Agata Pospieszyńska: Sukces Polki w Londynie

Utalentowana fotografka z Warszawy, autorka zdjęć do kampanii reklamowych Stelli McCartney i licznych okładek prestiżowych magazynów modowych, m.in. brytyjskiego Harper's Bazaar czy światowych edycji Vogue'a. Agata Pospieszyńska opowiada o tym, dlaczego fotografia ciekawsza jest od zootechniki.

Publikacja: 03.09.2023 18:11

Agata Pospieszyńska: Sukces Polki w Londynie

Foto: Archiwum prywatne

Pamiętasz kiedy po raz pierwszy w życiu, trzymając w dłoniach aparat fotograficzny, pomyślałaś: „To jest to”?

Agata Pospieszyńska: Przez większość dzieciństwa i lata dwudzieste mojego życia bardzo intensywnie jeździłam konno- w filmach, na zawodach, trenowałam również skoki. Studiowałam zootechnikę, co było w pewnym sensie spełnieniem moich marzeń, ale szybko okazało się, że to mi nie wystarcza. Duża część mojej rodziny miała artystyczne zapędy. Wujek jest malarzem, ma galerię sztuki. Pamiętam, że Tata też zawsze malował, wprawdzie nie skończył studiów w tym kierunku, ale sztuka zawsze przewijała się przez jego życie. Od dziadka dostałam aparat fotograficzny na dwudzieste urodziny. To był stary Canon AE-1. Zaczęłam więc robić zdjęcia koniom, psom. Temu, co znałam i co było dookoła mnie. Bardzo mnie to wciągnęło. Z czasem robiłam też więcej zdjęć ludziom i w pewnym momencie podjęłam decyzję, że nie chcę już studiować zootechniki. Cóż, był to ciężki temat w rodzinie - bliscy nie byli fanami tak dużych zmian. Udało mi się jednak wymiksować z studiów, choć dzisiaj zastanawiam się, czy może nie byłoby lepiej, gdybym dokończyła chociaż tamten rok…

Jak rozumiem, było to angielskie wyjście?

Tak. Te studia były po prostu potwornie nudne i nie dawały mi tego, czego oczekiwałam. Myślałam, że będę uczyć się o koniach, a uczyłam się głównie o rolnictwie i nieinteresujących mnie kwestiach. Zrezygnowałam i poszłam do szkoły weekendowej, bo rzucając studia musiałam również zacząć jakoś na siebie zarabiać. Wybrałam jedną z pierwszych prywatnych szkół fotograficznych Mariana Szmidta. Dostałam się i właśnie tam zaczęłam przygodę z fotografią, choć była to bardziej reportażowa szkoła. Na początku faktycznie bardziej skupiałam się na reportażach, wyjeżdżałam i podziwiałam fotografów Word Press Photo. Ale tematów, które byłyby rozwinięciem artystycznym, w reportażu jest niewiele. Poza kilkoma nazwiskami, które mogą sobie na to pozwolić, reportaż postrzegam jako schemat: pojechać, sfotografować, wrócić. To mnie nudziło. Na szczęście w pewnym momencie trafiłam na praktyki do modowego studia fotograficznego. Coś kliknęło. To był koniec lat 90., w Polsce moda dopiero raczkowała. Robiąc sesje, wyciągało się ciuchy od koleżanki z szafy, nie było dostępu do showroomów i wielu innych opcji, które dziś są na wyciągnięcie ręki.

Ze wspomnianych praktyk pamiętam taki moment, kiedy zauważyłam, że na stoliku leży sterta włoskich wydań Vogue'a. Otworzyłam jeden z numerów i pomyślałam: "O, czyli to tak może wyglądać!". Zwróciłam uwagę m.in. na zdjęcia Paolo Roversiego, u którego lata później miałam przyjemność być na warsztatach. Wtedy podjęłam decyzję, że chciałabym fotografować modę. To, co bolało mnie w reportażu, to robienie zdjęć w trudnych momentach, w których bohaterowie wcale nie chcą być fotografowani. Często nie pyta się ich o zgodę. Tak działa reportaż, ale niestety miałam z tym pewien problem. W modzie natomiast od początku podobało mi się tworzenie innej rzeczywistości i fakt obopólnej zgody na robienie zdjęć: fotografa i modela. Najpierw zaczęłam od praktyk, później byłam asystentką, menadżerką studia, a w międzyczasie miałam dostęp do świetnego sprzętu fotograficznego, co było niewątpliwą zaletą. Wtedy jeszcze pracowaliśmy na filmach, co dziś może wydawać się dziwne. Moje początki przypadły na ich schyłek, później z ciekawością obserwowałam, jak rynek fotograficzny zostaje opanowywany przez fotografię cyfrową. To z kolei spowodowało jeszcze intensywniejsze zainteresowanie fotografią samą w sobie. Dzisiaj wywołanie filmu wiąże się z dużymi kosztami fotografia cyfrowa jest praktycznie darmowa. To tez ma niestety swoje konsekwencje - fotograf czasem nie wie, kiedy skończyć ujęcie, bo więcej klatek nie wiąże się z wyższym kosztem.

Wspomniałaś o zamiłowaniu do sztuki w rodzinie. Czyli artystyczne korzenie popchnęły cię w kierunku fotografii modowej - takiej, która łączy się ze sztuką?

Wydaje mi się, że tak. Poza tym, mam taką przypadłość, że szybko się nudzę. Zaczęłam od fotografowania koni i po pół roku zadałam sobie pytanie: "Na ile sposobów można sfotografować takiego konia?".

Ale traf chciał, że te zwierzęta też pojawiły się przy twojej pierwszej ważnej sesji modowej w Wielkiej Brytanii.

Tak, to była sesja dla brytyjskiego Harper's Bazaar, z której zrobili okładkę i faktycznie wystąpił w niej koń. Była też modelka, która się go panicznie bała, wiec moje doświadczenie w hippice bardzo się przydało. Dziewczyna dziś jeździ konno. Fajnie, że udało się pokonać strach, a sesja jest do dziś jedną z moich ulubionych.

Gdy stawiałaś pierwsze kroki zawodowe, w Polsce fotografia modowa dopiero raczkowała. Ktoś ci doradził, żebyś się spakowała i wyjechała do Londynu?

Był to właśnie Paolo Roversi. W Polsce pracowałam już wtedy od jakiegoś czasu, trochę również na rynku niemieckim. Pamiętam, że pojechałam na warsztaty do Sztokholmu. Paolo był gawędziarzem. Niewiele nas uczył, ale wyniosłam z tych warsztatów więcej niż myślałam. Kiedy robił przegląd naszych portfolio, patrząc na moje prace, zapytał mnie: "Gdzie ty jesteś?". Odpowiedziałam, że na co dzień w Warszawie. "Nie, musisz wyjechać do dużego miasta, gdzie fotografuje się modę, bo inaczej nic z tego nie będzie" - usłyszałam od niego.

I wyjechałaś bez większych wątpliwości?

Życie mi pomogło. Zostawił mnie chłopak, a koleżanka z branży akurat miała wolny pokój w Londynie. Spakowałam się i w następnym tygodniu wyjechałam.

Czyli konkretna zmiana.

Zdecydowanie, takie lubię najbardziej.

Czytaj więcej

Małgosia Bela twarzą kampanii YES x Ossoliński

W tak ważnych momentach zawodowych wyjeżdża się z lekkością?

Czułam, że było mi to potrzebne. Od dawna myślałam o przeprowadzce do Londynu. Wszystko dobrze się ułożyło, ale myślę, że dziś przy podejmowaniu takich decyzji jest łatwiej. Zwłaszcza po pandemii można jedną nogą stać w tym, a drugą w innym mieście. Sama na początku dzieliłam swoje życie pomiędzy Warszawą a Londynem, ale okazało się to dość trudne. Nie da się za każdym razem dolecieć na spotkanie, a jednak kontakt na żywo jest ważny. Podczas spotkań zawsze pada pytanie: "Gdzie mieszkasz?". Zlecający chętniej wybierają fotografów, którzy są na miejscu.

Odczułaś jakąś różnicę między fotograficznym rynkiem modowym w Polsce i w Wielkiej Brytanii?

Tak, szczerze wole rynek Brytyjski za to, że jest bardziej stabilny i nie ma tu niekończących się przetargów. Jest więcej klientów i są oni bardziej różnorodni. Ale przyznam, że fajnie byłoby zrobić ciekawy projekt na rynku Polskim. Jest kilka marek, które bardzo lubię i cenie.

Usłyszałam kiedyś, że wielu fotografów chcących być publikowanymi w topowych magazynach, godzi się na robienie sesji bez wynagrodzenia, aby móc się wybić. Jest to mit, czy rzeczywiście coś w tym jest?

Jest to typowa praktyka jeśli chodzi o magazyny niezależne. Są też magazyny, które oczekują od fotografa pokrycia kosztów sesji. W pewnym momencie kariery każdy z nas robi takie sesje, żeby podbudować portfolio lub opublikować ukochany projekt.

Wspominasz o Paolo Roversim, który odegrał istotną rolę w pani życiu zawodowym. Jak ważne dla fotografa jest to, żeby miał swojego mistrza?

Rady fotografów, którzy przeszli dłuższą drogę, są potrzebne. Z drugiej strony trzeba mieć umiejętność słuchania siebie, nie można zawsze liczyć na rady innych osób. Z postacią mistrza też bywa różnie. Znam przypadki początkujących fotografów, którzy asystując jednej osobie przez wiele lat, przejęli jej styl. W sztuce łatwo jest zacząć kopiować i to nie jest dobre. Na pewnym etapie ważniejsze jest, żeby mieć dobrego agenta i ludzi, którzy z dystansem potrafią konstruktywnie krytykować. To czasem może zaboleć, ale warto chwilę się nad tym zastanowić.

I od początku miałaś wokół siebie takie przychylne osoby, które obiektywnie potrafiły ocenić twoją pracę?

Miałam dookoła siebie kilka takich osób. Moją pierwszą agentką jeszcze w Warszawie była Ania Frąckiewicz. Potrafiła wskazać, kiedy robię coś z sensem, a kiedy błądzę. Do dziś mogę liczyć również na moją przyjaciółkę, Anię Michalską, która ma agencję modelek Partisan i ogromną wiedzę w kwestii mody. Była jedną z pierwszych osób na mojej zawodowej drodze, ponieważ robiłam testy fotograficzne dla jej agencji. Mówiła mi, gdy jej zdaniem zrobiłam coś dobrze, ale gdy przyszło mi do głowy coś szalonego, co niekoniecznie by się nadawało, mówiła wprost. Zrobiłam kiedyś sesję modelce z wielką szopą na głowie. Na początku byłam zadowolona z efektu, a ona bez ogródek powiedziała, że to wygląda źle. Bolało, ale przetrawiłam ten komentarz, po tygodniu popatrzyłam na całość świeżym okiem i przyznałam jej całkowitą rację. Sesja została w szufladzie… Ina Lekiewicz też miała duży wpływ na, to gdzie obecnie się znajduję. Nasze drogi się rozeszły, ale jestem jej wdzięczna za czas który spędziłyśmy razem. Początki w Londynie były szalonym czasem, były momenty zwątpień, w których niewątpliwie fajnie było mieć wsparcie.

Czytaj więcej

Marta Lech-Maciejewska: Pieniądz traktuję jak energię, która przychodzi i odchodzi

Na ile istotne jest zatem połączenie osobistego stosunku do prac z jednoczesnym zachowaniem pokory i otwartości na krytykę?

Nie każda krytyka jest konstruktywna i dobra. Zwłaszcza w dobie internetu. Ograniczam jej ilość oraz skupiam się na jej źródłach. W tej chwili mam bardzo dobrą agentkę, od której zawsze przyjmę słowo krytyki. Ale sama też jestem bardzo krytyczna wobec siebie, więc muszę z tym uważać. Ostatecznie zauważyłam, że moje najlepsze fotografie, to te, przy których nikt do niczego mnie nie zmuszał, nie kazał, nie ustawiał. Gdy wszystko robiłam tak, jak chciałam. Na początku trudno znaleźć balans, ale on przychodzi z czasem. I nie wszystko musi podobać się każdemu. Ważne jest, aby trafiało to do ludzi, na których nam zależy.

Ta pewność siebie przychodzi z czasem i z wymiernymi osiągnięciami? Publikowałaś w końcu dla największych tytułów modowych - czy to miało wpływ na twoją twórczą swobodę?

Może to śmieszne co powiem, ale nie jestem osobą zbyt pewną siebie. Mogę się czasami taka wydawać, ale względem swojego talentu wciąż miewam wątpliwości. Na pewno z czasem przychodzi większa pewność siebie. Pamiętam, że moja pierwsza sesja na zachodzie, podczas której nie znałam nikogo, była dla mnie gigantycznym stresem. W tej chwili już tego nie mam - z równowagi bardziej wytrącają mnie warunki pogodowe przy plenerowych sesjach, ale na te przecież nie mam wpływu. Inne aspekty mam już pod kontrolą. Poza właśnie pogodą oraz humorami gwiazd. A zdarzały się niestety takie sesje, kiedy z powodu kaprysów celebrytek odechciewało mi się robić im zdjęcia.

Domyślam się, że to później widać na fotografii?

Myślę, że u mnie tak. Operuję na poziomie naturalistycznego fotografowania. Nawet, gdy model jest ubrany i umalowany, to wciąż pozostaje sobą. Zawsze powtarzam, że głupota i wredny charakter wychodzą na zdjęciu. W moich pracach wychodzi też często mój stosunek do fotografowanego obiektu. Są takie sesje, których po prostu nie lubię, bo patrząc na zdjęcia, przypominam sobie atmosferę, która wówczas panowała. Inni chyba tego nie widzą, ale ja owszem.

Jaki jest zatem "obiekt" idealny do fotografowania?

Lubię ludzi, którzy są zrelaksowani i otwarci. Mogłoby się wydawać, że modelki nie mają kompleksów. A mają ich więcej, niż my wszyscy razem wzięci, bo cały czas są oceniane. W trakcie tygodnia mody tego samego dnia dziewczyna może usłyszeć że jest za chuda i za gruba. Czasem przychodzi więc modelka, która jest sztywna od samego początku, źle czuje się ze sobą, ale to może zmienić się w trakcie sesji. Umiejętne prowadzenie modela i atmosfera na sesji są bardzo ważne.

Lubię również plenery i to, co się z nimi wiąże: przemieszczanie się, poznawanie ciekawych miejsc i kilka planów na zdjęciu, grę kolorów. Momenty, w których coś zaczyna się coś dziać: zawieje wiatr, zmieni się światło. To są te chwile, dla których pracujemy.

A jaki był "ten moment", który odmienił bieg twojej kariery?

Było ich kilka. Ważne momenty, to te, które pokazywały mi, że mogę trochę więcej. Wtedy nie wysyłało się zdjęć do wszystkich i wszędzie. Pamiętam sesję z Mają Salamon, którą robiliśmy jako test i z Iną Lekiewicz która odpowiadała za stylizację. Finalnie opublikowano ją w Ukraińskim Vogue'u. Wtedy dotarło do mnie, że jestem w stanie osiągnąć zrobić więcej, niż myślę. I że zagranicą jest coś, co na mnie czeka.

Czy są jeszcze jakieś granice, które chcesz przekroczyć, jeśli chodzi o twoją fotografię?

Mam kilka projektów personalnych, które na pewno chciałabym dociągnąć, choć zupełnie nie są związane z modą. Jeśli chodzi o rynek modowy, to więcej zależy od samego rynku niż ode mnie. Na początku września ukaże się moja okładka w Harper's Bazaar z jedną z moich ulubionych aktorek, z czego bardzo się cieszę.

Wszyscy patrzymy lekkim przerażeniem na zmiany i na sztuczną inteligencję. Nie wiemy, co się wydarzy, choć wydaje mi się, że moda będzie ostatnią gałęzią, która odczuje jej skutki. Pewnie z czasem one nadejdą, więc pojawia się myśl, że może najwyższy czas kupić dom we Włoszech i tam już zostać?

Pamiętasz kiedy po raz pierwszy w życiu, trzymając w dłoniach aparat fotograficzny, pomyślałaś: „To jest to”?

Agata Pospieszyńska: Przez większość dzieciństwa i lata dwudzieste mojego życia bardzo intensywnie jeździłam konno- w filmach, na zawodach, trenowałam również skoki. Studiowałam zootechnikę, co było w pewnym sensie spełnieniem moich marzeń, ale szybko okazało się, że to mi nie wystarcza. Duża część mojej rodziny miała artystyczne zapędy. Wujek jest malarzem, ma galerię sztuki. Pamiętam, że Tata też zawsze malował, wprawdzie nie skończył studiów w tym kierunku, ale sztuka zawsze przewijała się przez jego życie. Od dziadka dostałam aparat fotograficzny na dwudzieste urodziny. To był stary Canon AE-1. Zaczęłam więc robić zdjęcia koniom, psom. Temu, co znałam i co było dookoła mnie. Bardzo mnie to wciągnęło. Z czasem robiłam też więcej zdjęć ludziom i w pewnym momencie podjęłam decyzję, że nie chcę już studiować zootechniki. Cóż, był to ciężki temat w rodzinie - bliscy nie byli fanami tak dużych zmian. Udało mi się jednak wymiksować z studiów, choć dzisiaj zastanawiam się, czy może nie byłoby lepiej, gdybym dokończyła chociaż tamten rok…

Pozostało 91% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Moda
HoYeon Jung, koreańska modelka po roli w „Squid Game" rozwija karierę aktorską. Nowa gwiazda kina?
Moda
Rekordowe wyniki sprzedażowe Prady. Wiadomo, czyja to zasługa
Moda
Zaskakujący bilans MET Gala 2024: czerwony dywan zdominowała znana sieciówka
Moda
Met Gala 2024. Największe gwiazdy na czerwonym dywanie i ich bajeczne stylizacje
Moda
MET Gala 2024. 10 gwiazd, które potrafią zaskoczyć stylizacjami
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?