia się moda i styl bielizny – które modele są teraz bestsellerami?

Najpierw modne były bardotki, potem push-upy, a teraz kobiety chcą wyglądać naturalnie. Kreseczka na środku dekoltu nie jest już pożądana. Dużym trendem jest maksymalny komfort, a jednocześnie elegancja, czyli athleisure.

Jakie były najtrudniejsze momenty w historii firmy?

Pamiętam taki rok w historii firmy - w 1997 r., kiedy produkowałyśmy jeszcze z końcówek materiałów (wtedy o tym nie wiedziałyśmy, ale to był pierwszy powiew mody z recyklingu) i przeprowadziłyśmy się do nowego, większego budynku, chcąc przejść na pełnowymiarową produkcję z materiałów pierwszego gatunku. Wiązało się to nie tylko ze zmianą designu, ale i wzrostem cen wyrobów. Okazało się, że w tym roku firma nie przyniosła żadnych zysków, więc nie zarobiłyśmy nic. Nastroje nie były wesołe. Pojawiały się pytania, czy udźwigniemy profesjonalną produkcję, czy sprzedamy nowe produkty i przede wszystkim, czy przetrwamy zmiany finansowo. W tym czasie nie myślałam o sobie, ale o naszych pracownicach, których było około 60 - że nie mogę ich zawieść.

Jakie są dalsze plany na rozwój marki?

Kolekcja athleisure i linia bielizny plażowej. Oczywiście na każde ciało!

A propos rozmiaru, już w latach 90. w swoich katalogach pokazywałyście modelki o pełniejszych kształtach, co było nowatorskim i niespotykanym podejściem w czasie, gdy na wybiegach królowały jedynie rachityczne ciała.

Tak, pierwsze nasze kampanie reklamowe były przygotowywane z udziałem modelek o kobiecych kształtach. Zostało to dostrzeżone przez media - w portalu Newsweek pojawił się artykuł "Wielkie staniki małej Samanty".

Czytaj więcej

Różowy październik 2023. Biznes wspomaga walkę z nowotworami piersi

Z czego jeszcze wynika Wasz sukces? Mam wrażenie, że to, co udało się pani i siostrze - osobom bez wiedzy, doświadczenia i wielkich pieniędzy - mogło się udać tylko w latach 90.!

Początki gospodarki rynkowej były pod względem tworzenia biznesu zdecydowanie łatwiejsze niż obecnie - nie było nic, więc jeśli byłeś pracowity, to osiągnąłeś sukces. W tamtych czasach nie czułyśmy ryzyka. Nie miałyśmy nic, więc nic nie mogłyśmy stracić. Bałam się oczywiście porażki, ale bardziej tego, że zawiodę nie tylko siebie, ale i inne osoby, które nam zaufały. Niewątpliwie znalazłyśmy niszę na rynku. Jako jedne z pierwszych oferowałyśmy staniki dla dużych biustów – nie tylko do miseczki D, jak inne firmy, ale do E i F.

U nas każdy biustonosz jest wypielęgnowany i włożone jest w niego serce. W tym zresztą upatruję również sukcesu firmy - dzięki zaangażowaniu każdego członka zespołu, wielkiej dbałości o jakość, jesteśmy w stanie sprostać różnym przeciwnościom rynku. Teraz największym wyzwaniem są dla nas wciąż rosnące koszty i to, jak oferować klientkom wyroby w optymalnej cenie, nie rezygnując z jakości. Udaje nam się obronić szeroką rozmiarówką i tym, że nasza bielizna, nawet w największych rozmiarach, pozostaje lekka, finezyjna, wygodna i trwała.

Nie bez znaczenia jest również to, że mimo wychowania w tradycyjnej rodzinie umiała pani wyjść poza schemat.

Wsparcie męża było i jest nieocenione. Nasz związek od początku był partnerski, wspólnie zajmowaliśmy się dziećmi i wspólnie zarabialiśmy pieniądze. Teraz to normalne, 30 lat temu było innowacyjne. Nic i i nikt nigdy nie blokował mi rozwoju. Mimo, że wychowałam się w patriarchalnej tradycji, pełnej stereotypów i przekonaniu, że nie czeka mnie nic więcej niż mąż, dzieci, gotowanie obiadów, robienie przetworów, czy wypełniane spiżarki dżemami i kompotami. Ominął mnie szklany sufit.

Niedocenienie nas jako kobiet poczułam tylko raz, kiedy pracownik z banku w rozmowie użył sformułowania: „co tam takie majtki!”. Dotknęło mnie to, ponieważ absolutnie nie miałam poczucia, że robię coś gorszego niż mężczyźni, którzy produkują na przykład meble, czy używają w swojej działalności stali. Odniosłam wrażenie, że dla mężczyzn bielizna jest nieważna, a nasza kobieca potrzeba została zlekceważona. Po pewnym czasie nadarzyła się okazja, żeby zmienić bank na inny, w którym pracowało wiele kobiet. Czułam się tam szanowana, doceniana, bo rozumiano te nasze „majtki”.

A spiżarki nie mam do dziś.

Stawiając pierwsze kroki w produkcji bielizny, Elżbieta Adamek, założycielka marki Samanta, zdecydowała się na produkcję biustonoszy w szerokiej gamie rozmiarów. Ponad 30 lat temu było ewenementem. Przez pierwsze 7 lat istnienia firma nie przyniosła żadnych zysków. W zeszłym roku, po 30 latach, wygenerowała 18 proc. zysku. Obecnie eksportuje swoje produkty do 20 krajów świata - w tym do Australii, USA, Kanady, Hondurasu, Portugalii, Hiszpanii, Włoch i Izraela - sprzedaje rocznie 120 tysięcy sztuk wyrobów. Na terenie Polski marka prowadzi 3 salony firmowe i współpracuje z ponad 280 partnerami B2B.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Biznes
Prezes DESA Unicum Agata Szkup o inwestowaniu w sztukę: Jest odporne na zawirowania rynkowe
Biznes
Dlaczego kobietom trudniej przychodzi budowanie relacji w biznesie? Wyniki raportu
Biznes
Joanna Czapska: Z klientami negocjuję na polach golfowych, jachtach i podczas ich treningów
Biznes
Twórczynie marki kosmetycznej Say hi: zarabiamy mniej niż kiedyś w korporacji, ale niczego nie żałujemy
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Biznes
Właścicielki marki Just Paul: Szyjemy tylko to, w czym same chciałybyśmy chodzić
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą