Ministra czy ministerka? Językoznawca Grażyna Majkowska o tym, jak feminatywy dzielą społeczeństwo

Ministra, ministerka czy pani minister? Dyskusja na temat poprawności i wyboru żeńskiej nazwy stanowiska piastowanego w rządzie przez kobietę nie cichnie. Nawet więcej: w ostatnim tygodniu była wyjątkowo ożywiona. O tym, co najbardziej emocjonuje w tej kwestii, mówi językoznawca doc. dr Grażyna Majkowska, wykładowca Wydziału Dziennikarstwa Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Publikacja: 18.12.2023 10:23

W kontekście używania feminatywów można zauważyć, że język stał się narzędziem kształtowania podział

W kontekście używania feminatywów można zauważyć, że język stał się narzędziem kształtowania podziałów społecznych i wyrażania sympatii politycznych.

Foto: Adobe Stock

Część kobiet, które przyjęły w ostatnim czasie teki ministrów, głośno mówi, że nie życzy sobie, aby w narracji o nich używać męskich form nazw sprawowanej funkcji, a pani zaznacza, że jest wykładowcą, a nie wykładowczynią…

Doc. dr Grażyna Majkowska: Tradycyjnie nazwy wykładowca używało się zarówno w stosunku do mężczyzny, jak i do kobiety. Nie ma w tym nic niewłaściwego i niepoprawnego. Nie widzę powodu, dla którego należałoby tutaj na siłę coś zmieniać.

Ale z ministrą i ministerką tak właśnie się dzieje. Zmiana jest wręcz forsowana. Czy te formy są w ogóle poprawne?

To prawda. W kontekście używania feminatywów można zauważyć, że język stał się narzędziem kształtowania podziałów społecznych i wyrażania sympatii politycznych. To niepokojące zjawisko. Jeśli chodzi o poprawność wymienionych leksemów: ogólna zasada tworzenia żeńskich form nazw zawodów jest taka, że te będące pochodną rzeczownika powstają zwykle poprzez dodanie przyrostka -ka, właśnie np. minister – ministerka. Te, dla których podstawą słowotwórczą jest przymiotnik, zyskują z kolei sufiks -a, np. księgowy – księgowa. Te rozstrzygnięcia nie mają jednak charakteru kategorycznego. W niektórych wypadkach można wybrać sposób tworzenia feminatywu. Trzeba jednak pamiętać o pewnych dodatkowych uwarunkowaniach.

Co konkretnie ma pani na myśli?

Skojarzania, które jako użytkownicy języka polskiego mamy zakorzenione w świadomości i wpisane w tak zwaną kompetencję komunikacyjną. Jednym z nich jest odczuwanie niektórych feminatywów jako przypisanych do stylu potocznego, odbierających powagę osoby i stanowiska, w odniesieniu do których są używane. To właśnie zjawisko daje o sobie znać w ocenie i odbiorze form ministerka i ministra. Kobiety z jednej strony chcą, aby nazwy ich funkcji miały żeńską formę, a drugiej nie odpowiada im, że miałaby to być utworzona zgodnie z systemowymi zasadami poprawności ministerka. Dlatego wybierają ministrę, która – jak zapewne im się wydaje – brzmi bardziej stosownie. W efekcie w narracji medialnej powstaje chaos. Dziennikarze żonglują różnorodnymi formami, chcąc sprostać oczekiwaniom kobiet kierujących ministerstwami. Mówi się o pani minister zdrowia, ale pani ministrze edukacji. Tę ostatnią nazywa się też zresztą ministerką – jeśli dziennikarz chce podkreślić, że ma rozeznanie w języku.

Czy słusznie domniemywam, że wpływ na ten stan rzeczy mogło mieć stanowisko Rady Języka Polskiego wyrażone już jakiś czas temu, dopuszczające pełną dowolność w używaniu feminatywów?

Osoby, dla których język jest narzędziem pracy i które w zawodowej codzienności mierzą się z jego zawiłościami, na pewno szukają odpowiedzi na trudne pytania w tego rodzaju orzecznictwie. Głos w sprawie zabierają też oczywiście politycy. Mnie osobiście najbardziej przypadła do gustu opinia prezydenta Komorowskiego. Odpowiadając na pytanie o zasadność stosowania feminatywów utworzonych od słowa minister, powiedział on kiedyś, że w sytuacjach formalnych wskazane byłoby używanie formy zapisanej w Konstytucji, czyli męskiej. Przy okazji warto zwrócić uwagę, że dyskusja, która toczy się na ten temat feminatywów, niemal w stu procentach dotyczy postaci mianownika. Nie słyszałam jeszcze, żeby komukolwiek przeszkadzała zbieżność form właściwych dla kobiet i mężczyzn w narzędniku czy miejscowniku liczby mnogiej – w obu tych przypadkach brzmi ona tak samo: dwie ministry, ale: z dwiema ministrami, o dwu ministrach. Więc może jednak lepiej: o dwu paniach minister? To pokazuje, z jak powierzchownym „problemem” mamy do czynienia. W ogóle chciałabym podkreślić, że w polszczyźnie mamy bardzo bogaty zestaw narzędzi pozwalających na wskazanie płci osoby, o której się mówi: zaimki, przymiotniki, formy czasowników. Stanie na stanowisku, zgodnie z którym tylko używanie feminatywów może sprawić, że kobiety przestaną być niewidzialne w języku, jest bezpodstawne. Zwłaszcza że od niektórych nazw funkcji form żeńskich z zasady się nie tworzy, bo brzmiałaby dziwnie, np. burmistrzka, wójtka? A może ta wójta? Chociaż jest sołtyska.

Czytaj więcej

Krajowa Izba Radców Prawnych: Feminatywy w środowisku prawniczym są dopuszczalne

Wspomniała pani, że to, co się dzieje teraz w związku z feminatywami, prowadzi do podziałów społecznych i jest mocno upolitycznione. Co to konkretnie oznacza?

Po pierwsze: jesteśmy w takim momencie, w którym używanie żeńskich nazw zawodów lub niechęć wobec nich stają się podstawą do przewidywania preferencji politycznych i światopoglądu człowieka. Na tej podstawie definiuje się rozmówcę. „Wiadomo”, że ten, kto nie używa feminatytwów, to konserwatysta, a ten, komu zależy na ich obecności w języku, to osoba o poglądach lewicowych. Nie przypominam sobie, żeby podobne zjawisko tak mocno dawało o sobie znać kiedykolwiek w przeszłości. Po drugie: używanie feminatywów przez dziennikarzy jest wyrazem ich identyfikowania się z rozmówcą lub nie. Wystarczy przypomnieć sobie narrację medialną na temat Beaty Szydło. Czy kiedykolwiek i gdziekolwiek została ona nazwana premierką? Nie. Można by powiedzieć: wiadomo, to konserwatystka, a na bycie premierką „zasługiwałaby” osoba postępowa, otwarta, głosząca inne wartości... I wreszcie po trzecie – z tym już w ogóle nie było wcześniej do czynienia – ciekawy to czas, w którym politycy decydują o normach językowych. Narzucają sposoby mówienia o sobie i arbitralnie rozstrzygają, co jest poprawne, a co nie… Język jest żywym tworem. Zmienia się, rozwija, obiera różne kierunki. Nie można odgórnie nim sterować. W kontekście politycznym jest to szczególnie niewskazane.

Aktywiści języka inkluzywnego widzą to zupełnie inaczej. Upowszechnienie feminatywów to ich zdaniem sposób na wyzwolenie kobiet i zrównanie ich z tymi, którzy rządzą światem, czyli mężczyznami.

Język jest bardzo ważnym narzędziem kreowania rzeczywistości, ale warto mieć świadomość, jak działa. Żeby za jego pomocą realizować zamierzone cele, trzeba pamiętać, że muszą one być spójne z odczuciami obiorców, a te – jak wiadomo – w przypadku feminatywów są różne. Nie da się narzucić ludziom używania form, które z różnych powodów budzą w nich niechęć. W ogóle ze słowotwórstwem jest tak, że nawet to, co powstaje zgodnie z obowiązującymi normami, nie zawsze się przyjmuje. Musi być bowiem zaadaptowane przez uzus, a ten rządzi się swoimi prawami – nie zawsze jasno określonymi. Teraz jesteśmy w takim momencie, w którym feminatywy dzielą społeczeństwo – również językoznawców i dziennikarzy, którzy mają duży wpływ na losy języka. Z zasady osoby zajmujące się kulturą języka są zwykle bardziej konserwatywne, a działania forsujących zmiany można by porównać do charakterystycznego dla nuworyszy postępowania zgodnie z zasadą „przed nami nie było nikogo, my zmienimy świat”. Za jakiś czas się okaże, czy mieli rację, jeśli chodzi o feminatywy. 

Wywiad
Losy kobiety zesłanej na Syberię w książce "Ludzie z kości" Pauli Lichtarowicz
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Wywiad
Jak rozmawiać z dziećmi o raku? Psychoonkolog o sytuacji księżnej Kate
Wywiad
Kobiety, które zarabiają miliony na ubraniach z szarej dresówki
Wywiad
Omenaa Mensah: Pieniądze są narzędziem do realizacji celów, a nie celem
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Wywiad
Dr Scilla Elworthy o kobietach na wojnie: jestem pod wrażeniem ich odwagi